38

Google + a kwestia prywatności, czy jest się czego obawiać?

Zwolennicy maksymalnej prywatności w sieci (coś takiego jak prywatność w sieci w ogóle istnieje?), którym już przeszkadzała ilość danych gromadzonych przez Google, na pewno powiedzą, że to kolejny krok, żeby wiedzieć wszystko o wszystkich i kontrolować informacje w internecie dla korzyści finansowych firmy. Zwolennicy firmy z Mountain View powiedzą, że tak duża firma nie może pozwolić sobie […]

Zwolennicy maksymalnej prywatności w sieci (coś takiego jak prywatność w sieci w ogóle istnieje?), którym już przeszkadzała ilość danych gromadzonych przez Google, na pewno powiedzą, że to kolejny krok, żeby wiedzieć wszystko o wszystkich i kontrolować informacje w internecie dla korzyści finansowych firmy. Zwolennicy firmy z Mountain View powiedzą, że tak duża firma nie może pozwolić sobie na wpadki z prywatnością danych, bo będzie to jej rychły koniec. A jak jest naprawdę?

Nie da się ukryć, że świat ulega ciągłym przemianom, które pociągają za sobą również zmiany społeczne. Kiedyś nie było innego sposobu komunikacji, jak przejść się osobiście do sąsiada, lub ewentualnie listownie. Następnie pojawiły się telefony stacjonarne i zrewolucjonizowały kontakty na odległość. Już wtedy pojawiły się narzekania, że ludzie nie spotykają się tak często „jak kiedyś”. Potem nastał czas telefonów komórkowych, którym z początku nie wróżono świetlanej przyszłości, a obecnie wypierają telefony stacjonarne. Zabrały one część naszej prywatności, pod telefonem jesteśmy cały czas, zawsze i wszędzie. W każdej chwili może zadzwonić ktoś, żeby ustalić gdzie jesteśmy i co robimy. Pomimo że nie wszyscy lubią ten aspekt telefonii komórkowej i wciąż trafiają się ludzie, którzy nie chcą z niej korzystać, nikomu nie przyszłoby do głowy głosić tezę, że w ramach prywatności powinniśmy wszyscy z nich zrezygnować.

Podobnie jest z portalami społecznościowymi. Nie licząc uzależnionych nastolatków, którzy muszą napisać, że idą do drugiego pokoju, takie portale stają się normalną częścią naszej kultury, jak wcześniej komórka. Tak jak ciężko dziś prowadzić biznes bez telefonu, tak coraz ciężej robić to bez internetu, w tym, bez fan page. Jest to naturalny element ewolucji kontaktów społecznych, mimo że nie każdemu może się to podobać.

Podobnie jest z G+. Na pewno podniosą się głosy protestu, że osoby które dodajemy do kręgów, są domyślnie widoczne dla wszystkich. Mało kto zwróci jednak uwagę, że również znajomi na Facebooku są widoczni dla wszystkich. W obu przypadkach można to zmienić korzystając z zaawansowanych opcji prywatności. Wszystko sprowadza się do świadomego korzystania z nowej technologii. Można dyskutować, czy ustawienia domyślne są właściwe, czy nie, ale trudno mimo wszystko całą odpowiedzialność zwalić na Google, skoro użytkownik ma możliwość dowolnej konfiguracji.

We wcześniejszym wpisie, na temat uwolnienia się do usług wielkiego G, Gniewomir pisał, że firma z Mountain View nie stosuje techniki lock-in. Użytkownik w łatwy sposób może sprawdzić, jakie informacje na jego temat zostały zgromadzone, wyeksportować je do innego serwisu czy aplikacji, albo całkiem usunąć. Sam czasem korzystam z możliwości wyczyszczenia wszystkich synchronizowanych przez Chrome informacji, w celach zrobienia porządku i świeżej instalacji (wcześniej oczywiście eksportuje zakładki i upewniam się, że znam wszystkie zapisane hasła). Dla przykładu, Opera nie umożliwia wyzerowania synchronizacji swojej przeglądarki, trzeba założyć nowe konto, lub napisać podanie o usunięcie istniejącego.

Google daje kontrolę użytkownikowi, nad tym, jakie informacje są gromadzone, co udostępnia i w przypadku G+ nie jest inaczej. Prywatność użytkownika w dużej mierze zależy od tego, czy użytkownik z tej kontroli skorzysta. Dla przykładu, można zintegrować galerię Picasa z G+. To, czy dane galerie będą widoczne dla wszystkich przeglądających profil, tylko dla wybranych, czy podgląd będzie możliwy tylko i wyłącznie przez właściciela konta, zależy od ustawień poszczególnych albumów w usłudze Picasa. Warto te uprawnienia ponownie przejrzeć przed zintegrowaniem obu usług. Niby albumy, które były wcześniej publiczne, dalej takie zostaną i nic się nie zmieni, jednak w mojej ocenie są to dwa różne rodzaje upublicznienia. Pierwsze, trudniejsze do odnalezienia w sieci, drugie, na stałe powiązane z łatwym do wyszukania profilem, zawierającym więcej informacji na nasz temat.

Podsumowując, kontrola nad udostępnianiem informacji wymaga odrobinę wysiłku od osoby udostępniającej. Zakładając jakikolwiek publiczny profil, w tym ten na G+ warto mieć to na uwadze i poświęcić odpowiednią ilość czasu na dopieszczenie szczegółów. Kiedy zachowamy ostrożność, nie powinno spotkać nas nic przykrego w kontekście prywatności w sieci.