1

Recenzja Devil May Cry 5. Tak dobrej gry się nie spodziewałem!

Z Devil May Cry mam same dobre wspomnienia. Z pewną dozą obawy podszedłem zatem do najnowszej odsłony serii oznaczonej numerem 5. Czy fabuła będzie ciekawa? Czy gameplay satysfakocnujący? Czy to wszystko nie okaże się finalnie nudne i monotonne? Jak się okazuje, martwiłem się zupełnie niepotrzebnie - Devil May Cry 5 to nowy król slasherów!

Aż trudno w to uwierzyć, ale od premiery Devil May Cry 4 minęłu już 11 lat! W międzyczasie pojawiło się fenomenalne DmC stworzone przez studio Ninja Theory. I sugerowało to poniekąd reset serii w bardzo dobrym tonie. Odmłodzony Dante, świetny klimat i akcja osadzona mniej więcej we współczesności sprawiły, że uwielbiałem tą grę.

I tu twórcy zrobili nam psikusa, bo zamiast DmC 2 otrzymujemy Devil May Cry 5. Wracamy zatem do historii Nero i Dantego. Dlaczego? W jednym z wywiadów szef projektu DMC5 przyznał, że bardzo chciał stworzyć DmC 2, ale realia zmusiły Capcom do innego podejścia do tematu. Po współpracy z Ninja Theory w zespole znajdowały się dwie grupy ludzi – ci którzy pracowali nad DmC oraz cała reszta, która chciała popchnąć serię w nowym kierunku. I tak zrodził się koncept powrotu do „starej” linii fabularnej oraz stworzenia Devil May Cry 5.

Od razu na wstępie muszę jednak przyznać, że „piątka” wydaje się mocno czerpać od DmC pod względem klimatu, rozgrywki oraz oprawy. Nero wydaje się być zaprojektowany na wzór Dantego z DmC, co początkowo było dla mnie szalenie mylące. Po pierwszych trailerach sądziłem, że nadchodzi DmC 2, a tu się okazuje, że Dante to tak naprawdę nowy Nero. Ma to po części związek z tym, że gra ma trafiać do nowego pokolenia, a więc postać głównego bohatera zaprojektowano na wzór zachodni (podobnie jak Dante z DmC). To wszystko wydaje się szalenie zagmatwane, ale czułem się w obowiązku nieco Wam zreferować tło. Przejdźmy w końcu do samej gry!

Znowu ratujemy świat, ale jakby… ciekawiej

Akcja Devil May Cry 5 rozpoczyna się z wysokiego C. Nero pozbawiony ręki, wszechpotężny demon, Dante, który używa wszystkich dostępnych umiejętności, by pokonać potwora. Jak się łatwo domyślić jest to zaledwie wprowadzenie do całej historii. Ta trwa 10 godzin i składa się z 20 misji, w trakcie których pokierujemy aż trzema bohaterami.

Do dobrze znanego duetu z DMC4 dodano tajemniczego V, którego tożsamość będziemy poznawali w trakcie zabawy. Tutaj zdradzę jedynie, że dysponuje on demonicznymi mocami o nieco innym charakterze niż Nero i Dante, a to sprawia, że kierowanie tą postacią to zupełnie inna para kaloszy. Oczywiście nie zabrakło też barwnych postaci drugoplanowych, jak Nico, która demoluje wszystko na swojej drodze kierując furgonetką z neonowym napisem „Devil May Cry”. Jednocześnie będzie ona stanowiła dla Nero miejsce zakupu ulepszeń i nowych, niszczycielskich protez, o których za chwilę.

Głównym złym jest tutaj wspomniany wcześniej demon (a właściwie król demonów) Urizen, którego prawdziwe intencje również przyjdzie nam poznać w miarę upływu zabawy. Na początek musicie wiedzieć tylko tyle, że jak zwykle chodzi o uratowanie świata przed najazdem potworów. Te najwidoczniej opatrznie zrozumiały problem globalnego ocieplenia, bo zabrały się za sadzenie ogromnych piekielnych drzew, które żyją dzięki wysysaniu krwi z ludzi. Nie brzmi to przyjemnie, prawda?

Twórcy nie silą się na jakieś twisty i oryginalne formy – rozgrywka przebiega dość liniowo, na zasadzie – cutscenka, akcja, cutscenka, akcja, boss i jedziemy dalej. Czy wkrada się tutaj przez to monotonia? I tak, i nie. Dla jednych Devil May Cry 5 może okazać się… zbyt łatwy. Przy pierwszy przechodzeniu gry nie mamy bowiem dostępu do najwyższego poziomu trudności, a to czyni rozgrywkę stosunkowo przystępną. Myślę, że może to stanowić sporą wadę dla fanów serii.

Mamuniu, jak w to się przyjemnie łupie!

