45

Granie jest tańsze niż kiedykolwiek

Coś dziwnego się stało. Nie chcę się chwalić, ale mam coraz więcej platform, na których mogę grać i trochę więcej pieniędzy niż w poprzednich latach (głównie z odsprzedaży smyczek i pendrive’ów z konferencji i wyjazdów), a w tym roku wydałem na gry wideo mniej niż kiedykolwiek. Półka z grami świeci pustkami, a napędy rdzewieją. Na […]

Coś dziwnego się stało. Nie chcę się chwalić, ale mam coraz więcej platform, na których mogę grać i trochę więcej pieniędzy niż w poprzednich latach (głównie z odsprzedaży smyczek i pendrive’ów z konferencji i wyjazdów), a w tym roku wydałem na gry wideo mniej niż kiedykolwiek.


Półka z grami świeci pustkami, a napędy rdzewieją. Na pulpicie próżno szukać morza ikonek z kolejnymi tytułami. Swego czasu potrafiłem mieć i zainstalowanych po kilkanaście na raz. Więc co się stało? Może się wydawać, że po prostu nie mam czasu i faktycznie, doba mi się nieco skróciła, ale wydaje mi się, że to nie jest problem. Zresztą, przy grach wideo dalej spędzam przynajmniej parę godzin dziennie. Więc w czym problem? Czemu z portfela nie ubywa mi gotówki?

Po kilku prysznicach, spacerach i sesjach jogi, a co za tym idzie, związanych z nimi olśnieniach, rozwikłałem tę zagadkę. Rok 2013 był o tyle rewolucyjny, że wniósł, a raczej ugruntował w moim życiu gracza trzy elementy, których wcześniej brakowało.

Bundle

Jeżeli nie mam sprecyzowanych potrzeb „growych”, to nie muszę już się rozglądać za aktualnymi premierami, za ciekawymi używkami, ani przeglądać sklepów sieciowych. Zawsze mam coś w zanadrzu, a nawet jeżeli biblioteka Steam nie kusi mnie niczym, to wystarczy że wejdę na stronę Humble Bundle, żebym w pięć minut miał kilka nowych gier – i to wcale nie byle jakich. Za dolara.

Wszelkiego rodzaju bundle tak rozpasały mi cyfrowe półki, że w większości zakupionych gier nie skończyłem i nigdy nie skończę. Na szczęście mnie w ogóle to nie boli, bo przecież zapłaciłem za nie grosze. To może się odbić twórcom i wydawcom czkawką.

PlayStation Plus

Specjalnie dla The Last of Us kupiłem trzecią już w swoim życiu „peestrójkę”. Pograłem, było super (gra generacji, koniecznie sprawdźcie!), ale konsola zaczęła się kurzyć. Większość gier na wyłączność przeszedłem już swego czasu, natomiast mając do wyboru granie na PC, albo konsoli – zawsze wybiorę komputer. Bo taniej, bo ładniej, bo wygodniej (w sensie – krótsze czasy ładowania, szybsze uruchomienie gry). Konsola zaczęła się kurzyć. Już miałem ją sprzedawać, kiedy postanowiłem dać szansę PlayStation Plus.

W każdym miesiącu jest tytuł, który mogę przynajmniej sprawdzić. W tym było to Guacamelee! – sympatyczna niezależna produkcja, którą przechodzę razem z dziewczyną. Na styczeń zapowiedziano Borderlands 2, z zamiarem zakupu którego nosiłem się bardzo długo. Abonament kosztuje… o ile dobrze pamiętam – 60 złotych za trzy miesiące? Coś koło 200 złotych za cały rok. Rzeczone Borderlands 2 na Amazonie kosztuje obecnie 20 funtów. Jak twierdzi Ceneo – w Polsce dostaniemy ten tytuł od 80 złotych.

Co najlepsze, te gry się kumulują i to nie tylko te na PlayStation 3. Tak długo jak opłacam abonament, będę mógł pobrać tytuły z PlayStation Vita i PlayStation 4, kiedy już zakupię (a planuję) wspomniane konsole. PlayStation Plus to dla Sony genialny, ale to genialny interes – zwłaszcza teraz, kiedy mają na rynku trzy konsole. Wystarczy mieć jeden sprzęt Sony, żeby opłacało się wykupić abonament, a mając go, czuje się presję, żeby kupić więcej. Genialne. Naprawdę. Genialne.

Gry długo żyjące (free-to-play)

Wreszcie ostatni pogromca moich growych zakupów. Free-to-play, chociaż właściwie zaliczam do tej grupy też StarCrafta II. Do niedawna rozrywkę zapewniały mi dwa, ewentualnie siedem spotkań w StarCrafta II. Później przyszedł meczyk, dwa, ewentualnie siedem w League of Legends. Teraz jest to Hearthstone, w którym codziennie spędzam przynajmniej godzinę.

A jest tyle innych, fantastycznych gier free-to-play, które ledwie sprawdziłem, albo w ogóle nawet nie ruszyłem! Firefall, Warface, World of Tanks, Smite, DOTA2, mógłbym wymieniać i wymieniać.

Żyjemy w konsumenckim raju

Wszystkie te powody sprawiają, że jeżeli już kupuję jakieś gry, to prawie wyłącznie podczas premiery, kiedy jestem wyjątkowo „zajarany”. Zazwyczaj są to indyki. Jeżeli chcę po prostu zabić czas, to nigdy, przenigdy nie wydam nawet kilkudziesięciu złotych na grę, która „podobno jest nawet spoko”, albo mam ją do „nadrobienia”. Szkoda mi pieniędzy.

Wydawcy mają teraz naprawdę ciężko. Aż im współczuję. No, prawie.