4

Gorący wrzesień 2013 – oj działo się…

Mijający miesiąc pod względem wydarzeń w szeroko pojętej branży, można chyba uznać za jeden z najciekawszych w tym roku. Niektórych doniesień i zmian należało się spodziewać, inne wisiały w powietrzu, ale brakowało im oficjalnego potwierdzenia. Trafiły się też prawdziwe „bomby”, które w przyszłości powinny mieć duży wpływ na kształt omawianej części rynku. Co absorbowało naszą […]

Mijający miesiąc pod względem wydarzeń w szeroko pojętej branży, można chyba uznać za jeden z najciekawszych w tym roku. Niektórych doniesień i zmian należało się spodziewać, inne wisiały w powietrzu, ale brakowało im oficjalnego potwierdzenia. Trafiły się też prawdziwe „bomby”, które w przyszłości powinny mieć duży wpływ na kształt omawianej części rynku. Co absorbowało naszą uwagę w ostatnich tygodniach?

Zacznę chyba od Steve’a Ballmera i Microsoftu. Chociaż decyzja o opuszczeniu gabinetu dyrektora korporacji z Redmond pojawiła się jeszcze w sierpniu, to wrzesień upłynął nam pod znakiem poszukiwania następcy dla wieloletniego CEO amerykańskiego giganta. Pojawiły się rożne nazwiska, a wraz z nimi koncepcje rozwoju firmy. Temat bardzo ciekawy, ale nim dojdzie do rozkręcenia tej machiny, oceniania konkretnych propozycji i wyborów, warto wspomnieć o pożegnaniu Ballmera z MS.

Następca Gatesa był, jest i będzie różnie oceniany – jedni uważają, że to sprawny menedżer, który sporo dał korporacji i nie do końca zasłużył na falę krytyki, inni nie zostawiają na nim suchej nitki i skaczą z radości na myśl, że jego rządy zmierzają ku końcowi. Chociaż uważam, że Microsoft potrzebuje nowego szefa, to doceniam pracę Ballmera i uważam, że to nie były dla Amerykanów stracone lata. Ballmer zaliczył kilka wpadek, czasem bardzo poważnych, ale nie można zapominać o sukcesach. Utrzymał firmę w światowej czołówce, dywersyfikował jej źródła zysków, zostawia biznes z potężnymi środkami na kontach. To niezły bilans. Nie można też zapominać o „wybrykach” i niesztampowych wystąpieniach szefa MS, które obrosły już legendą i do dzisiaj wywołują uśmiech na twarzy. Ostatnio Ballmer dał się poznać z jeszcze innej strony – bardzo przywiązanego do swojego miejsca pracy wrażliwca. Mnie wzruszył, może zmiękczy też serca zacietrzewionym krytykom…

Pisząc o Microsofcie nie można nie wspomnieć o ich transakcji z Nokią. O przejęciu części fińskiej firmy (albo o kupieniu jej w całości) przez amerykańską korporację mówiło się już od kilku lat. Wyznaczano kolejne „pewne terminy” ogłoszenia tej decyzji, ale one jakoś nie nadchodziły. Niektórzy pewnie zwątpili już w ten scenariusz i właśnie wtedy korporacje poinformowały o transakcji. Nie da się ukryć, że to jeszcze bardziej kontrowersyjna sprawa, niż ocena rządów Ballmera. Jedni kręcą głowami z niedowierzaniem i opłakują Nokię, inni upatrują w przejęciu sporych szans dla obu firm.

Osobiście żałuję trochę, że Finowie w ten sposób kończą swoją przygodę z komórkowym biznesem, ale z drugiej strony nie zamierzam mówić o upadku legendarnej firmy. Po prostu zamykają jeden rozdział działalności i otwierają kolejny. Mają środki na funkcjonowanie, zdolnych pracowników, kończą porządki w biznesie, pojawiają się plany na przyszłość. Za kilka lat Nokia nadal powinna istnieć i nie wykluczam, że będzie o niej głośno. Obraz przejęcia psuje niestety zamieszanie wokół odprawy Stephena Elopa – ten plotkarsko-finansowy show może zepchnąć na dalszy plan obecne poczynania Finów, co raczej nie przysłuży się korporacji.

Czy na przejęciu zyska Microsoft? Są na to realne szanse. Korporacja z Redmond zapewniła sobie solidne zabezpieczenie na rynku mobilnym i może nadal poszerzać wpływy platformy Windows Phone oraz kontynuować budowę ekosystemu. Biorąc pod uwagę środki, jakie przyszło im wydać na ten cel, można stwierdzić, że dokonali dobrej inwestycji. Potencjał w tym zakupie jest całkiem duży – oby nowy CEO firmy zdawał sobie z tego sprawę i nie decydował się na totalną przebudowę MS bez poważnego udziału nowego nabytku.

