Felietony

Od kasety w kieszeni do muzyki ze strumieni

PW
Paweł Winiarski

Pierwszy komputer, Atari 65 XE, dostał pod choinkę...

13

Muzykę do kieszeni zabierałem od kiedy tylko sięgam pamięcią. Pierwszego walkmana dostałem mając może 10-11 lat. Od tego czasu zawsze goniłem za nowymi pomysłami na to, jak zabierać dźwięki ze sobą. Wygodny fotel, ciepłe łóżko. Do tego herbata, kawa, alkohol – wedle uznania. Dobrze nagłośnienie p...

Muzykę do kieszeni zabierałem od kiedy tylko sięgam pamięcią. Pierwszego walkmana dostałem mając może 10-11 lat. Od tego czasu zawsze goniłem za nowymi pomysłami na to, jak zabierać dźwięki ze sobą.

Wygodny fotel, ciepłe łóżko. Do tego herbata, kawa, alkohol – wedle uznania. Dobrze nagłośnienie pomieszczenia albo niezły słuchawki na uszach. Ulubione płyty lub zupełnie nieznane albumy, którym chce się poświęcić wolny czas, szukać ukrytych dźwięków, dać się ponieść melodiom. To wymarzona sytuacja, ale nie zawsze udaje się ją zrealizować, szczególnie kiedy codzienność nie pozwala na zbyt wiele chwil wytchnienia. Albo po prostu chce się chłonąć jak najwięcej muzyki, wykorzystując do tego celu każdą chwilę – spacer, podróż, wycieczkę rowerową. Wtedy z pomocą przychodzą przenośne urządzenia. Dziś małe i wygodne, ale kiedyś trzeba było mieć i cierpliwość i dużą kieszeń, aby zabierać ze sobą ulubione nuty.

Taśmy w plecaku

Kiedy na świecie pędzono za miniaturyzacją wszelkich urządzeń, Polska lat dziewięćdziesiątych była zawsze gdzieś w tyle, ekscytując się sprzętami, które u zachodnich sąsiadów stawały się już powoli przeżytkiem. Przynajmniej jeśli chodzi o zwykłego Kowalskiego, który nie mógł pozwolić sobie na sprowadzanie nowinek sprzętowych z zagranicy. Moment, w którym zaczęły się popularyzować walkmany okazał się wybawieniem dla wszystkich nastolatków, którzy chcieli słuchać muzyki w każdym możliwym miejscu – w drodze do szkoły, na przerwach, na lekcjach. Nie jestem aż tak stary, by pamiętać Kajtka, a przynajmniej nie miałem przyjemności słuchać z niego muzyki. Próbując sobie przypomnieć wszystkie walkmany z jakimi dane mi było obcować zrozumiałem, że zawsze byłem wierny „oryginałowi”, czyli marce Sony. Zupełnie nieświadomie, pochodzę z małego miasta, tam często kupowało się taki sprzęt jaki akurat był na sklepowej półce – a że posiadane przeze mnie urządzenia nigdy nie były z najwyższej, ale i nie najniższej półki, ciągle trafiałem właśnie w Sony. Sprzęt jak to sprzęt, jeden działał dobrych kilka lat, inny wymagał wymiany powiedzmy po roku. Na ogół po zakończeniu okresu gwarancyjnego, choć z bólem serca muszę przyznać, że jedno z urządzeń po prostu wypadło mi z rąk o jeden raz za dużo i fizycznie nie wytrzymało kontaktu z betonowym chodnikiem.

Uwielbiałem słuchać muzyki z kaset, co chyba nietrudno było odczuć po lekturze jednego z moich tekstów. Nie zmienia to jednak faktu, że kasety były wygodne jedynie w domu. Zabieranie ich ze sobą w podróż, szczególnie jeśli miejsce w plecaku było ograniczone, często sprawiało problemy. Starałem się szanować oryginalne kasety, dlatego zawsze woziłem je w pudełkach. Poza tym zawsze lubiłem, chociażby w autobusie, słuchać muzyki czytając teksty z wkładek. Finał był taki, że plecak nigdy się nie domykał, bo przecież 3 kasety to za mało, a w konsekwencji często wracałem do domu z połamanymi pudełkami, bo coś jakimś cudem było za mocno przyciśnięte i plastik nie wytrzymywał. Walkmany działały na baterie, a ładowarek i akumulatorków nie można było jeszcze dostać tak łatwo jak kilka lat później. Podczas gdy moi rówieśnicy chodzili do kiosków ruchu czarując, że kupują papierosy dla rodziców, mnie sprzedawczyni już czasem nawet nie pytała, co chciałbym kupić, ale po prostu od razu wyciągała dwa albo cztery alkaliczne paluszki. A żeby to raz w plecaku wylądowało kilka rozładowanych baterii? To dopiero rozczarowanie i wieczne obietnice, że zużyte paluszki będą zawsze od razu lądować w śmieciach.

