57

Wydałem 200 złotych, przestałem grać w połowie. Dlaczego?

Macie czasem tak, że kupujecie grę, bawicie się świetnie, ale w którymś momencie jakiś element lub elementy sprawiają, że macie dość? Co wtedy robicie - kończycie zaciskając zęby, czy odkładacie grę na półkę?

Mam wrażenie, że część osób traktuje recenzentów i blogerów jako ludzi, którzy nie kupują gier. Nie wiem jak inni, ale ja wydaję na nie więcej niż powinienem. Hobby ciągnie się nieprzerwanie od przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku, mimo upływu lat nigdy z nim nie zerwałem. Jednocześnie przez te wszystkie lata starałem się racjonalnie podchodzić do kupowania gier i choć moja biblioteka pudełkowych wersji jest dość obszerna, to z większości posiadanych produkcji jestem zadowolony. Ale nie ze wszystkich.
Uważam, że recenzja gry ma największą wartość, jeśli Wasz gust jest zbieżny z gustem osoby opisującej dany tytuł. Dlatego praktycznie nigdy nie sugeruję się średnimi ocen na serwisach typu Metacritic, dużo bardziej zależy mi na zdaniu znajomych, którzy lubią takie same gry jak ja. Ale to też nie zawsze oznacza celny zakup – ot, niedawny przykład. Kamil Świtalski z Antyweb wciągnął się w Dragon Quest XI na Nintendo Switch i za każdym razem kiedy pytałem go o ten tytuł, był na tak. Gust mamy bardzo podobny, podobają nam się te same gry – szczególnie jeśli chodzi o jRPG. A jednak po spróbowaniu 10-godzinnego dema gry nie zdecydowałem się na własny egzemplarz i cieszę się, że miałem możliwość sprawdzenia DQ przez zakupem. Inaczej wtopiłbym 200 złotych. Problem w tym, że zdarzają się sytuacje kiedy mimo początkowego zachwytu zakup nie jest wcale taki świetny, bo ostatecznie gry nie kończę.

Zobacz też: Nintendo Switch – recenzja po dwóch latach

Powody, przez które nie kończę gier

Niech podniesie do góry rękę osoba, która skończyła wszystkie kupione gry. Mogę się mylić, ale nie sądzę by było ich zbyt wiele. Oczywiście sam znam hardkorowców (najczęściej skupiających się na trofeach i gamerscore), którzy są w stanie wymęczyć każdy tytuł. Ja do nich nie należę, staram się też szanować swój czas i nie przeznaczać go na coś, co nie sprawia mi przyjemności. A gry mają być przyjemnością, nie obowiązkiem. Dlatego zdarza się, że tytuł ląduje na półce – czasem w połowie przygody, czasem później, a czasem i wcześniej.

Powodów jest oczywiście wiele tak samo jak wiele jest wirtualnych światów, bohaterów i opowieści. Zachwycony Xenoblade Chronicles 2 na Nintendo Switch, bez większego namysłu, w dniu premiery kupiłem Xenoblade Chronicles 2: Torna – The Golden Country, czyli samodzielny dodatek do gry. Fabularnie to prequel, czyli opowieść skupiająca się na wydarzeniach przed główną fabułą podstawowej wersji  – dodatkowo wyjaśniająca jednego z jej kluczowych bohaterów. Po 16 godzinach odłożyłem grę na półkę, a myślę że jestem w drugiej połowie. Odłożyłem niedługo po zakupie i kilka dni temu próbowałem wrócić, jakoś pchnąłem opowieść do przodu, ale ponownie walnąłem głową w ścianę, której nie mam ochoty przebijać. Otóż twórcy stwierdzili, że fantastycznym pomysłem będzie zmuszenie gracza do zaliczania misji pobocznych, z których większość to typowe “przynieś, zanieś, pozamiataj”. Dlaczego obowiązkowe? Bo aby przejść do dalszej części opowieści, trzeba zdobyć wyższe “community level”, a to możliwe tylko zaliczając misje zlecone przez mieszkańców. Aby poznać główny wątek będę się więc posiłkował YouTube i żałuję, że nie dopiszę dodatku do listy zaliczonych gier.

To jeden z przykładów. Od gier odbijam się również z innych powodów. Mechanika może być fantastyczna, ale kiedy fabuła kuleje, płyta też często ląduje na półce. Nie jestem fanem gier, przy których totalnie się wyłączam i stukam jedynie bezmyślnie w przyciski, bo później niczego z niej nie pamiętam. Coś jak fajna impreza, po której macie w głowie dziury. Niby fajna, ale nic nie wniosła do Waszego życia. Odwrotnie – też mam często problemy – fantastyczna opowieść, świetnie rozpisani bohaterowie, ale wszystko inne do bani. I choć bardzo chcę poznać historię, jeśli produkcja jest niegrywalna – odpuszczam.

Warto też pamiętać, że ocena poszczególnych elementów składających się na grę to często kwestia mocno indywidualna. Fakt, są produkcje, których mechaniki nie obroni nikt, ale choćby w przypadku FPS-ów często spotykam się z opinią, że “fajnie się strzela”, a kiedy sam włączam, mam wrażenie że to jakiś nieśmieszny żart. Bywało, że recenzent nazywał strzelankę za bardzo chaotyczną, a ja bawiłem się fantastycznie i uważałem, że takie mechaniki są dla tej gry wyśmienite. Niech za kolejny przykład posłuży seria Bayonetta, którą uwielbiam, a znam wiele osób wręcz odepchniętych kiczem i tandetą opowieści o czarnowłosej wiedźmie.

Zdarzało się też, że wsiadłem do tak zwanego „hype train” i wiedząc, że gra nie jest dla mnie – i tak ją kupiłem. Bo wszyscy kupowali, bo od miesięcy nikt o niczym innym nie mówił i chciałem być częścią wydarzenia zwanego premierą. A że pudełkowych gier nie sprzedaję, to ta naiwność kosztowała mnie niemało.

Nie oznacza to oczywiście, że nie warto próbować nowych rzeczy. Siedzenie cały czas w znanych gatunkach i nieprzyswajanie nowych to ślepa uliczka, przez którą ominie Was masa świetnych gier. Kupiłem wczoraj Ultitled Goose Game, choć nie przepadam za indykami i nie jestem fanem skradanek. I co? Bawię się świetnie zachodząc w głowę jak to się stało, że wydałem 80 złotych na grę o gęsi, która podkrada kapcie kolesiowi pijącemu nad basenem herbatę.

Czy warto dawać grom drugą szansę?

Z jednej strony tak, bo fajnie jednak ostatecznie odhaczyć produkcję jako zaliczoną i może pierwsze uczucie “odrzucenia” było mylne – miałem tak wielokrotnie. Z drugiej na rynku pojawia się tyle świetnych gier, że jeśli jakaś nie sprawia Wam frajdy, to nie warto marnować na nią czasu. I podejść do tematu jak do posiłku – czy jeśli coś Wam nie smakuje, odstawiacie resztę czy mając łzy w oczach czyścicie talerz? Mój dawny znajomy mawiał kiedyś “lepiej się pochorować niż ma się zmarnować”, a ja do dziś kompletnie nie rozumiem tego podejścia. I do jedzenia, i do gier.