40

O tym, jak Spider’s Web wykrył „aferę” i walczy o swobody obywatelskie w Rosji

Wczoraj na stronie Spider’s Web pojawił się tekst, który sprawił, że opadła mi szczęka. To prawdziwy mix: trochę technologii, ciut historii i statystyki, szczypta biznesu oraz sensacji, porcja polityki… Z czegoś takiego można wysmażyć coś bardzo pikantnego. Tak też się stało – znowu mogłem poczytać o długich rękach rosyjskiego rządu, końcu wolności u naszego wielkiego […]

Wczoraj na stronie Spider’s Web pojawił się tekst, który sprawił, że opadła mi szczęka. To prawdziwy mix: trochę technologii, ciut historii i statystyki, szczypta biznesu oraz sensacji, porcja polityki… Z czegoś takiego można wysmażyć coś bardzo pikantnego. Tak też się stało – znowu mogłem poczytać o długich rękach rosyjskiego rządu, końcu wolności u naszego wielkiego sąsiada i prześladowaniu bohatera z internetów…

Trudno stwierdzić, od czego rozpocząć omawianie wspomnianego tekstu, wiec chyba wypada od wstępu. Autor informuje w nim, że kilka dni temu w Rosji zablokowano VKontakte po czym dodaje: Przedstawiciele rządu utrzymują, że stało się to przez przypadek, jednak sprawa budzi spore wątpliwości. To już druga wzmianka o rosyjskim rządzie na przestrzeni zaledwie kilku linijek wpisu. W tytule trafiamy przecież na taką rewelację: VKontakte zostało zablokowane przez rosyjski rząd. Czy serwis faktycznie został zablokowany przez rząd?

Sprawami tego typu zajmuje się Roskomnadzor o czym autor wie, ponieważ wspomina o tym organie w swoim tekście (nazywa go „organizacją kontrolującą media w Rosji” – jestem ciekaw, o jaki rodzaj kontroli chodziło?). Nie będę się zagłębiał w kompetencje wspomnianego urzędu, ale do jego zadań należy m.in. pilnowanie, by w Sieci (a przynajmniej jej rosyjskiej części) nie było łamane prawo. VKontakte jest stosunkowo często obiektem zainteresowania urzędników, ponieważ to olbrzymi serwis o wielkiej ilości treści. W tym treści nielegalnych lub kontrowersyjnych. Nie trzeba daleko szukać, by podać przykłady interwencji Roskomnadzoru w rosyjskim odpowiedniku Facebooka – urzędnicy zwrócili się do administracji VKontakte z prośbą o usunięcie grup poświęconych „modzie dziecięcej”. Ponoć obywatele zgłaszali skargi na wspomniane grupy ze względu na dostępne tam materiały (np. zdjęcia dzieci ubranych w sposób wyzywający i „niestosowny”).

Czy administracja VK protestowała? Nie – grupy zostały szybko usunięte. Zarówno VKontakte, jak i Roskomnadzor przekonują, że praca układa im się dobrze. Skąd zatem decyzja o zablokowaniu strony (trafiła do rejestru stron zabronionych i podlegających blokadzie na terytorium Rosji)? Przedstawiciel Roskomnadzoru (nie rządu!) poinformował, że to czysty przypadek. Zwykły błąd popełniony przez człowieka. Podobnych wpadek jest zapewne więcej, ale nie są one nagłaśniane, ponieważ nie dotyczą takiego molocha, jak VKontakte.

W całej sprawie można się oczywiście doszukiwać spisku i śladem Autora SW zadawać pytanie: Czyżby Kreml chciał przejąć kontrolę nad portalem? Wszak to potężne medium (z tekstu dowiadujemy się, jak potężne – liczb nie zabrakło), nad którym trzeba mieć kontrolę, by niepodzielnie sprawować władzę w kraju. Tu pojawia się pytanie, czy w innych krajach Władzie nie dążą do tego, by mieć wpływ na takie serwisy lub przynajmniej dostęp do generowanych przez nie danych? Rosja chyba nie jest tu wyjątkiem. Do takich wniosków można jednak dojść wtedy, gdy uznamy, że Kreml faktycznie maczał palce w blokadzie, a wersja o pomyłce to zwyczajne mydlenie oczu…

Dalej w przywoływanym tekście trafimy na informacje o problemach Pawła Durowa, który dwa lata temu przeciwstawił się władzy i od tego czasu ma z nią na pieńku. Co zrobił? Do Durowa zgłosiła się FSB (spadkobierczyni sowieckiego KGB – i nic więcej nie trzeba dodawać. Wszystko stało się jasne…), która domagała się (Autor pisał o prośbie, ale przecież oni nie proszą) zamknięcia grup zrzeszających opozycjonistów. Durow odmówił. Tym samym wydał na siebie wyrok.