Nigdy nie dorobiłem się walkmana z tak zwanym „miękkim zawieszeniem”, w których to specjalny system rozpoznawał przerwy między utworami, pozwalał więc skakać między piosenkami za pomocą przycisków do przewijania. Przyznam się, że na niektórych kasetach byłem lepszy od niego, potrafiłem z pamięci przytrzymywać guzik tak długo, by idealnie trafiać w ulubione utwory. A i kilka razy przewijałem kasety długopisem lub ołówkiem, czując, że dzięki temu ukradnę jeszcze kilka minut na umierających już bateriach. Cienkiego walkmana z wygodniejszym systemem odtwarzania nie powitałem, gdyż nastał dzień, w którym zdecydowałem się wszelkie oszczędności przeznaczyć na pierwszego i jedynego w mojej mobilnej muzycznej historii discmana. Znów od Sony i muszę przyznać, że choć dziś wygląda tragicznie, to działał bez zarzutu przez dobrych kilka lat i …działa nadal, choć leży i kurzy się szafie.

Srebrny krążek

Przesiadka z walkmana na discmana była skokiem jakościowym, bez wątpienia. Po pierwsze kasety z każdym przesłuchaniem brzmiały gorzej, jeśli natomiast odpowiednio dbało się o fizyczny stan płyty, jakość nie ulegała zmianie. Do tego możliwość szybkiego przeskakiwania pomiędzy utworami. Niesamowita sprawa. Niestety discman wiązał się z kilkoma niewygodnymi kwestiami. Po pierwsze był sporo większy od walkmana. Sony dorzucało fajne, poręczne etui przypinane do paska, jednak praktycznie zawsze, siadając chociażby w autobusie, trzeba było owy sprzęt od paska odpiąć, bo zwyczajnie uwierał. Nawet jeśli urządzenie dysponowało systemem antywstrząsowym, z discmanem nie dało się biegać, jazda na rowerze po nierównym terenie również wywoływała problemy z płynnym odtwarzaniem ścieżek. Zrezygnowałem ponadto z noszenia płyt w pudełkach, starałem się wrzucać kilka do jak najmniejszego etui zapinanego na suwak. Takie rozwiązanie sprawdzało się nieźle, choć wciąż zajmowało miejsce w plecaku, a jeśli takowego ze sobą nie brałem, praktycznie ograniczało mnie do konieczności słuchania w kółko jednej płyt. Zacząłem więc szukać dalej. W gazetach zaczęły pojawiać się testy pierwszych odtwarzaczy mp3, a te coraz chętniej pojawiały się w cenowych promocjach na tyle atrakcyjnych, by skusić również studenta, który po jakimś czasie mógł na takowy sprzęt odłożyć.

256 mega szczęścia

Creative MuVo V200 256 MB. Zakochałem się w nim z miejsca. 2003, może 2004 rok – na tamte czasy odtwarzacz od firmy z Singarupu miał absolutnie wszystko. Futurystyczny wygląd, malutki podświetlany ekran, energooszczędność – jedna bateria/akumulatorek AAA starczała na odpowiednio długi okres czasu. Do tego wystarczyło rozłożyć go na dwie części i jedną po prostu wetknąć do portu USB w komputerze. Do dziś pamiętam nieprzespane noce, podczas których jak szalony rippowałem do mp3 posiadane płyty. 256 MB na tamte czasy nie było małą pojemnością i będąc przyzwyczajonym do discmana, możliwość wrzucenia na raz kilku albumów była spełnieniem niegdysiejszych marzeń. MuVo był sprzętem dość odpornym na wszelkie upadki, których odtwarzacz zaliczył w moim przypadku przynajmniej kilkadziesiąt. Z ciekawości wyciągnąłem go niedawno z szafy. Ma pęknięty ekran, jest cały poobijany, w niejednym miejscu zgubił już farbę, ale działa. Bez wątpienia nie do końca sprawdzało się pokrętło do zmieniania utworów/albumów, choć to akurat kwestia przyzwyczajenia. Wszelkie niedogodności MuVo nadrabiało rozmiarami, które wreszcie pozwalały brać sprzęt absolutnie wszędzie, a podczas imprez zwyczajnie obwiązywałem wokół niego słuchawki, chowałem do kieszeni i zapominałem, że w ogóle mam ze sobą jakiekolwiek mobilne urządzenie.