Devil May Cry 5 nie rzuca nas w żadne otwarte światy. I chwała serii za to! Każdy poziom to korytarz do przejścia. Czasem trafią się dodatkowe zaułki, ukryte miejsca i bardziej skomplikowane konstrukcje. Koniec końców jednak gameplay jest stosunkowo liniowy, a przerywają go jedynie serwowane od czasu do czasu poboczne misje, gdzie bohater jest przenoszony na osobny obszar i musi sprostać postawionemu przed nim wyzwaniu (najczęściej polegającemu na wycięciu w pień gromady demonów).

Rozgrywka opiera się na cięciu, siekaniu, biciu, obijaniu, podrzucaniu (okazuje się, że wielkie miecze świetnie spisują się w roli kijów do baseballa), strzelaniu, a następnie przerabianiu na mielonkę demonów. Tych jest tutaj całe mnóstwo – każdy oczywiście o innych umiejętnościach, co wymaga stosowanie nieco innej taktyki. Na szczęście nasi bohaterowie mają w zanadrzu całe mnóstwo kombosów, sztuczek i łączonych ciosów. Im dłuższa kombinacja bez otrzymania obrażeń, tym szybciej zapełnia się nasz wskaźnik kombosów. Najniższa ocena to D, potem schodzimy niżej do C, B i A, żeby finalnie skończyć na znamienitym SSS – na podstawie tego przyznawana jest nam potem ocena po zakończeniu poziomu.

Jak wspomniałem, gra poszczególnymi postaciami mocno się różni. Nero został pozbawiony ręki, ale w to miejsce używa specjalnych protez, którymi może przyciągać do siebie przeciwników (lub siebie do przeciwników), ale też razić ich prądem, strzelać etc. – wszystko zależy od rodzaju protezy. Problem w tym, że są to akcesoria dość wątłe i często ulegają zniszczeniu (możemy je też sami niszczyć, doprowadzając w ten sposób do eksplozji rażącej pobliskich wrogów). Znajdujemy je zatem na mapie, a także kupujemy u Nico.

V korzysta z mocy demonów (jastrzębia, pantery i golema), które wykonują niemal całą robotę za niego – on jedynie dopełnia dzieła i wykańcza przeciwników. Rozgrywka wygląda zatem zupełnie inaczej, a także wymaga od nas nieco innej taktyki.

Najbardziej klasycznie wypada Dante, który ma do dyspozycji dobrze znane z poprzednich odsłon serii zabawki. Twórcy poszli jednak o krok dalej i wprowadzili różne style walki, które np. pozwalają nam skuteczniej strzelać, walczyć wręcz lub się bronić.

Połączenie trzech bohaterów jednak nadaje całości wcześniej niespotykanego zróżnicowania. Każdy z nich ma inny styl walki. Każdy dysponuje też innymi umiejętnościami do odblokowania oraz ścieżką rozwoju. Miejscami gra nam narzuca kierowanie jedną postacią, ale są też poziomy, w których decydujemy o tym sami.

Devil May Cry 5 ogrywałem na Xboksie One X, gdzie gra działa w w płynnych 60 kl/s, oferując bardzo przyjemny dla oka HDR. To ważne w przypadku tak dynamicznej produkcji. Trzeba jednak dodać też, że DMC5 wygląda naprawdę ładnie. Modele postaci są dopracowane – podobnie zresztą jak przeciwnicy i bossowie. Może przydałoby się nieco więcej zróżnicowania w samych lokacjach, ale właściwie to nie one grają tutaj pierwsze skrzypce. To wszystko okraszono świetnym udźwiękowieniem – mocne gitarowe brzmienia, które słyszymy podczas walki nakręcają jak nigdy.

Devil May Cry 5 nowym królem slasherów

Dla mnie DMC5 to doskonały przykład dla innych, jak powinien wyglądać wspaniały, zręcznościowy slasher. Ta gra daje tyle satysfakcji i przyjemności, że mógłbym przechodzić poszczególne poziomy po 4-5 razy i ciągle się nie nudzić. Rozgrywka jest nad wyraz soczysta i przyjemna dla oka, a połączenie trzech postaci o zupełnie innych umiejętnościach i stylach czyni ją jednocześnie zróżnicowaną oraz, koniec końców, wciągającą.

Jeżeli zatem szukacie czegoś widowiskowego, cieszącego wzrok, ale jednocześnie nieszczególnie wymagającego silenia szarych komórek, mamy tutaj doskonały plan na weekend. Krótka sesja w Devil May Cry 5 z pewnością pozwoli skutecznie rozładować emocje po całym dniu. Gorzej, jeśli zamieni się w całonocne granie, a uprzedzam, że to całkiem prawdopodobne!

Plusy:

– Niezła historia, barwne postaci
– Trzech grywalnych i zróżnicowanych bohaterów
– Ogrom sposobów na eliminowanie przeciwników
– Świetna oprawa

Minusy:

– Nie obraziłbym się, gdyby trwała jeszcze z 5-8 godzin dłużej…

Ocena: 9/10