57

Mam Kanara – epilog, czyli można jednak po ludzku

Nie wszyscy urzędnicy podnoszą larum w związku z aplikacją mobilną ostrzegającą przed kontrolami biletów. Gdy znany z patetycznej wręcz przesady Wrocław wywołuje burzę w szklance wody, Gdańsk potrafi w sytuacji dostrzec korzyści. Można? Można! Wszystko zależy od tego, na czym chce zarabiać przewoźnik – na biletach czy… na karach. Lokata kapitału Pozwólcie, że opowiem Wam […]

Nie wszyscy urzędnicy podnoszą larum w związku z aplikacją mobilną ostrzegającą przed kontrolami biletów. Gdy znany z patetycznej wręcz przesady Wrocław wywołuje burzę w szklance wody, Gdańsk potrafi w sytuacji dostrzec korzyści. Można? Można! Wszystko zależy od tego, na czym chce zarabiać przewoźnik – na biletach czy… na karach.

Lokata kapitału

Pozwólcie, że opowiem Wam przygodę. Wsiadam do tramwaju z kartą VISA w ręku. Podchodzę do biletomatu. Ten jest nieczynny – nie niesprawny (wtedy wyświetla się odpowiedni komunikat), tylko ordynarnie wyłączony. Dziwnym zrządzeniem losu po chwili podchodzi do mnie kontroler i żąda biletu. Pokazuję mu nieczynny biletomat. Kontroler twierdzi, że nie ma to znaczenia, bowiem moim obowiązkiem było mieć w ręku bilet, gdy wchodziłem do tramwaju. Zarzucam mu kłamstwo. Bezskutecznie. Okazuję więc dokument tożsamości, a następnie wyciągam telefon i zaczynam nagrywać wszystko, by mieć dowód. Kontroler natychmiast się peszy i ucieka z tramwaju. Wybiegam za nim. Ten wtedy odwraca się i wyprowadza w moim kierunku cios, uderzając mnie w rękę i wytracając telefon, który rozbija się na bruku.

Podnoszę go z ziemi, składam – działa. Dzwonię więc natychmiast do przewoźnika ze skargą. Składam ją telefonicznie, ale uszkodzony aparat odmawia posłuszeństwa. Wracam więc do domu na piechotę, wchodzę w sieć i kanałem elektronicznym ponownie składam skargę – mamy tu bowiem do czynienia i z oszustwem, i z naruszeniem nietykalności cielesnej. Mało tego, jest dowód w postaci zapisu audiowizualnego.

Mijają dwa lata. Odpowiedzi na skargę brak. Nagle 500 złotych z moich poborów potrąca mi w imieniu przewoźnika komornik. Wściekły udaję się do rzecznika praw pasażera. Ten zaszokowany jest historią. Składam pisemną skargę, grożąc procesem o pobicie – tym razem na papierze, każąc urzędnikowi przybić pieczątkę na kopii.

Ten sposób skutkuje. Mailem otrzymuję odpowiedź, że działania komornicze zostały wstrzymane. Za to, że zostałem uderzony, nikt mnie jednak nie przeprosił. Według przewoźnika zachowywałem się obcesowo. Czyżby zatem istniał przepis pozwalający w takim przypadku bić pasażerów? Na mail odpowiadam stwierdzeniem, że przeciwko słowom kontrolera stawiam dowód w postaci zapisu wideo. Korespondencja się urywa. Nikt dowodami zainteresowany nie jest, wszak, jak napisał Jan Izydor Sztaudynger, prawda kole w aureolę.

W naliczonej mi, a następnie anulowanej kwocie 500 zł znajduje się kara za bilet, odsetki oraz koszta sądowo-komornicze. Kto je opłaci? Naturalnie podatnik. Bo przecież ani nie wyrywny kontroler, ani nie urzędnik.

Dlaczego przewoźnik czekał da lata, by bezprawnie próbować mnie zwindykować? Niektórzy twierdzą, że to sposób na najlepszą lokatę kapitału. Żaden bank nie da Wam bowiem takich odsetek…

Wrocław biadoli

Aplikacja Mam Kanara powstała w ramach zacnego cyklicznego konkursu HackWro. Ponoć odium spadło, przynajmniej w części, na organizatorów imprezy. Zupełnie niesłusznie. Co więcej, niesłuszne są oskarżenia o łamanie prawa.

