18

Flebotomio.pl – upuść krew startupowi

Autorem tekstu jest Piotr Peszko, pasjonat uczenia się, fan e-learningu poszukujacy nowych rozwiązań dla starych problemów. Autor bloga o edukacji i pomysłodawca konferencji educamp. Pewnego wieczoru obejrzałem 4 razy pod rząd epicką sagę o Zuckerbergu. Notowałem przez cały czas, bo przecież to musi być to. Pochłonęło mnie przekonanie: „Ja też potrafię”. Cała ta ekscytacja spowodowała, że Morfeusz […]

Autorem tekstu jest Piotr Peszko, pasjonat uczenia się, fan e-learningu poszukujacy nowych rozwiązań dla starych problemów. Autor bloga o edukacji i pomysłodawca konferencji educamp.

Pewnego wieczoru obejrzałem 4 razy pod rząd epicką sagę o Zuckerbergu. Notowałem przez cały czas, bo przecież to musi być to. Pochłonęło mnie przekonanie: „Ja też potrafię”. Cała ta ekscytacja spowodowała, że Morfeusz pojawił się późno, a wena lekkich obyczajów nie przyszła wcale. Przyszedł za to poranek i nagle społecznościowy serwis budzonko.pl zaczął naparzać z telefonowej aplikacji najbardziej znienawidzoną przez społeczność serwisu melodyjkę. Pogodynko.eu powiedziało mi, że w Izraelu będzie padało i zanim dojdę do łazienki serwis zrob-mi-sniadan.co może mi pokazać, że znajomi z facebooka jedzą parówki.

Film o Facebooku spowodował, że w czaszcze zaistniał mega pomysłem na startup. Bez zastanowienia i mycia zębów usiadłem do komputera, żeby przegrzebać internet w poszukiwaniu inwestora, który wyłoży górę dolarów na projekt miary facebooka. Serwis skupiający startupowych krytyków i upuszczający krwi poszczególnym projektom. Domena flebotomio.pl była wolna, .com nie potrzebuję.

Oczywiście w modelu freemium krytykowany startup będziem mógł zostać potraktowany w następujący sposób:
1. Pocałunek kobry – free
2. Walec drogowy – 11.99zł (43.23 zł koszty przesyłki)
3. Kopanie się z koniem – 29.99 zł (odbiór osobisty)
4. PRO – jemy sobie z dziubków – 189.99 (no gay!)

Model działania prosty, płacisz, a my Cię krytykujemy z należytym staraniem. Myślę że w polskim „hejtmańskim” internecie można by było jeszcze zarobić na reklamie, więc do opisu dodaję klika komentarzy z onetu i gazety.

Co dalej? Sprawa jest prosta, kontrowersyjne ubranie – żeby mnie zapamiętali, wypasiona prezentacja, obowiązkowo „z cyckami” – żeby zwrócić na siebie uwagę  i fru po wszystkich campach w okolicy – żeby zaistnieć. Na szczęście później się obudziłem.

Startupowy autoerotyzm
Z całym szacunkiem do krwi, potu i oszczędności twórców internetowych projektów powstała z nich ogromna bańka nakręcana przez samych pomysłodawców. Co gorsze towarzyszy mi od jakiegoś czasu myśl, że niektóre projekty powstają tylko dlatego, że powstają inne projekty, a przecież trzeba je opisywać i pokazywać, bo wypada wiedzieć co robią inni i czy ktoś już ma taki pomysł i ile kasy, od którego inwestora wyciągnął i czy sprzedał się bardzo, a także dlaczego za więcej niż 50%.

Wypadałoby czasami spojrzeć krytycznie na to co się dzieje. Nie chcę się pastwić na konkretnych projektach i ich twórcach, bo i po co. Raczej zastanowić się nad tym za który z nich będę w stanie zapłacić, bo przecież z samej reklamy wszyscy nie są w stanie wyżyć.
Ci, którzy czytali poprzednie teksty wiedzą, że z zasady nie zamierzam tworzyć obiektywnych analiz. Podliczyłem więc ile pieniędzy w ciągu roku wydaję na serwisy żyjące jedynie w internecie. Aplikacje, które są nakładkami na bazy danych wypełniane przez użytkowników.
Okazuje się, że jest to jakieś 320 zł, a aplikacje są dwie. Szału więc nie ma. Powiedziałbym nawet, że to mało, ale pewnie ktoś powie, że nie należę do „tardżetu” i pewnie ma rację, bo ja jestem jakimś dziwnym użytkownikiem i wcale nie mam ochoty dzielić się tym jaki mam nastrój, szyfrować danych w chmurze, spisywać noworocznych postanowień, robić “słitaśnych” fot z kompletnie nieudanych zdjęć, czy fajnie wizualizować swojego CV. Tym bardziej nie jestem w stanie za to płacić.

Pokusa łatwych pieniędzy
Z całą świadomością tego, że startupy są możliwością pozyskania całkiem sporych pieniędzy, nie wierzę w to, że wszystkie kończące się na „-mio.pl” twory lokalnej myśli technicznej są w stanie przetrwać nawet dostając 5-cio cyfrowe dofinansowania. Oczywiście wszystko zweryfikuje rynek, ale jeśli te pięć cyfr podzielimy przez normalne wynagrodzenie kilku osób, koszty biura i fakt, że część owoców żywota Twego je ZUS – szału nie ma.

Zbuntowani kreatywni
Pomysły na coraz to nowe serwisy pojawiają się z regularnością pełni księżyca, która przypada mniej więcej wtedy, kiedy ktoś duży coś kupi, albo Hollywood wypuści “ckliwą historyję” o narodowym bohaterze. Na wzór baki z początku zbuntowane mózgi zaprzężonych do korporacyjnego kieratu ludzi buntują się, rzucają wszystko i wypływają w orzechowej skorupce, bez kamizelki ratunkowej na morze, które pachnie raczej górą lodową niż mlekiem kokosowym. Z całym szacunkiem dla odwagi, może najpierw zapisać się na basen i poćwiczyć pływanie?

Wizja wolności lokalnych patriotów
Oprócz tego szczęśliwi młodzi biznesmeni, o których nawet zaczyna pisać tradycyjna prasa z ogromną siłą upodobali sobie nasz kraj. Nie wiedzieć czemu jak byli na studiach to sprzątanie pól golfowych w USA, zbieranie truskawek w Norwegii i kwiatków w Holandii nie było żadnym problemem. Teraz jakby zapomnieli, że za granicą Polski nie ma wielkiej przepaści, więc namiętnie kodują wszystko co musi docenić polski Kowalski.

A może rzeźnia…?
Rezultat tego wszystkiego jest niestety taki, że startupy troszkę kiszą się we własnym sosie. Przesiadując w coworkingowych biurach –  takie przyzwyczajenie z pracy za granicą – wymyślają coraz to nowe oceniacze, przeklejacze i „kserokoty” tego co znajdą w zagranicznych serwisach licząc, że komciowanie ściągnie sławę, chwałę i pieniądze. A może by tak zająć się czymś innym. Na przykład otworzyć rzeźnię, albo piekarnię. Patrząc z własnej perspektywy znacznie chętniej wydam pieniądze na parówki i bułkę niż na internetową aplikację, która nic nie robi, albo rozwiązuje problemy, których nie mam .

Zdjęcie pochodzi z 3dartspace.com