91

Opowiem Wam o plastelinie, krzywych kręgosłupach i o tym, że nic się nie zmieni

Szkołę skończyłem już jakiś czas temu. Studiuję, ale stronię od nazywania uczelni szkołą, bo nie chcę obrażać instytucji kształcenia wyższego. O trzech budynkach, w których kazano mi siedzieć 45 minut w ławce, pisać notatki i uczyć się „rzeczy koniecznie potrzebnych, by mieć fajną pracę” przypomniałem sobie, mając okazję nosić plecak drugoklasisty. Jeden z atrybutów ucznia, […]

Szkołę skończyłem już jakiś czas temu. Studiuję, ale stronię od nazywania uczelni szkołą, bo nie chcę obrażać instytucji kształcenia wyższego. O trzech budynkach, w których kazano mi siedzieć 45 minut w ławce, pisać notatki i uczyć się „rzeczy koniecznie potrzebnych, by mieć fajną pracę” przypomniałem sobie, mając okazję nosić plecak drugoklasisty. Jeden z atrybutów ucznia, oprócz zeszytu, książki i czasem „pały” w dzienniku nie zmienił się w ogóle, choć czasy cywilizację ścigają niemiłosiernie. Zastanawiam się, gdzie jest „współczesna” szkoła, a gdzie jesteśmy my.

Dziecięcy plecak, waga niedziecięca

Kolorowy plecak dla ucznia. Ten szkolny gadżet nieco ewoluował – jest przegródka na telefon komórkowy, dziurka na słuchawki (kto w ogóle tego używa?), mnóstwo kieszeni i kieszonek, dwie duże przegrody, regulowane paski, uchwyt. Zwykły plecak, chciałoby się rzec. Załóż go na plecy. Zadziwiająco ciężki, prawda?

Akcesoria w owym plecaku to już festiwal różności – zeszyt do matematyki, środowiska, muzyki, języka polskiego, kaligrafii i odpowiednio dla każdego przedmiotu minimum jedna książka. Zapomniałem o religii, plastyce, języku angielskim. Średnio, na plecach drugoklasisty codziennie gości 5 kilogramów(!) ciężaru. A ile waży ośmiolatek? Z szybkiego researchu w Google wyszło mi, że około 25 kilogramów. To ile to procentowo wychodzi? 20 procent? Tak, dokładnie.

School-kid-with-tablet

Dla mnie owe 5 kilogramów niestraszne, ale prośba drugoklasisty, żebym pomógł mu nieść plecak na ostatniej drodze do domu była bardzo wymowna. Niektórzy ziewną i powiedzą, że „to już grali” – ja jednak czuję, że temat tabletu w szkole należy podjąć jeszcze raz.

Książka z plecaka, uczniowi lżej

Podręczniki nie są lekkie, a do każdego z nich musi oczywiście być dołączona „ćwiczeniówka” jako uzupełnienie podanej w „głównej” książce wiedzy wraz z zadaniami do rozwiązania przez ucznia. Ludzie drodzy, czy dziecko rzeczywiście musi targać na plecach wiedzę spisaną na kartkach i ryzykować tym, że kręgosłup w niedługim czasie wygnie się jak paragraf? Można rozwiązać to prościej…

Tablet w szkole – temat posiadający zwolenników i przeciwników. Ci, którzy martwią się o wady postawy u dzieci w tablecie widzą rozwiązanie – w dzisiejszych czasach już nie takie drogie. Kupując tablet za 600 złotych, jeżeli przewidujemy dla niego głównie edukacyjne zastosowanie, będzie służył dziecku spokojnie przez lata. A ceny podręczników elektronicznych są oczywiście niższe – publikacje w tej formie są już po korekcie i adiustacji, a wyprodukowanie kolejnych nakładów nie kosztuje – czym jest bowiem skopiowanie pliku? Niczym – koszt jest absolutnie zerowy. Omijamy przecież ważny czynnik – wydrukowanie podręcznika.

