33

Jednego w sprawie Google vs wydawcy nie rozumiem

Tomasz pisał wczoraj o kolejnej odsłonie wojny, jaką korporacji Google wypowiedzieli niemieccy wydawcy. Po opisywanym całkiem niedawno (również przez Tomasza) sukcesie i zwycięstwie nad amerykańską firmą, przyszedł czas weryfikacji zdobyczy. Szybko okazało się, że ów sukces ma bardzo gorzki smak i wiąże się z uszczupleniem sakiewek wydawców. I niby wszystko jasne, a ja cały czas […]

Tomasz pisał wczoraj o kolejnej odsłonie wojny, jaką korporacji Google wypowiedzieli niemieccy wydawcy. Po opisywanym całkiem niedawno (również przez Tomasza) sukcesie i zwycięstwie nad amerykańską firmą, przyszedł czas weryfikacji zdobyczy. Szybko okazało się, że ów sukces ma bardzo gorzki smak i wiąże się z uszczupleniem sakiewek wydawców. I niby wszystko jasne, a ja cały czas nie mogę tego zrozumieć.

Ktoś zapyta: czego tu nie rozumieć? Niemieckie korporacje starej daty chciały przechytrzyć Google i się na tym przejechały. Proste? Proste. Sęk w tym, że nie jestem w stanie pojąć, jakim cudem te firmy nie przewidziały reakcji Google? Nie dziwi mnie to, iż na zmiany zdecydowali się urzędnicy: silne rodzime lobby naciskało, to wprowadzono takie regulacje, by chronić ich biznes przed amerykańskim potentatem. Nawet jeśli ktoś z decydentów przewidywał konsekwencje, to mógł stwierdzić: jeśli tego sobie życzą, to my im to damy – ich wybór. Nie rozumiem natomiast zachowania owego lobby.

Można oczywiście przyjąć, że to „media starej daty”, jak je nazwałem. Nie znają się na nowych technologiach, Internecie, wyszukiwarkach, algorytmach itp. Nadal funkcjonują w świecie drukowanej prasy i linearnej telewizji. Takie tłumaczenie miałoby sens, gdyby firmą zarządzał jeden niereformowalny prezes z długim siwym wąsem. I to przy założeniu, że jego pracownicy również mają siwe wąsy i pamiętają jeszcze czasy Republiki Weimarskiej. Bo trudno sobie wyobrazić, iż w całym przedsiębiorstwie nie znalazła się osoba, która przyszłaby do prezesa i powiedziała: „Panie szefie, jak uderzymy w Google, to oni mogą odpowiedzieć i my sporo na tym stracimy”. Naprawdę nie znalazł się nikt o wiedzy będącej w zasięgu rozgarniętego ucznia podstawówki?

Sam nie wiem, jakie podejście niemieckich wydawców byłoby bardziej zabawne: nie wiemy, że Google może zareagować i sprzedać nam soczystego klapsa czy też wiemy, że mają takie możliwości, ale zakładamy, że z tego nie skorzystają. W gruncie rzeczy jest jeszcze jeden wariant: wiemy, że mogą i skorzystają, lecz się tego nie boimy i jesteśmy gotowi ponieść konsekwencje – wszak to wojna, ofiary będą po obu stronach. Trzy bramki, wszystkie kuszą, ale w każdej niestety Zonk. Nieszczęście niemieckich koncernów medialnych polega na tym, że muszą się pogodzić z pozycją, siłą i warunkami Google, bo nie są w stanie narzucić firmie własnych zasad gry. Jako potężne podmioty prawdopodobnie wcześniej same stosowały argumenty tego typu w stosunku do mniejszych graczy, teraz kosa trafiła na kamień.

Nie chciałbym opowiadać się jednoznacznie po stronie Google, bo firmie można sporo zarzucić i nie podoba mi się wiele rzeczy związanych z jej działalnością. W tym konkretnym sporze trudno jednak ganić korporację za podejmowane działania „obronne”. Obcy chcą nagiąć ich biznes dla dobra swoich interesów i narazić amerykańską firmę na straty, więc ta zdecydowanie reaguje. Zrobiłbym to samo. Każdy by zrobił – niemieckie koncerny medialne też. Dlatego ciągle do mnie nie dociera, jakim cudem kręcili na siebie bicz?

Źródło grafiki: Google