57

Polskie biblioteki cyfrowe są tak beznadziejne, że równie dobrze mogłoby ich nie być

Dużo w naszym kraju mówi się o „cyfryzacji”. To dosyć popularne słówko, którego co do zasady przyjęło się używać przy okazji unowocześniania rozmaitych dziedzin naszego życia. Za cyfryzacją książek, co miało pozwolić na szerszy dostęp do kultury zabrano się już dekadę temu. Oczywiście cały system jest do kitu, a jego przydatność praktyczne zerowa. Miliony, a […]

Dużo w naszym kraju mówi się o „cyfryzacji”. To dosyć popularne słówko, którego co do zasady przyjęło się używać przy okazji unowocześniania rozmaitych dziedzin naszego życia. Za cyfryzacją książek, co miało pozwolić na szerszy dostęp do kultury zabrano się już dekadę temu. Oczywiście cały system jest do kitu, a jego przydatność praktyczne zerowa. Miliony, a może dziesiątki milionów złotych poszło w błoto, jak zwykle.

Ale od początku. Naszła mnie jakiś czas temu ochota, żeby nadrobić zaległości jeżeli chodzi o przeczytane lektury. Znalazłem listę „stu książek, które musisz przeczytać”, żeby odświeżyć sobie pamięć, odnośnie braków. Szybko zdecydowałem się na „Hrabiego Monte Christo”.

Tutaj muszę przerwać i wyrazić nadzieję, że nawet najbardziej zatwardziali miłośnicy ochrony praw autorskich, w formie jaką obecnie prezentują, zdają sobie sprawę z tego, że Aleksander Dumas (ojciec) nie żyje od prawie 150 lat, co nawet przy naszym absurdalnym systemie chroniącym majątkowe prawa autorskie do 70 lat po śmierci autora, sprawia że jego prace pozostają w domenie publicznej. Wydając jednakże tego typu dzieła, podmiot czerpiący korzyści z tego tytułu, jest zobowiązany przekazać 5% dochodu na rzecz Fundusz Promocji Twórczości. A nuż ktoś chce mieć Hrabiego Monte Christo na półeczce? W takim wypadku ma sens, żeby ktoś drukował książki – przedsiębiorca niech sobie działa, czemu nie?

Zacząłem więc szukać, spodziewając się, że skorzystam z jakiejś biblioteki cyfrowej. Znalazłem w pierwszej kolejności wyszukiwarkę, szperającą po polskich cyfrowych bibliotekach, ale „Hrabia Monte Christo” pozostawał dla nich niewiadomą. Postanowiłem więc wejść bezpośrednio na stronę paru z nich, ale nie znalazłem wiele. Ostatecznie odnalazłem Polską Bibliotekę Internetową. Potężny państwowy twór, zrodzony ponad dekadę temu. Jednakże, zdziwieniu mojemu nie było tego dnia końca, również tam Hrabiego Monte Christo nie znalazłem. Toż to klasyka nad klasyki!

Teraz uwaga, bo zrobiło się jeszcze ciekawiej. Otóż, chociaż baza Polskiej Biblioteki Internetowej jest całkiem pokaźna, to teksty udostępniane są w formie dostępnej tylko przez przeglądarkę, albo jako zdjęcia kolejnych stron książki. Ostatnie rozwiązanie oczywiście ma sens w przypadku zabytkowych ksiąg, chociaż danie wyboru i udostępnienie również samego tekstu by chyba nie zabolało. Chcecie ściągnąć PDFa? Mobi? Epub? W jakikolwiek sposób zapisać tekst tak, żeby można było go przeczytać offline? Zapomnijcie.

Polska Biblioteka Internetowa

Polska Biblioteka Internetowa

Kolejnym etapem była próba znalezienia niepublicznego podmiotu, który by się zajmował digitalizacją książek pozostających w sferze „public domain”. Nawet szczególnie mnie nie zdziwiło, kiedy okazało się, że serwis Wolnelektury.pl, w którym zgromadzono (stan na moment pisania tego tekstu) 2393 utworców literackich, prowadzony jest przez fundację Nowoczesna Polska. Niestety, Hrabiego Monte Christo nie znalazłem, z Aleksanda Dumasa (i to syna) znalazłem tylko „Damę Kameliową”. Niemniej, dostępne są już na przykład powieści Josepha Conrada, i to więcej niż tylko Jądro Ciemności. Już chyba wiem gdzie wyląduje w tym roku mój jeden procent podatku.