kindlewithbooks

Tablet, oprócz zastąpienia podręcznika stwarza szanse dla nauczycieli – mogą oni na bieżąco zaglądać do efektów pracy swoich uczniów (nawet, gdy oni o tym nie wiedzą), łatwo dostosować zajęcia dla poszczególnych grup uczniów (np. ze względu na stopień przyswojenia materiału) i błyskawicznie sprawdzać ich wyniki w testach. Tablet zatem to nie tylko wyeliminowanie ciężkich i mało interaktywnych podręczników, ale i szerokie perspektywy dla belfra. Ponadto, lekcja wsparta ciekawym materiałem multimedialnym – filmem, żywą ilustracją przedstawiającą na przykład anatomię człowieka jest atrakcyjniejsza dla ucznia, który nierzadko na lekcjach po prostu się nudzi. A im młodszy uczeń, tym trudniej skupić jego uwagę.

Według CBOS w poprzednik roku rodzice wydali średnio 1200 na wyprawkę szkolną dla dziecka – wlicza się w to oczywiście całe oprzyrządowanie dla młodego adepta nauk – tornister/plecak, książki, zeszyty, piórnik, długopisy, kredki, plastelinę, itp., itd. Im dalej młody człowiek zajdzie w nauce, tym mu łatwiej. Sam pamiętam, że w ostatniej klasie liceum miałem dosłownie dwa zeszyty. Do języka polskiego i „do wszystkiego”, podręczniki tylko te, których nie znalazłem w Internecie, jeden długopis i torba. Zamknąłem się w 250 złotych, z czego połowa to książki do języka angielskiego, który traktowałem akurat priorytetowo. Sama torba ważyła także bardzo niewiele.

Czego udało mi się nauczyć w szkole?

Jedno z lepszych liceów w Polsce, piękny budynek w Sandomierzu, w każdej sali nowoczesne sprzęty dydaktyczne. Podobało mi się tam przez dosłownie dwa tygodnie, a trzymały mnie tam tylko znajomi oraz dobre kanapki w szkolnym sklepiku. Nie winię za to akurat tego liceum indywidualnie – mam wrażenie, że wszędzie byłoby tak samo.

Wybrałem profil zgodny z zainteresowaniami, a wydawało mi się, że to tylko zapis w papierach. Bo mając za fakultet język polski, historię sztuki, filozofię, język angielski i historię, sadzano mnie w ławce i kazano się uczyć, czym jest morena czołowa. Tak, do dzisiaj pamiętam co to jest morena czołowa, a przyznam się, że by sobie przypomnieć, o co dokładnie chodziło w „Lalce”, to musiałbym jeszcze raz ją przeczytać. Język polski natomiast obrzydziła mi wizja pisania wypracowania w stylu: „Kto jest twoim osobistym bohaterem i dlaczego jest to W. I. Lenin?” Każde wypracowanie dla mnie to była kompletna udręka – najpierw się przejmowałem, potem już nawet nie próbowałem udawać, że wchodzę w skórę „tęgiej głowy”, która układała w CKE klucz do tematu pracy. Matematyka najlepiej mi szła, jak dotykała rzeczy „przyziemnych” – procent składany i kombinatoryka były tymi działami, z których miałem pewną ocenę pozytywną. Reszta – chybił trafił. Ale jednym szczycę się do dzisiaj – deltę policzę w dzień i w nocy, pamiętam wzory, metody i akurat tutaj rzadko się mylę. Historia – na nieszczęście dla mnie przez cały okres nauki w szkole miałem do czynienia z nauczycielami, którzy owszem, wykładali wiedzę – ale toćka w toćkę tę z książki. W podstawówce notowałem, bo musiałem. W gimnazjum patrzyłem tępo w zeszyt. W liceum spałem – dosłownie. To, co mnie interesowało, doczytywałem sam, albo oglądałem filmy.

