7

Nie miałem w sobie duszy misjonarza internetu – Krzysztof Golonka

Niedawno odszedł od nas Krzysztof Golonka prezes funduszu inwestycyjnego Xevin Investments, przegrał walkę z rakiem. Był twórcą jednej z pierwszych kampanii marketingowych w internecie, zasiadał w zarządach takich firm jak Ad.net SA, CR Media, można powiedzieć że przyczynił się do powstania IAB Polska. Nie miałem okazji (z tego co pamiętam) poznać się z Krzyśkiem osobiście […]

Niedawno odszedł od nas Krzysztof Golonka prezes funduszu inwestycyjnego Xevin Investments, przegrał walkę z rakiem. Był twórcą jednej z pierwszych kampanii marketingowych w internecie, zasiadał w zarządach takich firm jak Ad.net SA, CR Media, można powiedzieć że przyczynił się do powstania IAB Polska.

Nie miałem okazji (z tego co pamiętam) poznać się z Krzyśkiem osobiście natomiast słyszałem o jego osiągnięciach i wiem co robił w internecie za czasów kiedy wielu z nas odkrywało zalety poczty elektronicznej.

Tomasz Cisek, przyjaciel Krzyśka udostępnił mi niepublikowany jeszcze fragment wywiad z Krzyśkiem Golonką. Wywiad przeprowadzony był w maju 2007 roku. Poniższy fragment pochodzi z książki, która ukaże się w 2012.

Zapraszam do przeczytania fragmentów wywiadu z Krzysztofem:

Tomasz Cisek: Fundamentalne pytanie: jak to wszystko się zaczęło? Dlaczego mówi się o Tobie, że jesteś osobą, która zrobiła pierwszą kampanię reklamową w internecie?

Krzysztof Golonka: Może dlatego, że faktycznie zrobiliśmy pierwszą taką profesjonalną kampanię internetową. Jakieś tam reklamy wcześniej pojawiały się na Wirtualnej Polsce czy nawet na Onecie, który wtedy tak naprawdę w dzisiejszym rozumieniu jeszcze nie istniał. Na dobrą sprawę, pierwszą kampanię, w której było kompleksowe podejście zarówno do strategii kreacji, jak i do zaplanowania mediów, razem z — już wtedy (co było ewenementem) — estymacją efektów, zrobiliśmy wspólnie z Arturem Gortychem dla PTE Big Banku Gdańskiego OFE EGO.

 

TC: Mówimy o roku…

KG: …1999. Kampania wystartowała 1 marca 1999 roku o godzinie 9.00. Współpracowaliśmy z agencją Leo Burnet, bo wtedy nie było jeszcze Starcomu.

 

TC: Co spowodowało, że klienci nagle stwierdzili, iż coś tak dziwnego jak internet, o którym tylko słyszeli, będzie nośnikiem ich reklamy?

KG: Oczywiście mógłbym teraz powiedzieć, że chodziliśmy na prezentacje i ich edukowaliśmy. To na pewno pomogło, jestem o tym przekonany. Jednak faktem jest, że internet zaczął wchodzić w ich życie i dostawali sygnały ze swoich centrali. Jako pierwsze zaczęły korporacje międzynarodowe, które wiedziały, że to jest coś, co zaczyna być coraz istotniejsze. A jeżeli na Zachodzie zaczyna być to coraz istotniejsze, to w Polsce my też zróbmy z tym eksperyment. Tutaj EGO nie jest najlepszym przykładem, bo oni też nie są firmą zagraniczną. Nie wiem, dlaczego akurat oni zdecydowali się na wejście z takim rozmachem. To naprawdę była spora kampania, nie chcę teraz skłamać, ale to było kilkadziesiąt tysięcy złotych, jeżeli nie bliżej setki.

 

TC: To chyba cały internet kupiliście…

KG: Reklama była bardzo widoczna, to była bardzo fajna kreacja. Strona została spersonalizowana w zależności od tego, kto na nią wchodził. To było naprawdę wyczesane, dzisiaj, co prawda, można by się z tego śmiać, ale wtedy naprawdę to było wydarzenie.

 

TC: Kto wtedy był na rynku? Z kim to robiłeś?

