34

Kto dał zielone światło na nakręcenie tego filmu? Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda to dla mnie magiczne rozczarowanie

A ja tak bardzo liczyłem na ten film. Po miłej opowiastce z mrocznym otwarciem i nieco zaskakującym zamknięciem w pierwszej części, spodziewałem się, że teraz nadszedł czas na właściwą historię z magicznym klimatem. Przekonałem się jednak po raz drugi, że autorka książek o Harrym Potterze, które uwielbiam, nie powinna pisać scenariuszy filmowych.

Złotym środkiem na kompletnie nową serię wydaje się więc wizja, w której J. K. Rowling nadal pisałaby książki, także te o Newcie Scamanderze, by później ktoś inny mógł zrobić na ich podstawie scenariusz na film o budżecie 200 milionów dolarów. To udało się przy Harrym Potterze, zapewne zadziałałoby i tym razem. Problem w tym, że Rowling ma jednak wyraźny problem z upchaniem wszystkich swoich pomysłów w stosunkowo niedługi scenariusz, bo chyba przywykła do tworzenia nawet 700-stronicowych opowieści. W efekcie, Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda to piękny film, pełen fajerwerków wizualnych i świetnej muzyki, ale z kulejącą historią. No i te błędy rzeczowe lekceważące kanon, pani Rowling sięga po bohaterów, którzy nie mają prawa pojawić się w okresie, gdy rozgrywa się akcja filmu.

Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda – o kim i o czym jest ten film?

Pod koniec filmu „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” czarnoksiężnik Grindelwald został schwytany i zamknięty w nowojorskim więzieniu. Po 6 miesiącach ma jednak zostać przetransportowany na ziemię brytyjską, by tam odpowiedzieć za dokonane zbrodnie. Do tego oczywiście nie dochodzi, Gellert Grindelwald (Johnny Depp) ucieka. W ślad za nim rusza cała brygada aurorów, przedstawicieli ministerstw i niezależnych strażników sprawiedliwości. Albus Dumbledore (Jude Law) z pewnych powodów nie może stanąć naprzeciwko Grindelwalda, więc posyła swojego najlepszego(?) i najbardziej zaufanego ucznia Newta Scamandera (Eddie Redmayne). Ten na swojej drodze spotyka znanych nam i lubianych bohaterów z poprzedniego filmu, a także nowych-starych, bo Rowling postanowiła nawet pokazać na ekranie tak historyczną postać jak Nicolas Flamel. Cóż jednak z tego, skoro cały czas odnosiłem wrażenie, że scenarzystce zabrakło czasu, by opowiedzieć historię każdego z nich w taki sposób, jak chciałaby to zrobić.

Ośmielę się napisać, że dwie trzecie filmu to istny galimatias i pomieszanie z poplątaniem. Błyskawiczne włączanie kolejnych postaci do historii skutkuje pojawieniem się mnóstwa niedopowiedzeń i skrótów, na które musi iść Rowling, by wyrobić się w czasie. Przez to spłycone zostają wątki, które miałyby szansę wybrzmieć na ekranie i mnie po prostu zaintrygować – jest zupełnie odwrotnie, ponieważ aż do ostatniej części filmu zupełnie nie ciekawiło mnie, co dzieje się z bohaterami, bo byłem pewien, że wszystkie (potrzebne) postacie i tak znajdą drogę do finału wychodząc bez szwanku z jakichkolwiek tarapatów. Część pierwsza była tylko wprowadzeniem do historii i to nie zmienia się w najnowszym filmie.

Finał filmu wzbudza emocje, które powinny mi towarzyszyć od samego początku



Dopiero ostatni akt potrafił wzbudzić u mnie jakiekolwiek emocje. Dopiero na tym etapie Depp ma okazję zabłysnąć jako Grindelwald, dopiero teraz pojawiają się jakiekolwiek niespodzianki i dopiero teraz mogłem zacząć przejmować się losem nie tylko głównych, ale też i pobocznych postaci. Eddie Redmayne ponowił swój występ z poprzedniej części i wywiązał się z tego zadania zadowalająco. Reszta bohaterów jak Queenie (Alison Sudol), Jacob (Dan Fogler), Tina (Katherine Waterston), Credence (Ezra Miller), Leta (Zoe Kravitz) zrobili swoje, ale nie powiedziałbym, że ktokolwiek zdołał zabłysnąć. Nawet Jude Law jako Albus Dumbledore nie dostał szansy na cokolwiek więcej, niż wypowiedzenie kilkunastu kwestii.

Zamiast odpowiadać na pytania, tworzy nowe problemy

Nie mogę odmówić sobie skomentowania małego cameo Minervy McGonagall, której obecność była zapowiedziana oficjalnie poprzez ogłoszenie pełnej obsady. To tylko jeden z krytycznych problemów, ale chyba najbardziej kłujący mnie w oczy. Skoro akcja rozgrywa się w roku 1927 (a retrospekcje jeszcze lata wcześniej) i wg. wszystkich poprzednich źródeł (autorstwa Rowling) data jej urodzin wypadała na rok 1935, to takie niedopatrzenie, podyktowane chęcią upchnięcia kolejnego mrugnięcia okiem do fanów, jest niewybaczalne. Autorka może wkrótce tę sytuację w jakiś cudowny sposób wyprostować, bo w końcu to przecież świat magii i czarodziejstwa, albo zdecydować o tym, że była to jej babcia nosząca to samo imię. Ale dotychczasowy brak wyjaśnień nie napawa mnie optymizmem.

Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda to piękny i wdzięczny film, który dla oczu i uszu jest faktycznie magiczny

Za reżyserię filmu odpowiada David Yates, który nakręcił cztery ostatnie części sagi Harry’ego Pottera. To skutkuje oczywiście jego zgrabnym i umiejętnym poruszaniem się po kreowanym przez Rowling świecie. Przeniesienie go na ekran wychodzi mu niezwykle uroczo – pod względem wizualnym i warsztatowym trudno cokolwiek zarzucić Zbrodniom Grindelwalda. Ujęcia i kadry oraz efekty specjalne mogą się podobać, a to wszystko świetnie współgra ze skomponowaną przez Jamesa Newtona Howarda muzyką, która wypada nieco lepiej od tej z poprzedniego filmu. Nie dziwię się więc, że nowe Fantastyczne zwierzęta podobają się widzom – to piękny i wyjątkowy świat, na który można patrzeć bez końca, a sala w Multikinie była niemal pełna. Ale…

Z jednej strony, jako fan tego uniwersum, cieszę się na każdą możliwość ujrzenia go po raz kolejny i szansę zanurzenia się w nową historię, dlatego na ponad 2 godziny zniknąłem z naszego mugolskiego świata. A jeszcze będą trzy takie szanse, bo przecież seria Fantastyczne zwierzęta będzie składać się z aż 5 filmów, więc niemal skaczę z radości. Z drugiej zaś strony niepokoi mnie rozdrabnianie się i czasem objawiający się brak sensu czy logiki. Kto dał zielone światło na nakręcenie filmu na podstawie tego scenariusza?! Bo nie wiem nawet, do czego odnosi się sam tytuł „Zbrodnie Grindelwalda” i po seansie powinniście zrozumieć, o co mi chodzi…

A Google oraz YouTube tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że szyld „Fantastyczne zwierzęta” nie może być marką dla całej serii filmów, skoro całe mnóstwo osób wstukuje w klawiaturę „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć 2”.