Childcare-experts-caution-parents-over-amount-of-time-their-kids-spend-on-tablets

Wyszło na to, że w liceum nauczyłem się jedynie palić papierosy. No, może jeszcze delta i morena czołowa. Poza tym, nie pamiętam absolutnie nic. Dziwnym trafem napisałem maturę z „Dziadów”, gdzie miałem przedstawić symbolikę prawej i lewej strony. Temat jakby pode mnie – akurat wątki konfliktów w społeczeństwie wchodziły mi w głowę jak złoto. Matematyka trudna nie była, ale ja utrzymuję, że rokrocznie idzie ją rozwiązać na logikę i mieć to „biedne” 30%. A już idea prezentacji z języka ojczystego to absolutna farsa i niepotrzebna formalność, zapchajdziura, którą o dziwo niektórzy oblewają!

I nawet jeśli młody człowiek wychodzi z liceum – co on potrafi?

Okazuje się, że niewiele. Ja miałem to szczęście, że mnie do pewnych rzeczy wdrażali rodzice. Tata, kiedy tylko skończyłem trzynaście lat, założył mi konto w banku wraz z obsługą przez Internet, wpłacił na nie 20 złotych, pokazał co i jak i kazał mi się wdrażać. Uznał, że jestem na tyle dorosły, by móc korzystać z dobrodziejstw „tych poważniejszych” nowych technologii. Dzisiaj nie żałuję, chociaż owe konto traktuję już nieco mniej priorytetowo i przymierzam się do jego likwidacji, bo mam już drugie.

Także i potrafię ogarnąć swoje sprawy – pojechać do urzędu, załatwić to i to, wypełnić dokumenty, umowy, zrobić przelew, wypełnić PIT-a przez Internet. A niestety, tego ludzie po zdanej maturze nie potrafią. Tak, napiszą świetnie wypracowanie na 250 słów z idealnym wstrzeleniem się w klucz. Z pamięci wyrecytują kilka Trenów Kochanowskiego, rozwiążą równanie z trzema niewiadomymi, ale nie załatwią prostych spraw urzędowych. Nie mówię, że wszyscy – rodzice co poniektórych zatroszczą się o nieco bardziej użyteczną stronę edukacji. Ale, czy szkoła nie powinna kompleksowo przygotować młodych do życia, a matura nie powinna być egzaminem dojrzałości, a nie testem na „wykucie i inteligencję”?

Nic się nie zmieni

Tekst skończy się smutno. Wiele na ten temat rozmawiałem z mądrzejszymi ode mnie, dużo starszymi osobami. I mówią mi, że oczywiście, propozycje zmian są fajne, że z pewnością dałyby one dużo dobrego. Ale to nie ode mnie jednego one zależą, a nawet, jeśli znalazłoby się więcej osób, które chciałyby zmian – zawsze są „ci na górze”, którzy naszym podwórkiem trzęsą. Im nie w smak są zmiany. Na wprowadzenie elektronicznych podręczników do szkół nie pozwoli wydawnicze lobby, które zarabia ciężkie pieniądze na książkach i nie pozwoli ukręcić łba potężnemu interesowi. Podobnie jest z tym, jak wygląda nauka w szkołach. Uczymy się bezużytecznych formułek – skoro większość rzeczy jest do sprawdzenia w Internecie. Nawet, jeśli będziemy kiedyś wykonywali pracę wymagającą znajomości pewnych definicji, czy metod – wszystko jest do sprawdzenia w nieograniczonym repozytorium wiedzy. Jestem natomiast za tym, by uczyć ludzi podstaw i przede wszystkim skłonić ich do zrozumienia pewnych zagadnień. Odtwórcza forma wdrażania uczniów do nauki skutkuje tym, iż uczeń owszem, potrafi – ale odtworzyć schemat. Poza tym, nic z przyswojonego materiału w większości przypadków nie rozumie.

Grafika: 1, 2, 3, 4