5

Magia internetów: jeden policzy trupy w LOTR, drugi szkody spowodowane przez Godzillę

Napisać, że w Internecie można się natknąć na dziwne rzeczy, to nie napisać nic. Zdziwiona może być tylko osoba, która wkracza na to pole pierwszy raz. Chociaż z drugiej strony, rzesze ludzi rzadko zapuszczają się na krańce Sieci, a gdy już tam dotrą… Może być zdziwienie, drapanie się po głowie, czasem szok. Bo to z […]

Napisać, że w Internecie można się natknąć na dziwne rzeczy, to nie napisać nic. Zdziwiona może być tylko osoba, która wkracza na to pole pierwszy raz. Chociaż z drugiej strony, rzesze ludzi rzadko zapuszczają się na krańce Sieci, a gdy już tam dotrą… Może być zdziwienie, drapanie się po głowie, czasem szok. Bo to z jednej strony miejsce dla ludzi kreatywnych, ale z drugiej strony, dowód na to, że kreatywność czasem przynosi naprawdę dziwne owoce.

Nie zamierzam pisać tekstu, w którym zdiagnozuję całą Sieć lub przynajmniej jej część. Nie jestem na tyle zdolny i odważny. Wspomnę jednak o przykładzie internetowej kreatywności, która udowadnia, że tutaj odbiorców znajdą projekty różnej maści. Jeśli ktoś ma czas, choć trochę umiejętności (czasem i to nie jest konieczne) i pomysł, to powinien działać – Internet przyjmie wszystko. Dowodem materiał, w którym autor liczy zgony w filmowej trylogii Władcy Pierścieni.

Nie jestem w stanie stwierdzić, czy autor prześledził wszystkie sceny. To byłoby dość żmudne i męczące zadanie. Trudno też uznać wynik jego pracy za bardzo dokładny – w scenach batalistycznych licznik po prostu szaleje, jeden z wątków sprawił, że wynik podskoczył z kilkunastu do ponad dwustu tysięcy zabitych. Ciężko tu pisać o aptekarskiej dokładności. Podobnie jest z liczeniem strat, do jakich w filmie doprowadza Godzilla. Gad z głębin urządza demolkę, a autor materiału stara się to podliczyć. O ile można w przybliżeniu podać cenę wędki czy ciężarówki, o tyle rozmiar zniszczeń w zabudowie jest już zwyczajnym strzałem. Czy jednak w którymś z tych przypadków widz domaga się dokładności?

Raczej nie. Jest zabawa, jest widowisko, są i brawa (łapki w górę na YouTube), bo komuś się chciało, miał pomysł, czasem zażartował i przygotował coś nowego, w miarę świeżego. Ludzie nie obrażą się, jeśli powstanie podobny materiał związany z innym filmem. Skoro jest popyt (mierzony liczbą odsłon, lajkami i komentarzami), to będzie i podaż – autor (zespół) przygotuje nawet kilka. Co więcej, da ludziom wybór – jest interakcja, widzowie mogą się poczuć zobligowani do udzielenia odpowiedzi, a potem obejrzenia efektów pracy. I powstaje następny kanał, a co za tym idzie, biznes.

Chciałbym od razu zaznaczyć, że mnie ten mechanizm nie przeszkadza: jeśli komuś chce się to robić i są chętni, by oglądać, to daj Boże obu stronom. Wskazuję po prostu na możliwości stwarzane przez Internet. To, co jednym wyda się niepoważne/szalone/głupie, dla innych jest ciekawym pomysłem lub źródłem utrzymania. Czasem niestety okazuje się, że formuła szybko się wyczerpuje, a projekt był jednorazowy. I pojawia się myśl, że ciężko stworzyć coś nowego, czego jeszcze oczy ludzkie nie widziały. Oczywiście ciężko do chwili, w której ktoś udowodni, że da się to zrobić.