Wyobraźcie sobie, że chcecie wejść do tramwaju i przejechać się za darmo, ale wychodzący mówi Wam: uwaga, w środku jest kanar! Ponieważ nie macie ze sobą biletu, rezygnujecie z kursu lub wchodzicie i kierujecie się do biletomatu. Czy ktoś na tym traci? Nie. Wręcz przeciwnie – przewoźnik zyskuje na wymuszonej na Was uczciwości. A czy osoba, która Was poinformowała, złamała prawo? Ależ oczywiście, że nie! Nie ma przepisu, który zabraniałby informować o tym, że jest kontrola. Niedopuszczalne jest tylko przekazywanie innej osobie własnego, skasowanego biletu.

Mam Kanara to aplikacja, która ostrzega w podobny sposób, jak wspomniana w przykładzie wyżej osoba wychodząca z tramwaju. Co zrobisz, jeśli jesteś gapowiczem, a spieszy Ci się do pracy? Po otrzymaniu informacji, że w pojeździe jest kontroler, naturalnie zapłacisz za bilet.

Pamiętać też należy, że brak ostrzeżenia nie oznacza braku kontrolera. Ten bowiem może wejść dosłownie za naszymi plecami. Rozumie to nawet średnio rozgarnięty pasażer, więc nie będzie pokładał pełnego zaufania w elektronicznych komunikatach. To raczej ci, którzy notorycznie nie płacą, zaczną dzięki ostrzegawczym smsom kupować bilety.

Tymczasem Pani Agnieszka Korzeniowska, rzeczniczka wrocławskiego Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego twierdzi, iż aplikacja jest skandaliczna, zachęca ludzi do bycia nieuczciwymi. My z naszymi pasażerami zawieramy niepisaną umowę społeczną, w myśl której za przejazdy komunikacją miejską trzeba zapłacić kupując bilet. A tego typu aplikacje mają na celu namawianie ludzi do oszustwa. (…) Będziemy analizować też całą sprawę pod kątem prawnym. Postaramy się, by ta aplikacja zniknęła.

Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji będzie inwestować czas i pieniądze w batalię prawną przeciw aplikacji, która… nie łamie prawa? Kuriozalne! Ciekawy też jestem, ile te działania wyniosą nas, podatników. Na to pytanie próżno jednak szukać odpowiedzi. A ponadto…

Grzegorz Makowski, ekspert Fundacji Batorego: – Podróżowanie bez biletu nie jest przestępstwem, więc nie dawałbym MPK dużych szans na wygraną. Moim zdaniem przewoźnik popełnia błąd, nagłaśniając aplikację. W ten sposób tylko zwiększa jej popularność i psuje sobie reputację. MPK powinno raczej postawić na edukowanie społeczeństwa i zachęcać do płacenia za przejazdy – uważa. (źródło)

Mniej więcej to samo stwierdziłem dzień wcześniej: miast opowiadać głodne kawałki, warto zainwestować w porządny marketing – np. przedstawić statystyki wymierzonych kar wskazujące na to, że nie warto jechać na gapę, a następnie wprowadzić ciekawe promocje i porządnie zareklamować bilety okresowe. Tylko czy naprawdę MPK chciałoby, by każdy kupował bilety miesięczne lub kwartalne? Szczerze wątpię. I tu jest pies pogrzebany.

A tymczasem w Gdańsku…

Są miasta, gdzie urzędnicy nie dostają kociokwiku, bowiem kierują się logiką i analizują sytuację na chłodno:

Inaczej do sprawy podchodzi jednak Zarząd Transportu Miejskiego w Gdańsku. – Uważamy, że aplikacja może okazać się bardzo przydatna. Jej użytkownicy widząc „kanara” na trasie, mają do wyboru: wysiąść z pojazdu, zostać w pojeździe i przyjąć wezwanie do uiszczenia wynoszącej 180 zł opłaty dodatkowej albo skasować bilet za 1,50 czy 3 zł. Wysiadka z pojazdu w drodze do szkoły, pracy, lekarza czy też na ważne spotkanie rodzi określone konsekwencje. W nieskończoność uciekać przed kontrolą przecież nie można. Natomiast kto ma zakupiony bilet, dzięki aplikacji skasuje go i poda go do kontroli. Co się bardziej opłaca? Rachunek jest przecież bardzo prosty – komentuje Jerzy Dobaczewski, dyrektor ZTM w Gdańsku. (źródło)

Można? Można! Jak widać, dyrektor Zakładu Transportu Miejskiego w Gdańsku (czyli osoba raczej kompetentna) ma zdanie jakże odmienne od pani rzecznik z wrocławskiego MPK. Pytanie, na czym zarabia Gdańsk, a na czym chce zarabiać Wrocław… Przykład, jaki podałem z autopsji, może wskazywać, iż w stolicy Dolnego Śląska liczy się bardziej na przychód z kar (z odsetkami) niż z biletów. Tylko czy tak powinien zachowywać się przewoźnik dotowany przez miasto?