105

Praca zdalna ma paskudne mankamenty, które zrozumiałem dopiero teraz

Praca zdalna - jeden z punktów w benefitach pracowniczych nowoczesnej firmy. Najczęściej praktykowana jako dodatek do obowiązkowej obecności w biurze. Możliwość pracowania nie tylko w domu, ale również w kawiarni, na plaży, w parku. Gdziekolwiek - byleby był tam tylko dostęp do internetu. Opowiem Wam o swojej historii z tym związanej - u mnie nastąpiło "przejedzenie" pracą zdalną.

Zaczynając pracę na Antywebie w sierpniu 2014 roku miałem już jakieś doświadczenie w pracy zdalnej. Śmiesznie generalnie wyglądały moje początki z blogiem Grześka Marczaka – kiedy starałem się o to, by Grzesiek Ułan uznał mnie za człowieka godnego pisania tutaj, w międzyczasie pracowałem w… rzeźni. Serio. 10 godzin harówki przy rozbiorze mięsa nocami, o poranku research, teksty dla Antyweba i do spania. Byłem wtedy na drugim roku studiów i potrzebowałem pieniędzy. Wtedy potrafiłem jedynie „jako tako” pisać i jarałem się nowymi technologiami. Nie sądziłem, że będę pisał dla Antyweba regularnie.

Ale stało się – Grzesiek Marczak i Grzesiek Ułan ulitowali się nade mną i zaproponowali mi stałą pracę. I wtedy rzeczywiście – była jak zbawienie. Nie kolidowała mi z moimi studiami dziennymi w Rzeszowie, bo pracowałem zdalnie. Choć na dobrą sprawę chwyciłem się mało wymagającego kierunku z grona tych „makdonaldowych”, chciałem czerpać z niego jak najwięcej – a nie tylko pochodzić sobie do gmachu uczelni i palić z kumplami fajki.

praca zdalna

I wtedy było to dobre

O mankamentach pracy zdalnej wtedy nie myślałem. Owszem, pracowałem z domu, z uczelni, z kawiarni, skądkolwiek – jednak cały czas miałem kontakt z ludźmi. Na studiach trzymałem się kilku dobrych kumpli, którzy byli w stanie zrekompensować mi brak możliwości interakcji z fizyczną redakcją w Warszawie. Raz na jakiś czas w Antywebie odbywała się integracja – poza tym komunikacja na Slacku, wideokonferencje, telefony.

Nie widziałem wad pracy zdalnej w momencie, gdy kontakt z ludźmi miałem niejako „z urzędu”. Uczelnia doskonale maskowała mankamenty tego trybu pracy – w sumie nawet lepiej, bo ludzie z którymi miałem okazję na co dzień porozmawiać byli „spoza branży” i mogłem się zwyczajnie odchamić. Nic jednak nie trwa wiecznie; studia zakończyłem w planowanym czasie. Po obronie niektóre przyjaźnie się zakończyły, inne rozluźniły. Przez jakiś czas w gronie kumpli atakowaliśmy siebie telefonami, widywaliśmy się na mieście. Ale i to przecież wiecznie nie trwa.

Samotność zabija

Zbliża się drugi rok od obrony pracy magisterskiej, postanowiłem, że nie będę się już wiązał z uczelnią. Ani doktorat, ani podyplomówka, nie obchodzi mnie szczególnie naukowy wyścig szczurów, który nie jest jakoś atrakcyjny finansowo. Uznałem, że skoro mam więcej czasu na to, aby zająć się pracą (choć na odległość, bo z Rzeszowa ruszać się nie zamierzam), to żadne większe zmiany nie odbędą się w moim życiu. Ot, będę mógł wstać później, zrobię swoje i fajrant. Czy pada śnieg, czy grzeje słońce – nie muszę się nigdzie ruszać. Chyba, że do sklepu.

W międzyczasie narzeczona chodziła do pracy – wychodziła rano, wracała popołudniu. Wracała zmęczona, czasami zirytowana, ale spełniona. Na początku nawet jej dogryzałem, że mnie tego typu problemy nie dotyczą, bo jak lord siedzę sobie w domu i robię swoje. Nikt nade mną nie stoi, nikt nie sprawdza ile kaw wypiłem, ile papierosów spaliłem na balkonie. Nikt też nie ma mi za złe tego, że idę na 30 minut do łóżka, albo gram na konsoli. Mogę ubrać się nawet w same stringi (paskudny widok jak sądzę) i tak sobie pisać artykuły. A Grzesiek się nie obrazi.

