0

Powraca Xavier Dolan, jakiego znamy. Szkoda, że się nie rozwinął. Matthias i Maxime – recenzja

Xavier Dolan powraca i jest... po prostu sobą.

Xavier Dolan powraca w roli reżysera i, rzecz jasna, głównego aktora. Przekroczył 30 rok życia, najwyższa pora, abyśmy ujrzeli znaczną przemianę. Czy Matthias i Maxime nam ją dają? Niekoniecznie. Jeżeli do tej pory podobała wam się twórczość Dolana, to na pewno i tym razem wyjdziecie z kina zadowoleni. Jeśli jednak wcześniej nie przypadł wam do gustu, to nie będzie raczej ten film, który wszystko odmieni. Xavier znów gra chłopaka ze znanego schematu. Uzależniony od dominującej matki, z niespełnionymi miłościami. Może i ma masę znajomych wokół siebie, ale jest pogubiony w otaczającej go rzeczywistości. W filmie widać więcej dystansu, jest trochę lżej, ale to wciąż Dolan.

Dolan w całej swej okazałości

Poza Maxem granym przez Dolana istotnym bohaterem jest też Matt (Gabriel D’Almeida Freitas). Bohaterowie znają się od podstawówki, od zawsze byli kumplami. Obecnie bardzo się od siebie różnią. Matt wchodzi coraz głębiej w życie na poważnie – porządna praca, trwały związek. Max natomiast postanawia wyjechać do Australii, aby tam zrobić sobie reset od wszystkiego. Chaosu do świata jednego i drugiego wleje francuski pocałunek, zaaranżowany na potrzeby szkolnego filmu ich znajomej. Nie jest to jednak film o płomiennej miłości tej dwójki, walczącej z przeciwnościami losu. To produkcja o nieradzeniu sobie z emocjami, poczuciu samotności i ucieczki od relacji, które są dla nas za trudne. Przyjaźń między chłopakami przechodzi poważną próbę i żaden z nich nie jest w stanie poradzić sobie z natłokiem emocji, które nimi targnęły. Odsuwają się od siebie, zatracając się  we własnych smutkach, które są jednocześnie bardzo odległe i bardzo bliskie.

Trudno Dolanowi zarzucić coś pod względem realizatorskim. Jest po prostu dobrze. Aktorstwo stoi na niezłym poziomie, reżyser pobawił się trochę kadrami, dzięki czemu otrzymaliśmy wiele estetycznych widoków. Jak to we francuskich filmach bywa, wszystko opiera się o dialogi. Jest tu mnóstwo gadaniny, która jest organa jak najbardziej naturalnie i szczerze. Łatwo zaufać postaciom zarówno w chwilach śmiechu jak i kłótni. Oczywiście jeśli oczekujecie filmu stojącego akcją i namiętnością, nie będziecie zadowoleni. Matthias i Maxime taki nie jest.

Między chłopakami nie ma wielkiej chemii, ale myślę, że nie chodziło wcale o zbudowanie jej. Bywa niezręcznie, bywa oschle – i dobrze. Spotkało ich coś, czego się nie spodziewali. Ich reakcje na to również okazały się nie do wyobrażenia. Mieli być przecież kumplami i tyle. Najnowsza produkcja Dolana nie niesie również za sobą żadnej wielkiej lekcji, olbrzymich przemyśleń i druzgocącego morału. Całość jest dość prosta, bez większych zaskoczeń. Dolan jak zwykle pochylił się nad znanym sobie pokoleniem, obnażając ich kolejne cechy. Nie czuł potrzeby zmienienia poglądów widzów i przewrócenia im światopoglądów do góry nogami. Chciał po prostu pokazać kolejną historię. Czy znów mamy do czynienia z opowieścią o nim? Mniej lub bardziej zmyśloną historią, której Xavier jest centrum? Może tak, a może i nie. Nie musimy zastanawiać się nad narcyzmem Dolana, który momentami sam sobie w filmie umniejsza.

Dolan, ale stać Cię też na więcej

Przyznam szczerze, że liczyłam na ciut więcej zaskoczeń. Zakładałam coś niesamowitego i głównie dlatego się zawiodłam. To nie jest zły film, nie brakuje mu niczego, aby uzyskać miano dobrego. Po prostu nie jest przełomowy, ale też nikt nie kazał mu takim być. Dolan powoli dorasta i z pewnością jeszcze nas zaskoczy. A na razie? Fani Dolana, marsz do kina!