O ile Nokia i Microsoft powinny sobie poradzić na rynku i wróżę im sukcesy, o tyle BlackBerry chyba nie jest na dobrej drodze do odbudowy swojej pozycji. Niedawno pojawiły się doniesienia dotyczące możliwego przejęcia tej firmy, ale nie do końca wiadomo, co ów ruch miałby zmienić i jak producent zamierza odnaleźć się na rynku. Korporacja nie radzi sobie od dłuższego czasu, ich kolejne pomysły kończą się klapą albo poważnym niedosytem. Pisanie o utracie inicjatywy byłoby poważnym nadużyciem – w tym przypadku można już mówić o utracie chęci do kontynuowania wyścigu.

BlackBerry (do niedawna RIM) sporo wniosło do sektora nowych technologii, a zwłaszcza do segmentu mobilnego. Przez lata był to symbol dobrej jakości, niezawodności, innowacji, a nawet luksusu. Te czasy jednak minęły i wiele wskazuje na to, że minęły bezpowrotnie. Korporacja próbowała przebić się z nowymi projektami pod wodzą Thorstena Heinsa, ale póki co te plany nie przyniosły spodziewanych rezultatów. I raczej nie przyniosą – obecnie decydenci firmy chyba starają się zrobić wszystko, by ugrać jak najwięcej na ewentualnym przejęciu. Czy zmiana właściciela coś da i odmieni losy firmy? Raczej nie.

Światło BB blednie na mobilnym rynku, ale jednocześnie wzmaga się blask innego gracza – Sony. Japończycy ewidentnie zaczęli się rozkręcać pod rządami Kazuo Hirai i mają plan, który konsekwentnie realizują. Ostatnie targi IFA w dużym stopniu upłynęły pod znakiem prezentacji nowych osiągnięć Sony i prawdopodobnie nie był to przypadek. Azjaci dobrze wykorzystują swoje doświadczenie zdobyte w różnych segmentach rynku (m.in. komórkowym i fotograficznym) i mogą jeszcze nieźle namieszać w branży. Zaczynają zagrażać liderom segmentu mobilnego, ale jeszcze większy popłoch wywołują wśród producentów sprzętu fotograficznego. Jeżeli będą konsekwentni i nie zatrzymają się w połowie drogi, to powinni osiągnąć cel bez względu na poczynania konkurencji.

Na koniec firma, która wywołała chyba większy szum niż Elop i Ballmer razem wzięci – Apple. Wrzesień przyniósł nam nie tylko prezentację nowych smartfonów (liczba mnoga odgrywa tu kluczową rolę), ale też pierwsze wyniki sprzedaży tych urządzeń. Chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że ostatnia premiera przyniosła olbrzymie emocje i to skrajnie różne. Wpływ miały na to zarówno same urządzenia, jak i nowy iOS. Jedni stwierdzili, że „Apple się skończyło” i pogrzebali korporację, inni nie kryli niedosytu, ale i tak docenili produkty firmy, nie brakuje też takich, którzy są zachwyceni sprzętem oraz iOS7. Można powiedzieć, że to standard, ale nie byłoby to zgodne z prawdą. Tym razem pojawiło się znacznie więcej krytycznych uwag niż wcześniej. Czy to oznacza, że korporacja gorzej radzi sobie na rynku, że poważnie zwolniła lub nawet stanęła i teraz jedynie odcina kupony?

Nie zgodziłbym się z taką diagnozą. Ludzie po prostu powoli przyzwyczajają się do nieobecności Jobsa i „odczarowywania” Apple. Ten zabieg jest potrzebny, ponieważ bez współzałożyciela firmy przynosi więcej szkody niż pożytku. Korporacja nadal będzie robić swoje i dostarczać na rynek ciekawe produkty, ale w zdrowszej atmosferze. Spodziewam się, że Tim Cook szybko stanie się postacią krytykowaną na równi z Ballmerem albo nawet przebije pod tym względem CEO Microsoftu, ale jednocześnie zapewni on Apple stabilny rozwój, pomnoży ich fortunę i stworzy świetne warunki dla ewentualnego magika, który mógłby go w przyszłości zastąpić. Wrześniowe premiery nie pokazały, ze gigant z Cupertino słabnie – on się po prostu zmienia.

Z pewnością pominąłem kilka ciekawych wątków związanych z innymi firmami/produktami (Jolla, GTA V, Steam, Samsung), ale taka wyliczanka mogłaby trwać dość długo. Jedno jest pewne: we wrześniu nie można było narzekać na nudę. Część wydarzeń, których byliśmy świadkami poważnie wpłynie na rynek i to nie tylko w najbliższych miesiącach czy kwartach – w grę wchodzi nawet dłuższa perspektywa. Należy się z tego cieszyć – problemem byłyby marazm i stagnacja. Pojawił się spory ruch w biznesie i pozostaje czekać na efekty.

Źródło grafiki: theverge.com