19

GoPro dokonało automasakracji: miał być wspaniały sprzęt, jest wielkie nieporozumienie

Akcjonariuszom GoPro słowo "Karma" może się śnić przez długie miesiące: po kilku kwartałach zmagań na rynku dronów firma poinformowała, że się z niego zwija. W efekcie zwalnia kilkuset pracowników. To jednak tylko część kiepskich doniesień - wyniki za ostatni kwartał 2017 roku raczej nie napawają optymizmem, konkurencja naciska, trudno stwierdzić, co może pomóc przedsiębiorstwu wyjść na prostą. Zrobiło się tak źle, że CEO zrezygnował z wypłaty w 2018 roku...

GoPro nie wpadło w tarapaty wczoraj, miesiąc temu czy przed rokiem – już w 2015 roku pisaliśmy, że w tym biznesie nie dzieje się dobrze. Ciekawy przypadek: najpierw spektakularny sukces, wejście szybkim krokiem do grona firm wartych miliardy dolarów, a potem nagły spadek formy i doniesienia o kolejnych kłopotach. Sam nie wiem, co dziwi bardziej.

Teraz o producencie kamer sportowych zrobiło się głośno za sprawą komunikatu firmy. Dowiadujemy się z niego m.in., że wedle wstępnych wyliczeń przychody korporacji w ostatnim kwartale 2017 roku wyniosły 340 mln dolarów. To zdecydowanie mniej niż oczekiwał rynek. W porównaniu z analogicznym kwartałem 2016 roku oznacza to spadek o aż 37%. Ale na tym kiepskie newsy się nie skończyły. Przedsiębiorstwo poinformowało, że kończy przygodę z dronami. Nie była ona długa, ale za to dość burzliwa.

Na temat tego produktu pisałem we wrześniu 2016 roku. To miał być hit, sprzęt skierowany raczej do profesjonalistów. Szybko pojawiły się jednak dwa problemy: po pierwsze, konkurencja, głównie DJI, które, wedle części komentatorów, pokazało Amerykanom miejsce w szeregu, dostarczyło na rynek znacznie lepsze urządzenie. Kłopotem numer dwa była… usterka drona Karma. Okazało się, że może on spadać na ziemię. Sprzedaż wstrzymano, ofensywa w nowym segmencie stała się falstartem. Kolejny interes, do którego trzeba było dopłacać.

Niebawem ma się to skończyć, firma wychodzi z tego poletka. Przekonuje, że Karma zdobyła niezłą pozycję na rynku, ale ten nie jest perspektywiczny: konkurencja jest silna, a przepisy będą się zmieniać na niekorzyść klientów, więc też i producentów. Ciekawe, ile do tej pory wydano na ten projekt? I ile jeszcze trzeba będzie do niego dołożyć? Firma chce sprzedać już wyprodukowane urządzenia, potem będzie musiała zapewnić im wsparcie. Aby szybko zminimalizować wyciek kasy, zdecydowano się ściąć listę płac o 1/5, po redukcji firma powinna zatrudniać około 1000 osób. Nie są to pierwsze zwolnienia w GoPro i podejrzewam, że nie ostatnie.

Na osłodę akcjonariusze dowiedzieli się, że w obliczu kiepskiej sytuacji CEO firmy, Nicholas Woodman, zredukuje w 2018 roku swoje wynagrodzenie do jednego dolara. A jeszcze kilka lat temu otwierał listę najlepiej wynagradzanych CEO… Czy ta ostatnia informacja uspokoiła udziałowców? Nie – na giełdzie można było obserwować panikę i opuszczanie okrętu na złamanie karku. Papiery wartościowe tego gracza taniały o ponad 20%, w pewnym momencie zawieszono nawet handel nimi. Od historycznych maksimów przedsiębiorstwo dzieli dzisiaj przepaść.

Nie jest oczywiście tak, że za kłopoty GoPro odpowiada wyłącznie wpadka z dronem Karma. To znacznie szersze zagadnienie. Firma straciła pomysł na siebie. Okazało się, że konkurencja, która pojawiła się szybko, potrafi dotrzymać Amerykanom kroku na polu jakości i innowacyjności (lub nawet wyprzedzić tego producenta), a jednocześnie oferuje sprzęt taniej. Zamiast na ofercie, GoPro zaczęło się skupiać na zwalczaniu rodzinnej firmy, która sprzedawała akcesoria dla gadżetów słynnego jednorożca. Trudno stwierdzić, jak potoczą się losy tego gracza, ale z pewnością powinna to być przestroga dla innych: początkowy sukces, zwłaszcza ten oszałamiający, nie musi trwać wiecznie. Ba, nie musi trwać długo…