Być może z Durowa faktycznie jest twardy zawodnik, który nie daje sobie w kaszę dmuchać i rządzi na swoim podwórku tak, jak tylko zechce. Warto jednak dodać w tym miejscu, iż w samej Rosji od dawna pojawiają się sugestie, iż VKontakte jest kontrolowane przez… FSB. Skoro już doszukujemy się teorii spiskowych, to pójdźmy tym tropem. Władze nie chciały, by ich obywatele zasilili szeregi użytkowników Facebooka i zdobyli narzędzie do organizowania oporu oraz swobodnej i wymiany myśli (wszak zagraniczną firmę trudniej kontrolować), wiec wpadli na chytry plan stworzenia kopii FB. Realizacja projektu chyba przeszła ich najśmielsze oczekiwania.

Z innych rewelacji wynika, że Durow sam założył swój serwis, ale jednocześnie zaoferował władzom pomoc w zwalczaniu/kontrolowaniu opozycji. Szef VKontakte tłumaczył ponoć urzędnikom, że blokowanie grup opozycjonistów i aktywistów to kiepski pomysł. W efekcie zrezygnują oni z jego serwisu i zarejestrują się na Facebooku. Kto na tym skorzysta? Takich smaczków jest oczywiście więcej. Sporo osób powie, że to nagonka ze strony służb, której cel stanowi dyskredytacja Durowa i zobrzydzenie go opinii publicznej. Być może to prawda – tego niestety nie wiem, ponieważ nie są mi znane kulisy jego działalności i „zaplecze”. Podejrzewam, że Koledze z SW też nie. Warto zatem przedstawiać obie strony medalu.

Kolejna sprawa poruszana przez Autora przywoływanego demaskatorskiego tekstu to wypadek, w którym uczestniczył Durow. To temat rzeka. W skrócie zajście wyglądało następująco: biały Mercedes potrącił policjanta, który próbował zatrzymać samochód, a kierowca zbiegł. Podejrzenie padło na Durowa. Rozpoznał go policjant, w Sieci pojawiły się zapewnienia kilku blogerów, iż samochodem faktycznie kierował szef VKontakte. Na odpowiedź serwisu społecznościowego nie trzeba było długo czekać – Durow nie posiada samochodu i przemieszcza się na piechotę albo komunikacją miejską.

Swojego samochodu Durow może i nie ma, ale podobno niejednokrotnie widywano go za kierownicą wspomnianego białego mercedesa należącego do kolegi z firmy. Rozważania na temat świadków możemy sobie darować, bo ktoś powie, że to żaden dowód – przecież rozpoznał go policjant, a to przedstawiciel znienawidzonej władzy. Sam Durow długo zwlekał z komentarzem w tej sprawie. Ostatecznie zaprzeczył oczywiście, że ma z nią związek, ale jednocześnie nie stawił się na przesłuchaniu, na które został wezwany w charakterze świadka. Natychmiast pojawiło się mnóstwo plotek, z których część brzmiała po prostu niewiarygodnie, ale tego można się było spodziewać.

Nie zabraknie głosów, które będą przekonywać, że Durow jest wrabiany w potrącenie policjanta i chcą posadzić człowieka za niewinność. Jednak najprostszym sposobem na swoją obronę jest w takim przypadku dążenie do wyjaśnienie całej sprawy, a nie rozpływanie się w powietrzu i uciekanie przed odpowiedzią na ważne pytania. Zwolennicy teorii spiskowych stwierdzą, że przed systemem (zwłaszcza rosyjskim) nie można się obronić, więc ucieczka jest to jedynym rozsądnym rozwiązaniem…

Zostawmy już kwestię wypadku (to mógł być Durow, ale na dobrą sprawę ktoś może go wrabiać – niekoniecznie władza) i weźmy na tapetę kolejną rewelację z tekstu z SW – Durow stracił kontrolę nad VKontakte. To jednak dopiero połowa straszliwej prawdy: aż 88% udziałów w firmie znajduje się w rękach ludzi związanych z… Kremlem. To przecież musi być czysto polityczna rozgrywka, bo o biznesie nie może tu być mowy. Kto chciałby inwestować w internetowy biznes z własnej woli i z zamiarem zysku? Albo szaleniec albo oligarcha nakłoniony do tego przez Kreml. Pojawia się np. postać Alishera Usmanova, który kontroluje 40% akcji firmy.