Nieśmiałe przygody z muzyką z telefonu

Kolejne lata były swoistym okresem eksperymentów. Zobaczyłem u kogoś, że można już słuchać mp3 z telefonów Sony Ericsson, a że akurat sam stałem się posiadaczem jednego z modeli tej firmy, spróbowałem. I równie szybko zrezygnowałem z takiego rozwiązania, wracając do MuVo. Po pierwsze SE nie miało zbyt wygodnego sposobu na wrzucanie plików do urządzenia, po drugie to dziwne złącze na słuchawki, które ciągle odczepiały się od telefonu i nie pozwalały go jednoczesnie ładować. A przewijanie numerów na K300? Zapomnijcie. Drugą próbę przeprowadzki muzycznej zaliczyłem przy K800i, do którego znów nie można było podłączyć normalnych słuchawek. I znów wiernie użytkowałem swoje MuVo, które stawało się coraz bardziej i bardziej sfatygowane. Przez chwilę myślałem nawet nad zakupem któregoś z modeli Sony Ericsson WT, dumnie udającego nowoczesne walkmany. Na słuchanie muzyki z telefonu przerzuciłem się dopiero po zakupie pierwszego smartfona.

HTC Dream zawsze będzie mi się kojarzyć z początkami Androida, a co za tym idzie pierwszymi aplikacjami do słuchania muzyki. Taka namiastka przenośnego komputera, która w kwestiach muzycznych rozwinęła się u mnie dopiero przy okazji przesiadki na Xperię X10. Tu już poszedłem na całość, wracając do scrobblowania dzięki możliwości instalacji przenośnego scrobblera last.fm. Działało to różnie, czasem numery się nie przesyłały, trzeba było szukać innych aplikacji. Szlag trafił mnie po ostatniej oficjalnej aktualizacji dla X10, kiedy z niewiadomych przyczyn telefon delikatnie przerywał odtwarzane utwory. Szukałem na forach, ludzie zgłaszali podobne problemy – również suportowi SE. Ten jak zaklęty powtarzał, że to nie wina ich aktualizacji, a problemy z kartą pamięci albo małą ilością wolnego miejsca. Oczywiście żadne proponowane przez nich rozwiązania nie działały, a ja zrezygnowałem przesiadając się najpierw na za małe już MuVo, a potem na iPoda Touch. I w tym ostatnim się zakochałem, szczególnie w jego pojemności – 64 giga to masa muzyki, którą po prostu się wrzuca i nie trzeba się o nic martwić. Scrobbling „po fakcie” raz działał raz nie, a i przyzwyczajenie do noszenia tylko jednego urządzenia zaczynało dawać o sobie znać.

Po zakupie iPhona nie potrzebowałem już innych urządzeń. Standardowy odtwarzacz był okej, ale szybko zaopatrzyłem się w aplikację od Last.fm i wróciłem do regularnego scrobblowania. Do biegania pożyczam czasem od żony iPhoda Shuffle, który jest genialnie malutki, ale odstrasza mnie swoją główną funkcją, czyli losowym odtwarzaniem utworów. Ostateczna klamka zapadła jednak dopiero po polskim debiucie Spotify i decyzji o zakupieniu abonamentu Premium, dzięki któremu można używać usługi na mobilnych urządzeniach. Z pamięci telefonu wyleciały wszystkie rippowane własnoręcznie mp3. I choć wiecie, że mam usłudze, szczególnie w formie mobilnej, wiele do zarzucenia, to na chwilę obecną jest to dla mnie najwygodniejsze rozwiązanie.

Oszczędzaj baterię dla telefonu – mówią. Rozumiem, ale praktycznie wszędzie mam ze sobą kabelek do ładowania telefonu. W pracy podłączam go do komputera, w domu jest ładowarka i zapasowy przewód, podobnie w samochodzie. Lata obcowania ze smartfonem nauczyły mnie, że jeśli mam ze sobą torbę lub plecak, warto nosić w nim coś, dzięki czemu uzupełnię rozładowującą się baterię i jestem gotowy na te kilka/kilkanaście procent dziennie zjadane przez Spotify. Wciąż jeszcze waham się nad przesiadką na Deezera i nielimitowanym transferem danych w sieci Orange, choć jestem osobą, która wie czego chce słuchać w podróży/na spacerze i przygotowuję sobie w domu playlisty tak, by zsynchronizować tylko te albumy, których zamierzam słuchać. Przypominam sobie również dawne czasy i muszę przyznać, że kieszonkowe słuchanie muzyki nie było jeszcze nigdy tak wygodne jak dziś. Choć sentyment do kaset i walkmana chyba już nigdy mnie nie opuści.

Obrazki: 1,2,3,4

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

HTC DreamSpotify