Tyle, że wraz z biegiem czasu w tym trybie, czułem się coraz bardziej zmęczony. Życie również mnie odrobinę mocniej kopnęło w zad, spokój w rodzinie, który zwyczajnie miałem i bardzo za nim tęsknię został w momencie zburzony. Nad jednym z moich rodziców zawisło widmo śmiertelnej, uwłaczającej choroby z której nie ma żadnego wyjścia. Uwierzcie mi, że w pewnym momencie się załamałem, psychicznie rozsypałem, czułem się głęboko uszkodzony mentalnie.

Żeby nie było, że za wszystko obwiniam pracę zdalną – oczywiście tak nie jest. To, co dzieje się ze mną to kompilacja wszystkich złych rzeczy, które mi się przydarzyły lub przydarzają. Z człowieka, którego wszędzie było pełno, który żartował ze wszystkiego, nie przejmował się żadnymi troskami życia codziennego, szukał dobrych rzeczy we wszystkim co go otacza – stałem się wrakiem bez konkretnego wyrazu twarzy, zatopionym w brutalnych myślach. Automatem, który robił to, czego się dotychczas nauczył – bez emocji.

Gdzie jesteście?

Po raz enty patrząc w ścianę między „taskami” w domu zacząłem sobie zadawać pytania. Gdzie się podziali wszyscy ludzie? Dlaczego mój każdy dzień wygląda dokładnie tak samo? Wstaję rano, jako tako się ogarniam, siadam do komputera i robię swoje. Slack, WordPress, Facebook, repeat. Kontakt z ludźmi zaczyna się i kończy na napisaniu kilku linijek w komunikatorze. Kontakt z jakimkolwiek człowiekiem łapię najczęściej, gdy narzeczona wraca z pracy. Z przyzwyczajenia do stanu w którym jestem tylko ja, kawa i komputer z nią też czasami mniej rozmawiam. Przywykłem, choć wcale mi to nie pasuje.

„Wyjdź do kawiarni” – mówili. Poszedłem raz i nie spodobało mi się. Za dużo ludzi, których akurat nie chciałem w tamtym miejscu. Rotacja, kelner pytający co chwila czy kawa smakuje i czy czasami czegoś jeszcze nie chcę. Przy okazji patrzący na mnie jak na dziwoląga, który wziął jedynie kawę po to, by móc sobie pospychać ezoteryczną robotę w fajnym miejscu. I jeszcze ciągnie prąd „za frajer”.

Choć mam rodzinę, którą bardzo kocham, mam narzeczoną, która trafiła mi się jak ślepej kurze ziarno – poczułem się samotny. Ludzie, z którymi kiedyś cieszyłem się każdą pierdołą – mają swoje życie. A ja zostałem tylko z komputerem, zadaniami do wykonania, tą samą kawą co zwykle i z tym samym planem na każdy kolejny dzień. To bolesne uświadomić sobie w wieku 25 lat, że jest się człowiekiem osamotnionym, choć tego nie chcieliśmy. To nie jest efekt jedynie pracy zdalnej, ona była natomiast czynnikiem, który przesądził potem o moim stanie.

Planowanie każdego kolejnego dnia, zadań przestało mi sprawiać przyjemność: stało się rutyną, a ja coraz bardziej zacząłem żyć jak automat. Obudzić się, odwalić zadania, polenić się i iść spać. Momentami bałem się poniedziałków, bo wiedziałem że nic ciekawego mnie w następnym tygodniu nie spotka. Nikt mnie raczej nie odwiedzi, nikt nie zadzwoni z dobrą nowiną. Przy okazji coraz bardziej zaczęło się sypać w rodzinie. Przez jakiś moment czułem się jakby ktoś mnie okładał baseballem. Same złe wiadomości. Tu cios w plecy, tu w wątrobę, za chwilę z bani w nos i z kopa w korale. Tłumaczyłem sobie to tak: „przez 25 lat nie dostałem dobrze w czajnik, teraz życie musi sobie odbić. Poboli i przestanie”.

Hej, hej – wszystko w porządku?

Na takie pytania odpowiadałem zdawkowo. Jasne, że tak. Co może być nie w porządku? Nie przemęczam się w pracy, bo pracuję z domu. Mam na wszystko mnóstwo czasu. Mogę wyjść „w trakcie pracy” do sklepu, ogarnąć sprawy urzędowe, a jak bardzo chcę – mogę nadrobić sobie pracę „na zapas”, albo przełożyć coś na potem. Mój terminarz elastycznością dorównuje plastelinie i można robić z nim cuda.