KG: Na rynku reklamy internetowej była firma CR Media, był AMG.net, był wtedy jeszcze 3d’Art (obecnie ARTEGANCE). Był E-point… żebym teraz kogoś nie pominął. De facto to było to.

 

TC: A IDM.net?

KG: Przepraszam, zapomniałem o IDM.necie. IDM.net to była pierwsza firma, do której zadzwoniłem, po CR Media, bo jak przyszedłem do CR Media, to w ogóle nie wiedziałem, co z tym fantem zrobić, i znalazłem w sieci Internetowy Dom Mediowy. No więc stwierdziłem, że zadzwonię i się dowiem.

 

TC: A skąd czerpałeś wzorce? Nie było wtedy żadnych informacji na temat tego, jak robić kampanię reklamową, co to jest internet, co to jest marketing interaktywny. Jak naprawdę zdobywałeś wiedzę?

KG: Nie dowiedziałem się tego od IDM.netu, bo wtedy nie byli w stanie kompletnie nic mi doradzić, natomiast nie ma co się oszukiwać — najważniejsze były wyjazdy za granicę, wtedy do Stanów Zjednoczonych.

 

TC: Sam jeździłeś czy firma Cię wysyłała?

KG: Firma mnie wysyłała i tam się tego nauczyłem. Tam dowiedziałem się, jak się planuje kampanię, tam dowiedziałem się, na czym polega, tak generalnie, reklama internetowa. Stamtąd, de facto, przywiozłem pomysł zrobienia AdNetu w Polsce.

 

TC: A co jest takiego sexy w internecie, co spowodowało, że siedzisz w tej branży tyle lat?

KG: Sexy było to, że ta branża miała gigantyczny potencjał wzrostu i że można w niej było nauczyć czegoś ludzi. Świadomość tego medium była bardzo mizerna. Naprawdę dużym funem było to (co może dziwnie zabrzmi), że przez pierwszy rok funkcjonowania w CR Media (tzn. najpierw było oczywiście tworzenie produktu, jeżdżenie po Polsce i spotykanie się z twórcami przedziwnych witryn, z których w tej chwili połowa nie istnieje) spotykałem się z wieloma ludźmi i opowiadałem im o internecie. Prosta edukacja.

 

TC: Czułeś w sobie powołanie?

KG: Powołanie to chyba nie. Nie mam duszy misjonarza. Oczywiście byli i tacy, którzy drzemali na tych moich prezentacjach, bo im kazano przyjść i słuchać o jakimś internecie, ale to oczywiście ekstrema. Generalnie były to interesujące czasy. Poza tym byłem, przyznaję, zafascynowany możliwościami, jakie daje internet. W latach 2000 – 2001 widziałem na konferencji telewizję interaktywną, w której klient chodzi po sklepie i może sobie zdejmować z półki produkt, oglądać go, sprawdzać jego parametry, dokonywać zakupu.

 

TC: Gdzie to widziałeś?

KG: W Stanach. To było pasjonujące. Poza tym pasjonujące było to, że nie do końca było wiadomo, w którym kierunku się to rozwinie. Fajnie było obserwować, co tak naprawdę zwycięża.

 

TC: Czy miałeś wtedy jakiś cel? Co chciałeś osiągnąć? Czy w ogóle zastanawiałeś się nad tym wtedy?

KG: Nie będę dorabiał filozofii. Nie pamiętam. [śmiech]

 

(…)

 

TC: Przypominasz sobie, co sprawiło, że podjąłeś decyzję o tym, że wchodzisz w internet?

KG: Pracując w firmie, nazwijmy to: technologicznej, miałem dostęp do internetu od samego początku. Jeszcze nie było nawet graficznej wersji. Pamiętam — miałem taką koszulkę (teraz już jej nie mam, bo moja żona ją zniszczyła), że jako jeden z pierwszych ściągnąłem Explorera. Będąc w tamtej firmie, musiałem napisać pracę magisterską, bo mi, generalnie, studiowanie długo szło. Pojawił się ostateczny termin i stwierdziłem, że skoro mam dostęp do internetu, to napiszę pracę związaną z internetem — o bankowości elektronicznej. Coś, co wtedy przecież jeszcze nie istniało. Obroniłem ją na piątkę chyba. Bardzo ciekawy temat. Generalnie tezy postawione w tej pracy jak najbardziej się sprawdziły.

