36

Polskie epodręczniki, czyli jak spaść na ryj zanim zaczęło się bieg

Jako totalny futbolowy agnostyk musiałem się ostatnio skupić na kompletnym ignorowaniu mediów. Tendencja ta potrwa pewnie jeszcze kilka tygodni, ale chwalę sobie, bo o ile spokojniejsza jest przez to moja głowa. Ostatni jednak wzburzający krew obraz to wywróżona w TOK FM, powielona przez Edukacja Internet Dialog i natablicy.pl (istniał pod tym linkiem, ale ktoś przeczytał […]

Jako totalny futbolowy agnostyk musiałem się ostatnio skupić na kompletnym ignorowaniu mediów. Tendencja ta potrwa pewnie jeszcze kilka tygodni, ale chwalę sobie, bo o ile spokojniejsza jest przez to moja głowa. Ostatni jednak wzburzający krew obraz to wywróżona w TOK FM, powielona przez Edukacja Internet Dialog i natablicy.pl (istniał pod tym linkiem, ale ktoś przeczytał i usunął) informacja o rzekomej porażce e-podręczników i ogólnie wszelkiego „e” w naszym kraju.

Jak to już standardowo bywa, mądrzy ludzie i samozwańczy specjaliści od obrony status quo się spotykają i zwyczajem zaczerpniętym od rumuńskich cyganów – wróżą. Tuż po tym wróżeniu wchodzą na antenę, tudzież idą do edytora tekstu i zdobytą chwilę wcześniej wiedzą dzielą się z żądnymi czyjejś opinii, bo swojej przecież nie mają, słuchaczami i czytelnikami.

Wróżki z Hogwartu
Na podstawie kilku stron rządowych dokumentów i kilku faktów snują dziennikarze wizje o tym czym jest epodręcznik ( „e” w połączeniu jedynie z komputerem). Szyją, wymyślają, wróżą z fusów i budują opinię publiczną. Dlaczego? No jak to, przecież dzisiaj tradycyjne media walczą o słuchaczy, czytaczy i kupowaczy, a Ci lubią słychać o tym, co się komu nie udało, co nie wyszło, za co jeszcze obwinić rządzących.

Problem w tym, że nikt nie zastawia się nad tym, co powiedział, czy opublikował. Ważne, że tytuł jest chwytliwy, a treść zjadliwa. Niestety konsekwencje są opłakane, bo zmienianie jakiejkolwiek powszechnej instytucji, zwłaszcza tak starej i skostniałej jak oświata to ogromny wysiłek samych nauczycieli. Nie da się szkolnej zmiany przynieść w teczce, do niej potrzeba zmotywowanych i zainspirowanych nauczycieli, a jak ich znaleźć, skoro już ktoś wyrobił im opinię.

Źle, bo ja tak powiedziałem

Bardzo źle się czuję, że portal, którego miałem przyjemność być redaktorem pokusił się o opublikowanie takiej opinii. Chociaż, może nie. Oburza mnie pozostawienie jej bez komentarza, czyli niejako przystanie na, opatrzoną znakiem zapytania tezę: W ramach „Cyfrowej Szkoły” uczniowie będą korzystać z niesprawdzonych e-podręczników.

Obawy budzi fakt, że większość podmiotów, które przystąpiły do konkursu nie mają doświadczenia przy tworzeniu materiałów edukacyjnych dla szkół podstawowych.

Wydawcy zbojkotowali ten projekt, bo się go boją. Niestety dali tego dowód niejednokrotnie. Ich niekompetencje w dziedzinie nowych technologii edukacyjnych wymieniać można całymi seriami, co staram się czasami robić. (WSiP). Papierowe lobby po prostu się boi, że coś odpadnie z sakiewki, a wtedy zagraniczni właściciele nie będą oglądali się na to, że przez 30 lat wydawnictwo było zakładem pracy chronionej dla nierobów, tylko zwolni wszystkich zbędnych. Jak można usłyszeć poniżej wydawcy po prostu przegapili szansę.