To będzie trochę taki „coming-out”, którego pewnie się spodziewaliście po wydźwięku poprzednich akapitów. Wystawiam się tym samym na oceny z Waszej strony – nie mam z tym problemu. Myślcie o mnie cokolwiek chcecie. To istotne w toku rozważań nad pracą zdalną. Zapewne wiele jest w tym mojej osobistej winy, że znajduję się w takim położeniu jak teraz. Otóż, choruję. Nie choruje bezpośrednio moje ciało, choć ono też mocno oberwało. Choruje mój umysł. Depresja nie jest czym, co ludzie sobie wymyślają, by wzbudzać litość wśród otoczenia. Dowiedziałem się o tym w momencie, gdy lekarz powiedział mi wprost: „albo się Pan będzie leczył, albo i tak się zobaczymy – ale w trochę smutniejszym miejscu”. Choroba rodzica, pogłębiające się wycofanie społeczne, pasemko niepowodzeń spowodowały, że niepostrzeżenie stałem się umysłowym wrakiem. Wykonując kreatywną pracę dało się odczuć, że pracuję nie jak Jakub Szczęsny, a maszyna na wzór tej persony. Robię swoje i mnie nie ma – nie ma napędu do tego, by zrobić coś więcej, wykrzesać z siebie coś ponad to co robię obecnie.

Co ciekawe, do lekarza – psychiatry trafiłem w momencie, gdy udało mi się znaleźć dodatkową pracę obok Antyweba, którą musiałem wykonywać już w biurze. Ale i tak przez jakiś czas czułem się nieswojo wśród ludzi. Inaczej, obco. Nowe wyzwania, nowi ludzie (świetni, serio) nie spowodowali, że cudownie wyleczyłem się z poprzednich demonów. A uwierzcie mi, że myślałem w ten sposób: że wychodząc do ludzi magicznie pozbędę się dolegliwości umysłu.

Praca (nad sobą)

Dostałem receptę i zalecenie, by iść na terapię. Dostosowałem się do terminarza brania leków, na terapię jeszcze nie poszedłem, nie czuję się gotów, choć zbieram się w sobie. Początki brania leków były cholernie trudne – efekty uboczne były momentami koszmarne. Paroksetyna początkowo zapewniła mi rollercoaster – od stanu „berserker” do chęci zawinięcia się w prześcieradło i czołgania się na cmentarz. Trazodon miał mnie usypiać wieczorem, a powodował, że robiłem się zflaczały – zasnąć dalej nie potrafiłem. W głowie natomiast mnóstwo czarnych myśli przeplatanych lękami: „a co będzie jak to nie zadziała?!”. Obiecałem jednak narzeczonej, że cudowne groszki będę łykał jak kazał lekarz.

W trzecim tygodniu od rozpoczęcia leczenia poważnie bałem się, że to nie zadziała, że leki nie są „trafione”. Że niechęć do terapii spowoduje, że dalej będzie źle, a ja w końcu wpadnę na genialny pomysł, żeby sprawdzić czy da się wyjść z mieszkania szybciej niż z pomocą klatki schodowej.

Przyszedł jednak moment „krytyczny”, w trakcie którego wstając rano popatrzyłem na świat paląc papierosa i uśmiechnąłem się do siebie, zupełnie spontanicznie. Nie czułem się wyprutym z emocji wariatem, który dopiero co rozpoczął leczenie „na łeb”. Momentami miałem poczucie, że „wróciłem do siebie”, że po prostu żyję. A problemy – cóż. Nawet te, z których żadnego wyjścia nie ma, przydarzają się człowiekowi i musi się z tym pogodzić. Nie było już wzlotów i upadków pod kątem nastroju, lepiej mi się zasypiało.

Praca zdalna – tak. Ale bez przesady

Wiecie, co? Mimo smutnej skądinąd historii, w której część winy zrzucam na zdalny charakter pracy – dalej ją lubię. Jest ciekawa, jest pełna wyzwań i daje mnóstwo wolności. Bez niej nie mógłbym pozwolić sobie na pracę w świetnym miejscu w Rzeszowie przy okazji pisania dla Antyweba. Coraz częściej patrzę na świat i na życie z nieco większą dozą optymizmu. Ale to pewnie efekt leków, które bardzo mocno wpływają na mój nastrój. Czeka mnie jeszcze konfrontacja z samym sobą, bo wiem że bez terapii nie zdołam domknąć tego rozdziału. A leków też nie chcę brać w nieskończoność.

Jeśli marzycie o pracy zdalnej – marzcie dalej. Jest świetna. Jest piękna. Ale uwierzcie mi, że będzie Wam prędzej czy później brakowało kontaktu z drugim człowiekiem. Ten tryb w moim przypadku po niemal 5 lat dołożył się do postępującego załamania nerwowego i cieszę się, że wprowadziłem w tym zakresie równowagę. Piję kawę z kolegami z pracy, rozmawiamy o byle czym, wspólnie wykonujemy zadania. Wracam do domu i… ten dom coraz częściej kojarzy mi się z azylem, miejscem do odpoczynku.

Takiej równowagi życzę Wam wszystkim. Trzymajcie się.