Ten sam Usmanov od jakiegoś czasu inwestuje w Facebooka, Alibabę, a niedawno kupił akcje Apple za 100 mln dolarów. Przypadek? Raczej nie – Kreml chce pewnie za jego pośrednictwem przejąć kontrolę nad gigantem z Cupertino (użytkowników iOS będzie teraz witała czerwona gwiazda). Nie ma innej opcji. Co prawda miliarder tłumaczył ten krok spadkiem ceny akcji Apple i stwierdził, że to dobry czas na inwestycję, że firma powinna dać zarobić – np. na dywidendzie, ale w takie tłumaczenia raczej nie można wierzyć – przecież człowiek ma układy z władzą i żadnych ruchów nie wykonuje przypadkowo.

Wielki biznes zawsze jest powiązany z polityką i nie jest to domena rosyjskiego rynku. Pieniądze i władza idą zazwyczaj trzymając się za rękę, a „demaskowanie” tych mechanizmów w analizowanym dzisiaj tekście świadczy o tym, że Autor nie zdaje sobie sprawy z tego, w jakim świecie żyje (na swój sposób ma to swoje plusy). To, że ktoś kupił akcje firmy nie jest niczym nadzwyczajnym, bo ten biznes jest bardzo perspektywiczny. To, że są jakieś powiązania nabywców ze światem polityki też nie powinno dziwić – kto będzie chciał znaleźć takie powiązania, to zawsze je znajdzie. Wystarczy w tym miejscu wspomnieć o projekcie Skolkovo nazywanym przez niektórych rosyjską Doliną Krzemową (czy słusznie, to już inna kwestia) – jedną z osób zaangażowanych w ten program jest premier Dmitrij Miedwiediew. Czy każda firma związana ze Skolkovo będzie uważana za mackę Kremla?

Warto w tym miejscu wspomnieć, że nalot na siedzibę VKontakte (Autor wspomina o tym wydarzeniu) przez niektórych tłumaczony jest właśnie konfliktem na tle biznesowym, w którym uczestniczą akcjonariusze sieci społecznościowej. Sprawa polityki może tu schodzić na dalszy plan, a najważniejsza staje się kwestia pieniędzy. Bardzo dużych pieniędzy. Ten temat interesuje media już od dłuższego czasu i na jego analizę wypadałoby poświęcić kilka tekstów. Na koniec tego wątku dodam tylko, że akcjonariusze mogą zmienić szefa firmy (zwłaszcza, gdy kontrolują 88% biznesu) i na Zachodzie czasem zdarzają się sytuacje, w których CEO traci stanowisko. Ot, taka ciekawostka, o której warto wspomnieć w przypadku ewentualnego usunięcia Durowa.

Autor w dalszej części tekstu myli jeszcze akcjonariuszy VKontakte (podejrzewam, że miał na myśli Usmanova), ale to blednie, gdy zderzymy się z wnioskami: wolnych mediów w Rosji już nie ma. Putin urządził pokaz sił, by udowodnić, że nie można z nim zadzierać, bo skończy się jak uśpiony przez prezydenta tygrys. Spisek został na szczęście wykryty i Internauci nad Wisłą poznali całą prawdę. No może nie do końca całą – nikt jakoś nie wspomniał o podłym ataku ze strony RIAA, czyli Recording Industry Association of America.

Amerykańskie zrzeszenie kilka miesięcy temu wpisało VKontakte na swoją czarną listę stron pirackich, które przynoszą szkodę amerykańskiej gospodarce. Tym razem VK nie trafiło do rejestru przez przypadek – nie jest tajemnicą, że z prawami autorskimi strona stoi „trochę” na bakier. Podli Amerykanie chcą zaszkodzić ostoi rosyjskiej wolności. Z drugiej jednak strony, VKontakte uszczupla zyski Jankesów i tym samym osłabia USA. To chyba dowód, iż VKontakte faktycznie przejęły już służby, które chcą w ten sposób zniszczyć potężnego rywala…

Reasumując: