11

Motorola One – przegląd dostępnych na rynku smartfonów, o których warto pamiętać

Seria Motorola One kojarzona jest przede wszystkim z czystym Androidem, świetnym stosunkiem ceny do możliwości i unikatowymi i ciekawymi funkcjami. Niestety, ostatnio nie dzieje się za dobrze w rodzinie One. Czy przyszłe urządzenia przywrócą marce reputację?

Motorola to producent, który w Polsce cieszy się wyjątkowo dobrym PR’em. Z jednej strony ludzie wciąż pamiętają pre-smartfonową erę, gdzie popularne „Motki” zajmowały pozycję na podium wraz z Nokią i Sony Ericssonem. Z drugiej – obecnie Motorola najmocniej zainteresowana jest wypuszczaniem telefonów ze średniej, najpopularniejszej wśród konsumentów, półki, łącząc dobre parametry z przystępną ceną. Dziś zapraszam was na właśnie taki przegląd telefonów, które wyznaczyły obecny kierunek rozwoju marki.

Motorola One, czyli jak to wszystko się zaczęło

Ciężko uwierzyć, ale pierwszy smartfon marki z „One” w nazwie, zadebiutował zaledwie niecałe 2 lata temu. Była nim oczywiście Motorola One i od strony hardware’u nie wyróżniała się tak bardzo na tle konkurencji. Mieliśmy tu Snapdragona 625, wspartego 4 GB pamięci RAM i 64 GB pamięci na pliki oraz baterią 3000 mAh. Z zewnątrz, jak większość średniaków w tamtym czasie, Motorola była kopią iPhone’a (ułożenie aparatów. notch), jednak jej Androidowy rodowód zdradzał wielki „podbródek”.

Motorola One okazała się jednak dużym sukcesem – użytkownikom przypadło do gustu m.in. znajdujące się na pokładzie NFC, Moto-gesty, dobry czas pracy na baterii czy obecność Dolby Audio oraz stosunek ceny do oferowanych możliwości. Motorola nie ustrzegła się oczywiście kilku błędów – aparat nie był najwyższych lotów, a i wyświetlacz IPS TFT pozostawiał bardzo wiele do życzenia. Było jednak coś, co kupujący w Motoroli One docenili szczególnie.

Mówisz Motorola One, myślisz „czysty Android”

Dwa lata wystarczyły, by motorola, obok powracającej Nokii i Xiaomi, wyrobiła sobie w świadomości konsumentów mocną markę, jeżeli chodzi o program Android One. Ba, to właśnie od niego pochodzi nazwa omawianej dziś serii telefonów. Prawie czysta nakładka oznacza bowiem płynniejsze działanie urządzenia, a mniej funkcji personalizacyjnych rekompensowane jest przez długofalowe wsparcie  – wszak Motorola One wciąż otrzymuje poprawki i nowe wersje Androida.

Niestety, udział w programie Android One to moim zdaniem największy sukces, jak i przekleństwo Motoroli. Dlaczego? Ponieważ dobra sprzedaż ich nowej, średniopółkowej serii najwyraźniej nie generowała na tyle przychodu, by firmie opłacało się zapewniać telefonom długoletnie wsparcie. Dlatego też od pewnego momentu zrezygnowano z udziału w Android One i niektóre nowe modele (np. Motorola One Fusion+) pomimo, iż mają „One” w nazwie, to do programu nie należą. Moim zdaniem – jest to nic innego, jak wprowadzanie konsumentów w błąd. Przejdźmy sobie więc przez niektóre modele, by zobaczyć, czy wciąż są warte zakupu.

Motorola One Vision, gdy szukasz kinowego formatu 21:9 w dobrej cenie

Zachęceni sukcesem poprzedniczki, inżynierowie Motoroli poszli za ciosem i niedługo po premierze Motoroli One mogliśmy wybierać już z całej palety Motoroli. Jedną z najmocniej promowanych Motek była One Vision. Była ona ciekawa z co najmniej kilku powodów. Przede wszystkim, posiadała bardzo nietypowy procesor – taktowany z częstotliwością 2,2 GHz Samsungowy Exynos 9609 oraz grafikę ARM Mali G72. Tutaj też porzucono notcha na rzecz otworu na kamerkę w ekranie – rozwiązanie do tej pory zarezerwowane raczej dla wyższej półki cenowej.

