7

Mamy „za dużo” filmów/muzyki/gier? Przygotujmy się, będzie jeszcze „gorzej”

odtwarzacz muzyki na androida
Czy dzisiejsze premiery tracą na znaczeniu? W ogólnym rozrachunku - tak. A z czasem to zjawisko jeszcze się nasili.

Jakiś czas temu Konrad podjął bardzo ciekawy temat odnośnie „wyjątkowości” produkcji takich jak gry, filmy i muzyka, mocniej skupiając się jednak na tej ostatniej. Według niego, ze względu na to, że dziś wszystko jest na wyciągnięcie ręki na premierę, stracono bezpowrotnie dużą część uroku z wyczekiwaniem, czy np. album, który chcemy, będzie dostępny w naszym lokalnym sklepie. Ba, ze względu na to, że mamy dziś dostęp do większej ilości treści niż kiedykolwiek przedtem, każdy nowy krążek danego zespołu jest… no cóż… tylko dodatkiem do bazy, której prawdopodobnie nigdy nie przesłuchamy w całości. I tak jest ze wszystkim -filmami, które mamy na „liście do obejrzenia” od lat, czy grami, któe masowo zalegają w bilbiotece na Steam. Oczywiście – wciąż są produkcje, na które się czeka, jak np. Cyberpunk w świecie gier, nowy Top Gun czy moment, w którym album wydają takie zespoły jak Iron Maiden czy Judas Priest. Jednak nie można się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że w większości przypadków wyjątkowość poszczególnych premier jest dużo mniejsza niż kiedyś.

Wszystko rozbija się o to, że dziś mało kto już premierami się przejmuje

Wiem, że takie podejście jest ciężkie do zrozumienia dla fanów kina czy zapalonych graczy, ale aby je zrozumieć wystarczy samemu wybrać sobie obszar, który mniej nas nie interesuje i zobaczyć w jaki sposób traktujemy tamtejsze premiery. Ja interesuję się muzyką i wciąż są albumy na które mocno czekam. Z zalewu treści jestem w stanie odfiltrować sobie te, które mnie interesują, ponieważ po prostu temu tematowi poświęcam dużo uwagi. Jednak filmy i gry interesują mnie już mniej. Na premierze w kinie nie byłem nigdy, jeżeli wychodzi jakiś film, który może mnie zaciekawić, to od wielkiego dzwonu pójdę do kina, chociaż bardziej dla samego wrażenia „bycia w kinie”. Z grami jest podobnie – nie pamiętam, kiedy ostatnio kupiłem grę za pełną cenę (chyba był do Wiedźmin 3), zazwyczaj patrzę, co jest aktualnie w promocji na Steam. Zdecydowanie nie byłbym w stanie z zalewu treści wybrać np. ciekawych gier Indie czy filmów z dużym potencjałem.

Nie mogę wiec mieć pretensji do ludzi, którzy nawet jeżeli danego zespołu (bądź wykonawcy) słuchają często, jednak nie zaprzątają sobie głowy premierami. Po co, skoro dane numery Spotify samo wkomponuje w naszą playlistę tak szybko, jak szybko pojawią się w sieci, czyli w momencie premiery. Premiery straciły więc na znaczeniu, ale nie w przypadku konkretnych tytułów (patrz – Cyberpunk, gdzie premiera grała istotną rolę), ale w kontekście mediów ogółem.

Żyjemy w czasach archiwizacji, więc będzie jeszcze „gorzej”

Myślę, że tym, z czym bym się nie zgodził najbardziej w felietonie Konrada to jednoznaczne określenie, że sama możliwość posłuchania czegoś na premierę jest czymś „złym”. Owszem, odbiera to wiele uroku niektórym rzeczom, z czym sam się spotykam, ale sądzę, że jednak finalnie więcej z tego wyciągamy, mogąc posłuchać dowolnego zespołu w dowolnym momencie. Masz ochotę na Ratt, Dokkena czy Cinderellę – proszę. A może Lynyrd Skynyrd, Damn Yankees i Texas Hippie Coalition – proszę bardzo. Wszystko jest, wygodnie, pod ręką. Jednak nie da się zaprzeczyć, że nasza uwaga się nie rozwoi i każdy moment, w którym poświęcamy ją czemuś archiwalnemu, to nie poświęcamy je nowościom. A te spływają do nas w ilościach wcześniej nieznanych. Sam subskrybuje kilka kanałów promujących młode zespoły metalowe i gdybym miał słuchać każdej premiery – musiałbym słuchać tylko tego. Oprócz tego, są kanały, które odgrzebują zaginione perełki z przeszłości, a nadto wszystko są oczywiście zespoły które już znam i do których lubię wracać.

Wszystkiego posłuchać się nie da, a wciąż rosnąca biblioteka sprawia, że tak naprawdę nie mam takiego parcia na szukanie nowości jak kiedyś. Podejrzewam, że kiedyś w moim życiu dojdzie do sytuacji, w której kompletnie przestanę się interesować bieżącym rynkiem wydawniczym, ograniczając się tylko do kapel, które już znam. i to jest w tym piękne – to, że za 30 lat będziemy mogli spokojnie powiedzieć naszym dzieciom/wnukom: „zobacz, tak grało się 100 lat temu”. Ba, dzięki temu, że żyjemy w erze archiwizacji, wciąż będą żyli i pojawiali się nowi fani takiej właśnie muzyki. I im dłużej era archiwizacji wszystkiego będzie trwała, tym więcej będzie ludzi, którym premiery nie będą potrzebne do szczęścia. Nie zdziwię się, jeżeli pod koniec tego stulecia będą osoby, które będą słuchały tylko i wyłącznie muzyki, która powstała np. od 1980 do 2020 i nic innego nie bedzie ich obchodziło, ponieważ w tym czasie powstało tyle twórczości, że nie wystarczy życia by poznać ją całą.

Era archiwizacji nigdy się nie skończy

Postęp ma to do siebie, że nigdy się nie cofa. Nikt nie wrócił w epoce przemysłowej do manufaktur, nikt po upowszechnieniu internetu nie wrócił do komunikacji na duże odległości za pomocą listów i też nikt w momencie archiwizacji wszystkich wytworów kultury nie stwierdzi, że nagle trzeba przestać to robić. Nie. Płyt, filmów, gier, zdjęć i innych multimediów będzie tylko przybywało. A to może oznaczać tylko tyle, że dla wszystkich, którzy dziś narzekają, że premiery tracą na znaczeniu, kolejne lata będą już tylko gorsze, ponieważ powszechny dostęp do tych treści sprawi, że ich znaczenie będzie już niestety tylko malało.