2

Jak można protestować w Internecie? Skrzykując ludzi, by wyjść na ulice

Wczoraj Jakub pisał o minucie ciszy dla uchodźców, akcji, nad którą niektórzy w Sieci się rozpływali, a która na mnie nie zrobiła większego wrażenia. Podobnie jest z innymi internetowymi przejawami protestu, bojkotu czy wsparcia. Zazwyczaj są one nieskuteczne i mijają się z celem. Żeby ktoś dostrzegł tłum niezadowolonych, ten ostatni musi po prostu wyjść na […]

Wczoraj Jakub pisał o minucie ciszy dla uchodźców, akcji, nad którą niektórzy w Sieci się rozpływali, a która na mnie nie zrobiła większego wrażenia. Podobnie jest z innymi internetowymi przejawami protestu, bojkotu czy wsparcia. Zazwyczaj są one nieskuteczne i mijają się z celem. Żeby ktoś dostrzegł tłum niezadowolonych, ten ostatni musi po prostu wyjść na ulicę.

Akcja, o której pisał Jakub, przypomina mi trochę lajkowanie stron organizacji charytatywnych. Kiedyś pisałem już o tym problemie, chodziło chyba o UNICEF, który powiedział wprost: sory, ale lajkami dzieci nie wykarmimy i nie zaszczepimy. Potrzebne są nam pieniądze, a nie wasze łapki. Z pieniędzmi pozyskanymi z „minuty ciszy” może być tak, że pójdą na budowę jakiegoś ośrodka, potem ktoś go spali i większości społeczeństwa ulży: daliśmy pieniądze (mizerne), ale dzięki Bogu ci ludzie nie zamieszkają obok nas. Ot, takie dwie pieczenie na jednym nomen omen ogniu.

Ludzi nie nakarmisz lajkami, na dłuższa metę nie pomożesz też piosenką z iTunes, firmie czy jakiejś organizacji/partii nie zaszkodzisz bojkotem na Facebooku. Można to powtarzać w kółko, a ludzie i tak wspierają profile z takimi hasłami. Potem dowiadujemy się, że bojkotowana w Sieci firma wykręciła najlepszy wynik kwartalny. I na twarzy pojawia się szyderczy uśmiech. Pisałem niejednokrotnie, że cyfrowa rzeczywistość idzie w parze z realem, że nie można ich rozdzielać i np. zdejmować z ludzi ciężaru odpowiedzialności za czyny i słowa w Internecie, ale to nie oznacza, że ten wymiar stał się jedynym i nadrzędnym. Lajki i bojkoty niewiele tu znaczą. Tym bardziej nie przekładają się na real.

Najbardziej jest to widoczne na przykładzie, który wczoraj przywołał Jakub. Wspominał o protestach wymierzonych w ACTA. Kilkaset stron w Polsce powiedziało głośne „nie” planowanym zmianom i to była głośna akcja w polskim Internecie. Ale czy to ona przestraszyła polityków, którzy potem sprawiali wrażenie jakby chorowali na biegunkę? Nie, oni nawet nie zauważyliby, że w Sieci jakieś protesty były. Gdyby ktoś im powiedział, jak się sprawy mają, to pewnie machnęliby ręką. Dopiero tłumy na ulicach zrobiły swoje. Owszem, te tłumy zebrały się w Sieci, ale poprzestanie na debacie na forach i w sieciach społecznościowych, pewnie niewiele by im dało. Potrzebny był „żywy pokaz siły” (próbka w filmach dołączonych do tekstu). W Egipcie ludzie też komunikowali się za pomocą Facebooka w czasie rewolucji. Jednak na komunikowaniu skończyłoby się, gdyby nie wyszli na ulicę (odrębną kwestią jest to, jakie owoce przyniosła ta rewolucja).

Ja nie neguję siły Internetu, bo to potężne narzędzie, by nie napisać broń. Najlepszym przykładem ataki hakerskie i będące ich następstwem wycieki danych. To świetna tuba informacyjna (ale też propagandowa), doskonały kanał komunikacyjny. Mylą się jednak ci, którzy myślą, że z pomocą Internetu da się już załatwić każdą kwestię, nawet te drażliwe, kontrowersyjne i problematyczne. W błędzie są ludzie, którzy uważają, że można poprzestać na działaniu w Sieci, bo to ona jest instytucją ostateczną…

Grafika tytułowa: youtube.com