 

TC: Czemu nie jesteś prezesem jakiegoś banku? Dlaczego nie poszedłeś w tę stronę?

KG: Nie jestem, bo któregoś dnia zadzwonił Sebastian Wojciechowski, syn Ryszarda, z problemem budowy działu internetowego w ich firmie. Mieli ekipę, która miała robić taki dział, ale ta ekipa się nie sprawdziła. Wiedzieli, że coś tam miałem wspólnego z internetem, więc zapytali, czy bym się tym nie zajął. I tak się zająłem. Tak się zaczęło. Przypadek.

 

TC: Długo się zastanawiałeś?

KG: Bardzo krótko. Bo pomysł wydał się bardzo, bardzo interesujący.

 

TC: Wróćmy do projektów. Jest CR Media, jest Anet, czyli sieć reklamy internetowej, jest Sabela. I na tym koniec?

KG: Przygotowałem strategię obecności CR Media na rynku internetowym. W tej strategii była agencja interaktywna oraz internetowa firma badawcza. Agencja interaktywna powstała, a ja brałem w tym udział tylko na poziomie strategii. Nie brałem udziału w jej tworzeniu. Stworzenie firmy badawczej nie udało nam się do tej pory, aczkolwiek wszystko przed nami.

 

TC: Ale pomysł z firmą badawczą też był niezły, bo pojawienie się i zbudowanie Gemiusa pokazało, że to miało sens.

KG: Koncepcja była słuszna. Nie wszystko da się zrealizować.

 

TC: Czy Twój internet to CR Media, czy coś jeszcze robiłeś na tym polu?

KG: Na pewno tworzyłem protoplastę polskiego IAB, czyli Forum Polskiego Internetu Komercyjnego. Wzięło się to stąd, że w tamtych czasach problemem nie było, czy daną kampanię internetową zrealizuje ten dom mediowy czy inny, ta agencja interaktywna czy tamta, tylko czy w ogóle ktoś pomyśli o tym, by wydawać pieniądze na internet. Internet był wtedy postrzegany jako medium eksperymentalne. Nie oszukujmy się. To dosyć długo trwało.

 

TC: To były czasy giełdowej prosperity…

KG: No tak, bo to były lata 1999, 2000 do 2001. Generalnie chodziło o zorganizowanie środowiska internetowego. Dumnie to brzmi — w celu edukacji rynku, rozwoju tego rynku. I tak powstała ta idea. Zresztą pamiętam to jak dzisiaj, siedzieliśmy z Olkiem Cyganem. Człowiek czasami pamięta takie rzeczy w ogóle od czapy, ale pamiętam, że siedzieliśmy chyba w kawiarni Blikle. Gdzieś na Nowym Świecie. Siedzieliśmy i o tym rozmawialiśmy. Potem poznałem Artura Urbańskiego i Artura Gortycha. I tak się to zakręciło. Potem do tego dołączyliśmy dość szybko, nie pamiętam, czy to było jeszcze na etapie Forum Polskiego Internetu Komercyjnego. Dołączyły do tego Wirtualna i Onet.

 

TC: Rzeczpospolita chyba…

KG: Jeszcze Bartek Szlagowski — i tak powołaliśmy stowarzyszenie. Był problem, żeby zebrać odpowiednią liczbę podpisów, ale jakoś żeśmy uzbierali. Krótko po tym wpadłem na pomysł, by forum zamienić w stowarzyszenie. Nie za bardzo wiedzieliśmy, co z tym dalej robić, CR Media należała do Internet Advertising Biuro w Stanach, więc zaproponowałem, żebyśmy stali się polskim oddziałem IAB. Wszyscy powiedzieli „Fajnie!” i zaczęliśmy działać. Uzyskaliśmy od nich zgodę na używanie nazwy IAB. To pozwoliło nam zarejestrować domenę. W tym czasie firma Sore, która miała zarezerwowaną domenę IAB, też chciała zakładać IAB. Długo się z nimi kłóciliśmy, bo oni działali w ramach IAB europejskiego, które było w konflikcie z IAB amerykańskim. Summa summarum skończyło się tak, że najpierw uzyskaliśmy licencję amerykańską, potem dołączyliśmy do IAB europejskiego i szafa grała.