W wydawniczym bojkocie upatruję jednak pewną szansę na zmianę. Po pierwsze taką, że stare odkleiło się w końcu od nowego i to z własnej woli. Odpadło jak niechciana huba. ePodręczniki w swoim założeniu mają być czymś innym od tych, które za grubą kasę drukowane są na nieżywych drzewach, więc jeśli zajmą się tym firmy technologiczne, np. te dostarczające elearning, to ich podejście będzie zgoła inne: nastawione na dostarczenie treści w formie dostosowanej do nowoczesnych urządzeń i wykorzystujących aktualne technologie. Może nie będzie logo z półwiekową tradycją i sposobami na kupowanie nauczycieli, ale może będzie lepiej. Może właśnie takiej zmiany potrzebujemy.

W Gazecie Prawnej, pierwszy Rejtan rozdzierający koszulę wydawniczą mówi:

Organizacje monitorujące rynek wydawniczy są zaniepokojone pomysłem, który może skończyć się jak w Norwegii, gdzie po wprowadzeniu obowiązkowych e-booków rynek podręczników papierowych się załamał – mówi Bartosz Lewicki z Porozumienia Nowoczesna Edukacja.

Oczywiście to fakt, ale Pan Lewicki nie podaje szczegółów, no bo przecież nie pasowałyby mu do obrazka, który kontynuuje w artykule zamieszczonym w serwisie EID (wstydzilibyście się!):

Oznacza to, że we wrześniu 2014 r. do uczniów i nauczycieli w całej Polsce trafią niesprawdzone materiały edukacyjne, których wartość merytoryczna będzie zagadką – mówi Bartosz Lewicki reprezentujący Porozumienie Nowoczesna Edukacja.

Nie wiem kto wie, że będą niesprawdzone i kto pozwoli na to, żeby kontrolę jakości, także tej dydaktycznej odpuścić. Czy Pan Lewicki prowadzi działalność mieszczącą się w zakresie wróżbiarstwa? Możliwe.

Jeśli chodzi o zawartość merytoryczną, z tego co wiem, to w Polsce mamy ograniczoną ilość specjalistów, którzy mogą napisać podręcznik, będą to zapewne te same osoby, które robiły to do tej pory. A jeśli nie, to uważam, że wpuszczenie młodej krwi może przynieść wiele dobrego. Przede wszystkim świeżość i brak zależności od wydawcy.

… koncepcja e-podręczników stanowiących otwarte zasoby budzi kontrowersje. Licencja Creative Commons pozwala na dowolne modyfikowanie treści edukacyjnych. Istnieje ryzyko, że treści podręczników, przygotowanych przez niedoświadczone w tym obszarze firmy, dodatkowo będą jeszcze modyfikowane w niekontrolowany sposób przez podmioty do tego niepowołane.

Gołym okiem widać kompletną bzdurę i brak zrozumienia tematu. Rzygać mi się chce, jak czytam takie bzdury, a to co chętnie bym z siebie wydał byłoby wartościowsze niż ten fragment. Nasz wróżbita, jak widać, nie rozumie na czym polega licencja CC i możliwość modyfikowania treści. Dobrze by było, aby szanowny Pan najpierw się douczył, doczytał, zapytał może, a potem wygłaszał sądy. Chyba, że wydaje mu się, że lektury udostępnione w portalu http://wolnelektury.pl są mniej wartościowe od tych, które leżą w księgarni na półce.

Udostępnienie rządowych, darmowych e-podręczników spowoduje także ograniczenie możliwości doboru treści dydaktycznych przez nauczycieli. Do tej pory, mogli oni dostosować wybór podręcznika do indywidualnych potrzeb edukacyjnych uczniów. W obecnej sytuacji, pod wpływem presji, najprawdopodobniej będą zmuszani do pracy z darmowymi e-podręcznikami, bez względu na ich atrakcyjność oraz poziom merytoryczno-dydaktyczny.

Pierwszą odpowiedzią na tę brednię, jaka pojawiła się w mojej głowie było: A Twoja stara pije wodę po ogórkach… i niech tak zostanie, bo takiego poziomu absurdu nie ogarnę i chyba obejrzę mecz oczekując cudów, co wylecą z szafki.