59

Ostatnich kilka dni spędziłem z grą, o której prawdopodobnie nigdy nie słyszeliście. I to mnie smuci

Jeszcze kilka lat temu raczej nikt się nie spodziewał, że rynek gier konsolowych urośnie do takich rozmiarów, że właściwie... nie wiadomo za którą grę zabrać się najpierw. W końcu wychodzi ich kilka, a nawet kilkanaście, tygodniowo. I nie trudno w tym wszystkim utonąć i... ominąć szerokim łukiem naprawdę świetne gry, które często mają do zaoferowania więcej, niż największe premiery.

Wystarczy szybki rzut okiem na kalendarz premier w Wikipedii by wiedzieć, że… właściwie nie ma szans, aby zagrać we wszystko, co wychodzi w tym kwartale. Sam styczeń to 19 nowych gier, a prawdą jest, że rzadko udaje mi się skończyć ich więcej, niż 3-4 miesięcznie. Doba nie jest z gumy, a tak długo jak musimy w życiu robić coś poza graniem — to niewykonalne. A i bez tego może być niezwykle trudne. Wciąż nie nadrobiłem wszystkich największych hitów minionej jesieni. Teraz teoretycznie jest luźny okres. Ale i tak nie udało mi się nadrobić wszystkich zaległości z ostatnich miesięcy. Wciąż w grze są Mario + Rabbids: Kingdom Battle. Gdzieś na horyzoncie jest domagający się uwagi Assassin’s Creed Origins. A ja ostatnich kilka dni przegrałem w tytuł, o którym pewnie nigdy nie słyszeliście. I tak naprawdę niespecjalnie mnie to dziwi, chociaż nie powiem — bardzo smuci.

Bijatyka ze skandalicznie długim tytułem, w którą nie mogę przestać grać

UNDER NIGHT IN-BIRTH Exe:Late[st]: — tak brzmi tytuł gry o której mowa. I pewnie też przeszedłbym obok niej obojętnie gdyby nie to, że podczas mojej pierwszej wizyty w Japonii automaty z grą cieszyły się ogromnym powodzeniem. Gra zapadła mi w pamięć, więc przy okazji jej odsłony na PlayStation 4 postanowiłem w końcu spróbować swych sił w tamtejszych walkach i… jak najbardziej było warto. To świetnie zaprojektowana bijatyka od French-Bread, której to system jest niezwykle przyjemny, design przykuwa oko, ilość i zróżnicowanie bohaterów satysfakcjonuje, a pakiet wyzwań nie pozwala się od niej oderwać. Do tego dochodzi jeszcze wisienka na torcie w postaci trybu fabularnego, który pozwala nam się zanurzyć w tamtejszym świecie i poznać bliżej bohaterów. Nie będzie przesadą przyrównanie go do typowego visual novel. Do tego jest jeszcze zabawa wieloosobowa, a ta — szczególnie w wydaniu kanapowym — jest wartością samą w sobie. Gra to jak najbardziej niszowa i prawdopodobnie bez większych szans na konsolowy sukces.

Bo to nie jest tak, że takie kłopoty dotyczą tylko UNDER NIGHT IN-BIRTH Exe:Late[st]. Prawdopodobnie przy obecnym zalewie gier, są ich dziesiątki w każdym kwartale. A nam, najzwyczajniej w świecie, brakuje czasu i środków by się o tym przekonać. Mniejsi wydawcy zaś nie mogą sobie pozwolić na budżet reklamowy, który mógłby konkurować z tym od Capcom czy Warner Bros. Co smutne — Street Fighter V prawdopodobnie nie jest wam tytułem obcym, bo mówiło się o nim bardzo dużo przy okazji premiery. Zresztą stoi za nim jeszcze legenda, którą owiana jest seria. Sam miałem okazję zapoznać się z nią na starcie — od tego czasu pewnie sporo się zmieniło, ale wówczas gra wyglądała jak nieśmieszny żart. Wybrakowany produkt, który serwowano nam po pełnej cenie.

I tak naprawdę to nie jest tylko problem tej jednej gry, ale całej branży. Klienci i gracze często sięgają po to, co najpopularniejsze — podobno reklamy nie mogą się mylić. Mniejsze czy niezależne gry mają w tym starciu szanse… no, praktycznie zerowe. Dlatego nagle moim postanowieniem na ten rok stało się dawanie szans tytułom, o których kompletnie nic nie wiem. Te często nie boją się próbować czegoś nowego i schodzić z dawno utartych szlaków. I wam polecam to samo, szczególnie jeżeli macie dosyć wydawanej co roku papki, w której zmieniają się tylko skórki na teksturach…

Grafika: 1, 2