A tutaj Wolnelektury.pl

A tutaj Wolnelektury.pl

Aha, warto też dodać, że Wolnelektury.pl ma dobrze działającą wyszukiwarkę i nie wygląda jak serwis z epoki kamienia łupanego, czego nie można powiedzieć o państwowych potworkach. Zaryzykuję stwierdzenie, że dalsze pompowanie kasy w Internetową Bibliotekę nie ma sensu. Nie w takiej formie.

Tak więc nie ma możliwości, żeby jakikolwiek podmiot udostępniający zdigitalizowane książki pozwolił mi na przeczytanie Hrabiego Monte Christo na czytniku, albo tablecie. No, przynajmniej nie po Polsku, bo w języku angielskim książka jest dostępna za pośrednictwem Projektu Gutenberg (podobnie jak prawie 45 tysiecy innych e-booków). Oczywiście we wszystkich formatach, jakie można sobie wyobrazić. Są nawet przyciski, które automatyczne wyślą plik na nasze konta Dropbox albo Google Drive!

Przepraszam, nie ma możliwości? Miałem na myśli „nie ma możliwości za darmo”. Bo oczywiście, gdzie zarobić można, tam zarobić trzeba. Korzystając z niekompetencji państwa, które pompuje kasę w zupełnie niefunkcjonalną Bibliotekę Internetową, korzystając z faktu, że nie ma uniwersalnego zbioru lektur w powszechnie używanych formatach, sklepy internetowe zarabiają. I tak np. w sklepie Merlin.pl dostaniemy Hrabiego Monte Christo, tom I za 17,90zł. Każdy z trzech tomów tyle nas wyniesie. Mówimy o książce autora, który zmarł półtora wieku temu.

Hej, nawet Damę Kameliową, która na Wolnelektury.pl jest dostępna za darmo, we wszystkich możliwych formatach, można kupić! 4,99zł na Empik.com, poprzez Virtualo.

W końcu z pomocą przyszedł mi serwis, który na pewno znacie, a który odsądzano od czci na każdym polu. Stał się wręcz symbolem zła, złodziejstwa i niecnych zamiarów, w kontekście nadużywania prawa autorskiego. Skorzystałem z Chomikuj.pl. Całkiem legalnie, całkiem za darmo. Tam gdzie nie mogłem uzyskać dostępu do kultury klasycznej, która, chyba nie będziecie się ze mną kłócić, powinna być dostępna dla każdego, z pomocą przyszedł mi serwis, który jest wrzodem na tyłku producentów, sklepów internetowych, ZaiKSu i innych obrońców praw autorskich, święcie przecież przysługujących człowiekowi łasym na pieniądze wydawcom.

Nie zrozumcie mnie źle – nie bronię Chomika, to nie jest konkluzja tego tekstu. To nie jest temat, który chciałem poruszyć.

To jest po prostu historia o tym, że dostęp do kultury w Polsce wciąż jest upośledzony. Jest nie z tej epoki. Nawet rozwiązania „cyfrowe” są po pierwsze: źle zaprojektowane, a po drugie: ubogie. Ze wszech miar popieram walkę z twórcami podręczników, którzy zbijają kokosy na edukacji, na dostępie do kultury, itd. Byłbym jednak jeszcze bardziej zadowolony, gdyby tę walkę prowadzono nowoczesnymi metodami, a zamiast przenosić na siebie ciężar drukowania i dystrybucji, dlaczego nikt się nie zorientuje, że przecież niewielkim kosztem można zdigitalizować materiały, dzięki czemu uniknie się ogromnej części kosztów. Po diabła drukować kolejne książki do bibliotek, a ostatecznie w ogóle te biblioteki utrzymywać, skoro można stworzyć sensowną platformę cyfrową. Dlaczego odbierać dzieciom z małych miejscowości i wsi dostępu do kultury, skoro tak łatwo jest tę sytuację zmienić? Dlaczego Fundacja Nowoczesna Polska, która jak podejrzewam, ma budżet będący ułamkiem budżetu Biblioteki Cyfrowej, potrafi stworzyć najlepszy w naszym kraju zbiór utworów będących już w domenie publicznej?

Tylko niech do diabła zabierze się za to ktoś, kto ma zielone pojęcie o technologii. Bo póki co, to mam wrażenie, że o tym jak wygląda Internet, to rządzącym ktoś opowiada, a sami na oczy go nie widzieli.