15

Miało być inaczej niż w gazetach i telewizji, a w serwisach społecznościowych widzimy te same kłamstwa

Co różni „gwiazdy” YouTube’a, Instagrama i tym podobnych serwisów od modelek i gwiazd telewizji i kolorowych gazet? Naturalność. To gwiazdy, które same stworzyły siebie w sieci i pokazują swoją „prawdziwość”. Akurat. Te same schematy, to samo mydlenie oczu. Z ciekawością przyglądam się popularnym profilom na Instagramie i na Facebooku. To zupełnie nowa gałąź zarówno dla […]

Co różni „gwiazdy” YouTube’a, Instagrama i tym podobnych serwisów od modelek i gwiazd telewizji i kolorowych gazet? Naturalność. To gwiazdy, które same stworzyły siebie w sieci i pokazują swoją „prawdziwość”. Akurat. Te same schematy, to samo mydlenie oczu.

Z ciekawością przyglądam się popularnym profilom na Instagramie i na Facebooku. To zupełnie nowa gałąź zarówno dla handlu jak i reklamy. Nie mówię oczywiście o oficjalnych profilach firm. „Zawód – instagramowiec” – patrząc na liczbę osób obserwujących niektóre profile w tym serwisie trudno nie dojść do wniosku, że z publikowania zdjęć zrobiły swoją pracę. A pamiętacie przecież z czym kojarzył się Instagram – ze zdjęciami jedzenia. Dziś miliony osób śledzą blogerki modowe, wytatuowane dziewczyny wrzucające do serwisu po kilka zdjęć dziennie czy miłośniczki fitnessu. Przy tak dużych zasięgach można podpisywać niezłe kontrakty, na zapewne niezłe pieniądze.

A piszę o tym nie bez powodu, bo jedna z tego typu sieciowych celebrytek postanowiła powiedzieć wprost na czym to wszystko polega. Nastoletnia Australijka Essena O’Neill posiadała do niedawna 700 tysięcy obserwujących na Instagramie, 250 tysięcy subskrybentów na YouTubie i 60 tysięcy śledzących na Snapchacie. Nie są to może kosmiczne liczby, ale można śmiało powiedzieć, że w sieci była osobą popularną. A to oznacza, że wszyscy ci obserwujący chcieli widzieć jej zdjęcia i filmy, oglądać w nowych kreacjach. Tylko nierozważny nie skorzystałby z możliwości zarobienia na takiej popularności. Za założenie jednej sukienki i zrobienie sobie w niej zdjęć O’Neill inkasowała kilkaset dolarów. Nie jest to oczywiście nic, czego byśmy nie wiedzieli – tego typu współprace były, są i będą. Szkoda jednak, że mało kto oznacza tego typu „deale”, wciskając ludziom do głów, że to ubrania czy urządzenia wybrane samodzielnie.

Instagram

O’Neill kont w serwisach społecznościowych już nie posiada. Skasowała je. Powód? Dziewczyna miała dość promowania sztucznego piękna. Do tego twierdzi, że popadła w depresję dodając, iż sieciowe życie nie zastąpi tego prawdziwego. Znów nie ma w tym nic odkrywczego, większość z nas wie to od dawna. Mnie zaciekawiła natomiast kwestia owego sztucznego piękna. Przecież ludzie bez pleców, wsparcia agencji reklamowych, projektantów mody czy agencji modelek są naturalni, podobnie jak ich zdjęcia, pokazujące ich codzienne życie. Pochodzą z takiego samego „środka niczego” jak większość z nas. Chodzili do takiej samej nijakiej szkoły i tak samo jak my nie kąpali się w szampanie.

Ta naturalność i prawdziwość, w którą wierzyło blisko milion osób miała, jak się okazuje, niewiele wspólnego z prawdą. Katowanie się głodówkami przed zdjęciami w bikini, odpowiednie układanie ciała, by to na małej kwadratowej fotografii wyszło idealnie. Jak mówi sama dziewczyna – do zdjęcia, które widzicie w miniaturce artykułu, przybierała odpowiednią pozę 100 razy. Brzmi znajomo? Dokładnie o takich rzeczach mówi się w kontekście profesjonalnych wybiegów, gdzie modelki wymiotują lub głodzą się tygodniami tylko po to, by utrzymać odpowiednią figurę i wciąż móc pojawiać się na nim pojawiać. Instagram wciąż kojarzy się jednak ze spontanicznością i chęcią uchwycenia chwili. 100 podejść do jednego zdjęcia wygląda raczej jak stresująca i męcząca sesja u profesjonalnego fotografa, pośród dziesiątek lamp.

Dlaczego o tym piszę? Zarzucamy telewizji i prasie, że promuje stworzone przez specjalistów gwiazdy. Modelki to natomiast profesjonalistki, które wpadły w wielką machinę i pogubiły się w tym całym zgiełku. Kibicujemy natomiast ludziom wywodzącym się z sieci – bo nie stoi za nimi wielka machina promocyjna, wielkie koncerny. Są naturalni i szczerzy, mogliby być naszymi znajomymi ze szkolnej ławki. Część z nich na pewno, ale jak pokazuje przykład młodej Australijki, nie wszyscy. To dobrze, że ktoś poruszył ten temat, a informacje chociażby o tym, jak tworzone są zdjęcia na Instagrama obiegła dzięki mediom świat. Może po takich doniesieniach ludziom otworzą się oczy i ta wyraźna granica między starymi, klasycznymi mediami, a szczerą i naturalną siecią trochę się zachwieje. Bo to zawsze kolejny krok do tego, byśmy nie dali sobie wciskać kitu.

grafika: 1, 2

V3_big_1