 

One Vision wyposażony jest w ekran IPS TFT w kinowym formacie 21:9 i rozdzielczości 1080 x 2520 pikseli, co daje ppi na poziomi 435 – bardzo dobre jak na średniaka. Wciąż mamy tu 4 GB RAM, a ilość miejsca na pliki wzrosła do 128 GB. One Vision to także wciąż Android One, więc dostajemy tu długofalowe wsparcie. To, co miało przyciągać kupujących do One Vision to jednak 48 MPix aparat ze światłem f\1,7, który dzięki pixel bidding łączy 4 piksele w 1. Dziś jest to popularny zabieg, ale w zeszłym roku dopiero nieśmiało pukał on do tej półki cenowej. Aparat Motki jest też optycznie stabilizowany, dzięki czemu wypadał on bardzo dobrze także w przypadku zdjęć z nocy.

Motorola One Action jako ciekawy smartfon, który nie kosztuje wiele

Motorola kuła żelazo póki gorące i niedługo po premierze One Vision wypuściła One Action – bliźniaczą kopię telefonu, która również miała kilka interesujących funkcji. Pod spodem mieliśmy praktycznie to samo, Exynosa 9606, 4 GB RAM i ten sam wyświetlacz. Inny był natomiast aparat – Motorola One Action była jednym z pierwszych smartfonów, które dały użytkownikom w tej klasie aż trzy obiektywy. Jeden z nich nie był jednak aparatem, a tzw. Action Cam, mającą postawić nową Motorolę jako konkurencję np. dla GoPro. Wyszło to „tak sobie”, ponieważ obiektyw ten miał jedynie cyfrową stabilizację obrazu, co w przypadku takich kamer jest sporym minusem. One Action miała jednak asa w rękawie – była tańsza od One Vision, dzięki czemu idealnie wpisywała się w oferty operatorów i była chętnie oferowana do abonamentów. Wciąż też jesteśmy w erze, gdzie One w nazwie oznaczało Androida One.

Stockowy system operacyjny nie oznacza, że One Action nie potrafi kilku ciekawych trików – posiada m.in. możliwość poziomego nagrywania klipów nawet, gdy telefon trzymamy pionowo.

Rodzina Motorola One nie boi się nowości

Nie da się ukryć, że z racji na to, iż przez długi czas Motorola nie miała swojego flagowca (aż do prezentacji Motoroli Edge+), wszystkie siły skupiała na średniopółkowej serii One. I dzięki temu to właśnie smartfony tego producenta sprowadzały kolejne nowości do tej półki cenowej. Mówiliśmy tu już chociażby o optycznej stabilizacji w One Vision, czy dedykowanej kamerze akcji w One Action, ale nietypowych rozwiązań jest więcej. Żeby wymienić tylko niektóre – dedykowany aparat do zdjęć z bliska (Motorola One Macro), teleobiektyw 3x (One Zoom), szybkie ładowanie (One) czy szkło Panda King (One Zoom).

Motorola One dla fotografa? Niby tak, ale… niekoniecznie

Niestety, obserwując ostatnie poczynania producenta da się zauważyć, że w kolejnych modelach z serii One nieco rozminął się z tym, co przez ostatnie lata przyciągało ludzi do średniaków marki. Ba – wydaje się z nich zabierać coraz więcej elementów. Zacznijmy od Motoroli One Zoom – najdroższej dotychczasowej Motoroli One, która… nie powinna nazywać się One, ponieważ nie należy już do programu. Poza tym, jej nazwa sugeruje, że jest to aparat o dużych fotomożliwościach. Niestety – 4 obiektywy na pleckach nie wystarczyły, by telefon zyskał takie miano. Fotografie w dzień były co prawda OK., ale np. te wykonane w nocy nie umywały się do tańszej i wypuszczonej wcześniej One Vision. Aparat zgodnie przez wszystkich recenzentów został uznany za najsłabszy element tego telefonu. Gdzieś też zniknęła dobra wycena ponieważ na swoją premierę One Zoom dobijał się do granicy 2 tys. zł.

Im dalej w las tym więcej drzew. Niedawno mieliśmy bowiem premierę innego modelu tego producenta – Motorola One Fusion+. W nim z całkowicie niezrozumiałych dla mnie powodów zrezygnowano z… NFC, czyli czegoś co było w serii od zawsze. Tutaj też nie ma mowy o Androidzie One i raczej nie mamy się co spodziewać, że kiedykolwiek wróci do serii. Jeżeli przyrównamy Motorolę One Fusion+ do np. Realme 6 zobaczymy, że marka przegrywa tu bój praktycznie na wszystkich frontach – częstotliwości odświeżania ekranu, prędkości ładowania czy jakości aparatów. To podwójnie smutne, ponieważ jeszcze 2 lata temu to właśnie telefony tej marki przedstawiane były jako te, które wstrząsną rynkiem średniaków.

Jak myślicie, czy seria One od Motoroli jeszcze kiedyś odzyska swoją świetność?