 

TC: Wtedy dosyć problematyczne było zarabianie w internecie. Czy firma zarabiała od początku? Jak to było, jeśli chodzi o zwrot inwestycji?

KG: Po czasie można już powiedzieć. Rok 1998 to było tylko dokładanie. Praca polegała generalnie na robieniu szkoleń, prezentacji. A moja praca jeszcze na edukacji, bo musiałem sam się jeszcze dokształcać. Natomiast 1999 rok zakończyliśmy prawie bańką sprzedaży na dosyć dużej marży. Wtedy można było tak to realizować. I już byliśmy dochodowi.

 

TC: I gdzie te kampanie realizowaliście? Przypomnij, jakie wtedy istniały witryny?

KG: To też jest fajna historia. Gdy przyszedłem z CR Media, nie miałem jeszcze z reklamą internetową do czynienia. Ale szybko stwierdziłem, że żeby z czymś pójść do ludzi i zacząć sprzedawać, trzeba mieć jakiś produkt. Ponieważ nie było kompletnie żadnych standardów… Wirtualna Polska przyjmowała reklamy, Rzeczpospolita chyba też przyjmowała reklamy. Tak na dobrą sprawę to tyle. Onet wtedy praktycznie jeszcze nie istniał. Pamiętam, że wędrując po internecie, znalazłem około 20 witryn, które wydawały się na tyle sensowne, że można było na nich zamieszczać reklamy.

 

TC: Pamiętasz nazwy?

KG: Część tak: Kobiety.pl, Motoklub, Stopklatka wtedy już istniała. Oczywiście był Fogel, czyli Chip, w Krakowie był Onet. Co tam jeszcze było? Nie pamiętam, czy już było Money.pl. No i co zrobiłem? Obdzwoniłem ich wszystkich i pojechałem w Polskę. Przygotowałem sobie — jeszcze nie w programie PowerPoint, bo wtedy go nie znałem — taki dokument, po prostu ofertę. Zaproponowałem, że będziemy u nich sprzedawać reklamy. W czasie tej rundy odwiedziłem firmę TPG, gdzie dowiedziałem się, że jest coś takiego jak adserwer. Tam poznałem Staszka Lewaka, który nakręcił mnie na internet jeszcze bardziej, bo roztoczył wizje, że zacząłem uważać, iż ludzie, którzy nie chcą się reklamować w internecie, są jacyś dziwni. Podpisałem z nimi wszystkimi umowy i już miałem produkt. Już mogłem sprzedawać.

 

TC: Miałeś wtedy prawdziwą konkurencję?

KG: IMD.net był, już istniał. Konkurencją były też wszystkie agencje interaktywne, no bo one miały jakieś budżety i coś tam sobie grzebały, jakieś tam malutkie kampanie sobie realizowały. Moim celem na początku było nawiązanie współpracy z AMG.netem. Najpierw nie chciał współpracować, ale to się potem szybko zmieniło. Konkurencji dużej nie było, a na polu domów mediowych nie było żadnej konkurencji.

 

TC: Gdybyś miał wymienić listę 10 osób, które wtedy tak naprawdę tworzyły branżę, to kogo byś wymienił?

KG: Jeżeli mówimy o roku 1999, to Artur Gortych, Artur Urbański, Maciek Grabski. Sekundę później był Tomek Kolbusz. Na samym początku Onet to była malutka witrynka. Mariusz Majewski, Olek Cygan, Adam Dyba — oczywiście. To zawsze jest trudne, żeby kogoś nie pominąć. No, Tomek Szladowski na pewno się też wtedy pojawił z Vogel. Jak tworzyliśmy IAB, jeszcze byli chłopcy w Thunderhousu. Ich nazwisk nie pamiętam.

 

TC: Czy pamiętasz jakieś przełomowe wydarzenia?

KG: Dla mnie bezwzględnie takim przełomowym wydarzeniem była pierwsza kampania reklamowa. Od tego się zaczęło. Jak przekonaliśmy EGO tak naprawdę? Oni wiedzieli, że tego chcą. Wtedy pracował tam taki gość, potem pracował w UNESCO, przez chwilę pracował też u Artura Gortycha. Generalnie wiedzieli, że chcą internet. Musieliśmy tylko stworzyć możliwości, atrakcyjną ofertę. Walczyliśmy z K2 — nie wiem, czy K2 już się wtedy nazywało K2, ale tam byli bracia Lachowie.

