Gry

Pro-gamerzy, piwo i transmisje. Jak sprawić żeby e-sport opłacał się lokalnie?

KO
Kamil Ostrowski
19

Plan był prosty – chcę mieć bar, w którym będę mógł z kumplami oglądać e-sport. Myślałem sobie „nic łatwiejszego do zorganizowania”. Poszedłem więc, zadziałałem i wyszło nieźle. Niestety, z biegiem kolejnych tygodni, wcale nie robiło się lepiej – wręcz przeciwnie. Przy czym wcale życia nie ułatwiają...

Plan był prosty – chcę mieć bar, w którym będę mógł z kumplami oglądać e-sport. Myślałem sobie „nic łatwiejszego do zorganizowania”. Poszedłem więc, zadziałałem i wyszło nieźle. Niestety, z biegiem kolejnych tygodni, wcale nie robiło się lepiej – wręcz przeciwnie. Przy czym wcale życia nie ułatwiają mi czynniki zewnętrzne.

Na początek szybka recepta na zorganizowanie e-sportowego wydarzenia kibicowskiego w każdym mieście, chociażby małym (słyszałem o takich akcjach nawet w Kołobrzegu):

  • Znajdź lokal, którego właściciel jest stosunkowo światły;
  • Powiedz mu, że ściągniesz tam ludzi w niedzielę, kiedy i tak prawie nikogo nie ma;
  • Stwórz fanpage na Facebooku i wydarzenie;
  • Profit(?);

W teorii wydaje się, że plan jest genialny w swojej prostocie. Różnego rodzaju kluby czy bary, zazwyczaj w niedzielę nie mają zbyt wielu klientów, więc nie jest trudno przekonać właściciela, żeby udostepnił na miejsce za darmo. Ba, nawet można umówić się na procent z zysków, zakładając, że po odliczeniu kosztów jakieś będą.

Myślałem: „Jak ma nie być, jak muszą być? Przecież w Katowicach oglądać e-sport przyszły dziesiątki tysięcy ludzi! Wystarczy, że u mnie będzie sto osób, a każda zamówi po dwa piwa i będziemy na czysto.”. Trochę się przeliczyłem.

Pierwszym problemem na jaki się natkniemy, to szybko malejące zainteresowanie. Starałem się organizować oglądanie League of Legends regularnie, żeby ludziom „weszło w krew”, że coś takiego w ogóle w Szczecinie się dzieje. Za pierwszym razem przyszło więcej ludzi, niż był w stanie pomieścić lokal. Trzy tygodnie później mieliśmy nieco pod dwieście osób, ale większość z „odwiedzających”, była bezwartościowa z naszego punktu widzenia (zaraz powiem dlaczego). W kolejnym tygodniu przyszło nieco ponad setki, a podczas ostatniego w sezonie wydarzenia ledwie zapełniliśmy pięć lóż.

Ostatnie Bar of Legends pokazało mi, że świat e-kibiców jest bardzo niewdzięczny. Na pierwsze parę eventów mieliśmy do rozdania kilka fajnych rzeczy, które dostaliśmy od sponsorów. Sądziłem, że te gadżety pomogą nam nieco rozpromować imprezę, przyciągnąć ludzi na sam początek, którzy zobaczą, że można fajnie spędzać czas z ludźmi, którzy interesują się tym samym, co my. Że ze swoimi zainteresowaniami można wyjść do ludzi. Okazało się, że kiedy zabrakło tych podkładek, koszulek, czapek i innych pierdół, większość straciła zainteresowanie.

Mógbym się z tego powodu denerwować, gdyby nie fakt, że zainteresowanie straciła gruba większość... której z mojego punktu widzenia i tak mogłoby nie być. Przykro mi to mówić, ale „gimbusy” okazały się prawdziwą plagą, z której nie było żadnych korzyści, tylko same nerwy. Wnosili swoje napoje do lokalu (Coca-Colę z Biedronki, albo tanie energetyki) i siedzieli po cichu na swoich lożach. Nie rozmawiali z nikim, nie uspołeczniali się, trzymali się w swoich małych grupkach, a po rozdaniu wszystkich pierdółek, które dostałem od sponsorów, szli do domów.

