103

Prawdopodobnie kupię Playstation 5 w dniu premiery. Wszystko dzięki mojemu PS4

W przyszłym roku premiera nowych konsol. Sprzętów o których wciąż wiemy tyle co nic, ale jeżeli pierwsze zapowiedzi się potwierdzą — to prawdopodobnie już pierwszego dnia ustawię się w kolejce po swój egzemplarz. By nadrobić wszystkie zaległości.

Tak na dobrą sprawę na temat konsol które mają trafić na rynek w przyszłym roku wiemy niewiele. Zarówno Microsoft jak i Sony robią podchody, szepną słówko  tu i ówdzie, ale tak naprawdę konkretów brak. Nie znamy daty premiery PlayStation 5, nie wiemy jaką nazwę będzie nosiła nowa konsola Microsoftu. Niewiele wiemy na temat gier startowych. Więcej w tym wszystkim znaków zapytania niż faktycznych odpowiedzi. Ale… nie szkodzi. Mimo wszystko już dzisiaj jestem w stanie powiedzieć, że tak długo jak dotychczasowe informacje podane ze strony Sony się potwierdzą — to kupię PlayStation 5 raczej prędzej niż poźniej. A wszystko to dzięki wstecznej kompatybilności.

Początki są trudne, ale wsteczna kompatybilność będzie dla mnie mocnym wabikiem

Start niemal każdej generacji konsol jest… biedny. Gry które trafiają zarówno na tę starszą i nowszą (przez co twórcy w pocie czoła kombinują jak to wszystko ze sobą pogodzić), góra dwa-trzy hity na rozbieg i wyglądanie nowości na horyzoncie. To powody dla których rzadko kiedy mam ciśnienie na zakup konsoli na starcie, tym bardziej że japońskie studia potrzebują czasu by nabrać wiatru w żagle — a to ich gry wciąż cenię sobie najbardziej. Ale już wiosenne zapowiedzi nowej konsoli Sony zapaliły u mnie lampkę i wiem, że będę chciał ją mieć szybciej niż później. Wszystko to ze względu na wsteczną kompatybilność.

Nie powiem że mam jakieś ogromne zaległości w przypadku tytułów z PS4 na których mi zależy — ale w kolejce wciąż czeka jeszcze kilka tytułów — i to raczej dłuższych, niż krótszych. A zapowiedzi wstecznej kompatybilności dla konsoli to jedna z tych cech nowego PlayStation, dla których biorę ją w ciemno. I tym razem nie chodzi już o żadne sentymenty czy nierdzewiejące stare miłości, a pragmatyzm. Moja (premierowa) PlayStation 4 jest w rozsypce. Urządzenie wygląda jak mały Frankenstein (rozbierana, czyszczona, z niedziałającymi przyciskami — bo to jedyny sposób by pozbyć się upierdliwego błędu z samoczynnym wysuwaniem płyt, inne sztuczki nie działały), wydaje dźwięki niczym traktor, a do tego czas pracy kontrolera na jednym ładowaniu raczej nie dobija do smutnych czterech godzin.

Stąd też przy każdym wyborze platformy na której mam grać — wolę postawić na Xboxa (One S nie jest może bez wad, ale najtańsze akumulatory z popularnej szwedzkiej sieciówki serwują kilkanaście godzin zabawy na jednym ładowaniu akumulatora, a sama konsola nigdy nie jest tak głośna jak moje PS4). Ale to wszystkie ułomności mojej PS4 sprawiają, że wybór pierwszego sprzętu na kolejne lata jest łatwiejszy niż kiedykolwiek. No, przynajmniej na tę chwilę — bo w gruncie rzeczy konkretów wciąż nie poznaliśmy. Jeszcze okaże się że PlayStation 5, owszem, ma wsteczną kompatybilność — ale obsługuje tylko niewielką bibliotekę tytułów. I to tych najpopularniejszych, a nie niszowych perełek, których przecen wypatrywałem przez wiele miesięcy i z braku czasu wciąż nie ograłem.