 

TC: Jak doszło do tego, że branża reklamy internetowej jest na obecnym etapie rozwoju? Co się działo po tej pierwszej kampanii?

KG: Szczerze? Dokładnie nie pamiętam. Przed tą kampanią albo zaraz po jej zakończeniu została zatrudniona Benita Jakubowska. Pierwszego dnia byłem trochę przerażony, bo choć sam nie byłem mistrzem rekrutacji, patrzę, a Benita nie wie, co to jest Excel, nie wie, jak wypełnić tabelkę w Excelu. Było ciężko, ale bardzo szybko się nauczyła, opanowała Excela i inne konieczne rzeczy. Potem musiałem zatrudniać kolejnych ludzi i nagle sypnęło zleceniami. Jak pojawiła się jedna kampania w internecie zlecona przez agencję Leo Burnet, to inni też zaczęli iść w ich ślady. Mieliśmy gigantyczne problemy z technologią serwującą reklamy. Oj, ciężki to był okres…

 

TC: A od samego początku zlecenia cudownie do Was spływały?

KG: Co znaczy cudownie? Było ich coraz więcej, więc rzeczywiście można rzec, że było cudownie. Z drugiej strony, to była droga przez mękę. Idea funkcjonowania CR Media była taka: zróbmy tak, żeby było dobrze, a zrobienie, „żeby było dobrze”, w internecie w czasach, kiedy wszystko było totalną wolną amerykanką i Dzikim Zachodem, to było wyzwanie.

 

(…)

 

TC: Pofantazjujmy sobie o tym, jak będzie wyglądał internet za kilka lat. Jaka jest Twoja wizja?

KG: Nie będzie internetu, za kilka lat ludzie nie będą mieli świadomości korzystania z internetu. Będą korzystali z informacji, oglądali telewizję. W zasadzie będą oglądali ruchome obrazy. Będą słuchali dźwięków, które będą do nich dostarczane drogą przesyłu danych. Jedni będą to oglądali na komputerze, inni będą to oglądali w setup boksie, a jeszcze inni w komórce. Wielu z nich nie będzie — moim zdaniem — miało świadomości, że korzystają z internetu jako takiego. Za 10, 15 lat.

 

TC: A co z pozostałymi mediami?

KG: Zawsze mówiłem, że znikną. Żartuję oczywiście. To jest trudne pytanie. One się, moim zdaniem, zintegrują. Telewizja stanie się telewizją interaktywną. Prasa, mimo że nawet mnie ciężko to sobie wyobrazić, przestanie być papierowa, tylko będzie w formie np. e-wydań na e-papierze. Outdoor, no, będzie outdoorem, bo będą musiały stać jakieś ekrany, na których będzie się wyświetlał przekaz dostarczany przez, nazwijmy to, „internet”, czyli drogą przekazu danych. Będzie e-radio. Wszystko będzie się sprowadzało do przekazu danych, tylko będą różne kanały. Gdzieś tam będzie przekaz transmitowany przez operatora, gdzieś tam z satelity, gdzieś będzie szedł kablem. Nie wiem, czy za 15 lat oczywiście i czy w Polsce, ale za 50 to już na bank.

 

TC: Co ci dało to, że zajmujesz się internetem? Zrealizowałeś siebie w jakiś sposób?

KG: Na pewno. Była to duża frajda, tym bardziej że się udało. Bo jakby się nie udało, to byśmy tutaj nie siedzieli. Jestem zadowolony — dzięki temu, że robiłem to, co robiłem, mam różne pomysły, co robić dalej.

 

TC: A jakie?

KG: To już zachowam dla siebie. Uważam, że w życiu człowieka istotną rolę odgrywa przypadek. Oczywiście przypadkowi trzeba pomagać, bo mogą być ludzie, którym przez całe życie towarzyszą szczęśliwe przypadki, i nic z tego nie wynika. Mnie trochę przypadek w życiu pomógł. Uważam, że dobrze się potoczyło.