Okej, ale przecież zgromadzenie dużej liczby osób, nawet jeżeli z imprezowego punktu widzenia niezbyt wartościowych, to przecież zainteresowanych gamingiem, ma jakąś wartość. Chociażby dla sponsorów. Nie szukałem bynajmniej kokosów, ale drobnego wsparcia, żeby utrzymać się na powierzchni.

Starałem się dotrzeć do sponsorów, ale nasuwają mi się dwa wnioski:

  • Firmy uznały, że imprezy lokalne są bezwartościowe;
  • Imprezy których nie organizuje znany podmiot są zbywane z automatu;

Ostatecznie udało mi się wejść w konkretny dialog (wykraczający poza „odezwiemy się”) z jedną osobą – przedstawicielem sklepu z kluczami do gier. Jednak w momencie w którym usłyszałem, że w zamian za eksponowaną obecność na wszystkich materiałach reklamowych (i mają być plakaty, nie myślcie sobie!), mogę dostać dwa klucze na tytuły o wartości 100zł + kupony na zniżki, załamałem ręce i odpuściłem.

Jestem w dziwnym miejscu – trzeba się rozwijać, bo potencjał jest, tylko trudno jest go wydobyć. Działam w Szczecinie, mieście niezbyt prężnie się rozwijającym, ale z drugiej strony – nie takiej znowu dziurze. Nie mogę zrobić imprezy, na której jedyną atrakcją są ekrany z transmisją z zawodów (tzn. mogę, ale się nie zwróci).

Co najśmieszniejsze, wcale nie uważam, żeby to był mój największy problem. Największymi kłodami pod moimi (i mojego wspólnika) nogami nie są bynajmniej gimbusy, które przychodzą bez złotówki na szatnię (autentyk), ani firmy, które teoretycznie powinny być zainteresowane współpracą, ale wygodniej im jest po raz pięćdziesiąty sypnąć kasą dużej organizacji. Największy problem stwarzają organizatorzy zawodów, które oglądamy.

Chcę zorganizować turniej, a z kibicowania zrobić atrakcję poboczną. Lokal mamy wielki – są trzy piętra, na dole zaplanowane jest oglądanie, na dwóch pozostałych rozstawimy komputery, usadowimy komentatora i zaprosimy publiczność. Plany rozpisane, wstępne konsultacje i rozmowy przeprowadzone. Już nawet jestem na tym etapie, że zastanawiam się czy długość kabli ethernetowych jest wystarczająca czy może muszę kupić dłuższe. Pozostaje ustalić termin.

Nie da się.

Dlaczego? Ponieważ organizatorzy podają terminy „za pięć dwunasta”. Ze świecą szukać wydarzenia, które byłoby pewne, odpowiedniego formatu i zostałoby zapowiedziane i potwierdzone, na więcej niż sześć tygodni przed startem. Przykład? Informację o otwarciu letniego sezonu LCS podano 25 maja, a start zaplanowano na 12 czerwca. Dzisiaj mamy 6 czerwca, a wciąż nie pojawiła się rozpiska na nadchodzące tygodnie (w newsie o imprezie w Moskwie drobnym druczkiem na dole poinformowano, że harmonogram zostanie udostępniony „wkrótce”). Na temat MLG Pro Circuit 2013 Spring, który zaplanowany jest na koniec czerwca też niewiele jeszcze wiadomo. Nie wspomnę nawet już o sytuacjach, kiedy turniej z powodu problemów technicznych zostaje przeniesiony na następny dzień. Kiedyś śniło mi się, że coś takiego zdarzyło zdarzyło się w dniu, kiedy odbywał się mój Bar of Legends. Obudziłem się spocony.

Okej, więc nie mogę zorganizować niczego dużego, bo nie mogę działać z wyprzedzeniem. Może zrobię mały turniej. Turniejek, dla paru osób. Pytanie tylko – skąd wziąć komputery? Na duży turniej, z transmisją online sponsor by się znalazł. Na turniej dla sześciu osób, który będzie oglądać sześćdziesiąt i to wyłącznie w lokalu na miejscu? Raczej nie. Skończy się tak, że napiszę na fanpage’u „Czyli co chłopaki? Przyniesiecie swoje kompy? Gramy o t-shirty.”.

Aha, niech Wam się nie wydaje bynajmniej, że marudny wydźwięk tego tekstu oznacza, że się poddaję. E-sport to trudna miłość, ale miłość. Niech się tylko zdarzy okazja.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu