56

Miałem problem ze zwiedzaniem miasta – przeszkadzali turyści robiący zdjęcia przez cały czas

Przestałem używać aparatu fotograficznego, osobnego urządzenia służącego wyłącznie do robienia zdjęć – pisałem o tym kilka tygodni temu. I na swoim przykładzie mogę mówić o zmianach w zakresie pstrykania fotek. O ile nie boli mnie ewolucja technologiczna i samo porzucanie aparatów, o tyle jestem zirytowany ludzkim zachowaniem, jakie towarzyszy rewolucji mobilnej w aspekcie robienia zdjęć: niektórym telefon i umieszczony w nim moduł foto odebrały rozum.

Kilka ostatnich dni spędziłem w Pradze. Piękne miasto, zwłaszcza o tej porze roku. Ręka sama rwie się do smartfonu, by uwieczniać wspaniałą architekturę skąpaną w mgłach czy przytłumionym słońcu. Ale telefon zostaje zazwyczaj w kieszeni, człowiek tłumaczy sobie, że lepiej na to po prostu popatrzeć: zdjęcia i filmy znajdę w Sieci, zapewne lepszej jakości niż moje. Fotek architektury tego miasta są miliony w odmętach Internetu, nie ma sensu pstrykać kolejnych, bo pewnie i tak nie będę do nich wracał. Zwłaszcza, jeśli narobię sporo zdjęć jednego obiektu. Nie napiszę, że komórki nie użyłem, ale byłem na tym polu naprawdę oszczędny – niczym za czasów aparatów z filmami. Tymczasem…

Tymczasem setki, a może i tysiące innych turystów eksploatowało aparaty w komórkach do granic możliwości. Ci ludzie są w stanie przejść długą ulicę i obejrzeć ją na ekranie swojego urządzenia mobilnego. Czasem trzymają je w dłoni, czasem na kijku. I ciągle nagrywają lub pstrykają foty. Widać wyraźnie wpływ rewolucji mobilnej – byłem dłużej w Pradze przed dekadą i było zdecydowanie inaczej. Owszem, ludzie robili sporo zdjęć aparatami cyfrowymi czy prostymi komórkami, ale rzadziej posuwali się do skrajności. Nie przemieszczali się z poczciwą Nokią przed nosem, nie robili nią selfie przed każdym budynkiem.

Im więcej czasu mija od zdominowania rynku przez smartfony, daje się zauważyć coraz więcej efektów zmian – także tych negatywnych. Po blisko dziesięciu latach od zaprezentowania iPhone’a, po technologicznym przeskoku, pojawieniu się wielu aplikacji do robienia i obrabiania zdjęć, po dodaniu gadżetów rozwijających tę rozrywkę oraz eksplozji popularności mediów społecznościowych, także tych nastawionych na zdjęcia i filmy, można stwierdzić, że niektórym odbiło i nie tylko cały czas patrzą na telefon, ale jeszcze pozwalają jemu patrzeć. Albo patrzą na świat przez pryzmat swojego ekranu.

Ktoś stwierdzi: ale w czym ci to przeszkadza? To ich życie. Jasne, to ich życie. Ale swoim zachowaniem ingerują w moje. Jedna osoba pakuje się na ciebie, bo nie patrzy, gdzie idzie, druga staje nagle w tłumie ludzi, bo chce sobie zrobić selfie i powoduje zator, ktoś na nią wpada. Na punkcie widokowym ktoś zasłania pół szyby, bo robi zdjęcia kilkunastocalowym tabletem, z którego zwisa futerał. W drodze w dół ze wspomnianego punktu człowiek na krętych schodach zatrzymuje się co kilka stopni, by zrobić zdjęcie komórką i pozostali turyści muszą czekać. A szczytem wszystkiego było to, że jakiś Azjata postanowił w naprawdę wąskim i trudnym komunikacyjnie miejscu stanąć z kijkiem i telefonem, po czym nagrywał film. Długo. Naprawdę długo – ruch w dwóch kierunkach wstrzymany, bo facet z kijkiem chce ponagrywać.

Zastanawiam się ciągle, co ci ludzie robią potem z tymi materiałami? Część trafia pewnie do mediów społecznościowych. Ale nie wrzucą kilkuset czy kilku tysięcy zdjęć, kilku godzin filmów. Znajomym i rodzinie też tego nie pokażą, bo ci mogliby umrzeć z wycieczenia. Sami siadają i w zimowe wieczory podziwiają swoje zbiory? Czy po prostu zgrywają to na dysk, wrzucają w chmurę i nigdy do tego nie wracają? Jestem skłonny stwierdzić, że tak to właśnie wygląda.

Wspominałem już kiedyś, że dziwią mnie osoby filmujące koncerty, praktycznie tracąc widowisko przez fakt oglądania go na ekranie swojej komórki. To chyba ta sama grupa, która podczas wyjazdu filmuje i cyka zdjęcia przez cały czas. Dlaczego? Bo może – nie trzeba się martwić o to, że skończy się rolka filmu w aparacie, że potem trzeba będzie zapłacić za wywołanie zdjęć. Maszyna przyjmie teraz tysiące zdjęć i będzie je przechowywać. Można zatem cykać do woli. Nawet, jeśli nie ma to większego sensu. Nawet, jeśli sporo się przez to traci. I jakoś nie jest mi żal ludzi, którzy w ten sposób odbierają sobie przyjemność podziwiania pięknych zabytków, wspaniałej przyrody czy dobrych widowisk. Mam tylko nadzieję, że nie będą mi psuli rozrywki uderzając mnie kijkiem, blokując drogę ze względu na selfie, zasłaniając scenę tabletem. Liczę też na to, że nad moją głową nie zawiśnie niebawem chmara dronów robiących kolejne fotki, tym razem z lotu ptaka…