Facebook

Facebook? Nie potrzebuję, ale nadal korzystam

MS
Maciej Sikorski
33

Chyba dojrzewam do ważnej decyzji: pozbędę się konta na Facebooku. Albo nie pozbędę, ale przestanę je odwiedzać - trzeba trzymać na wszelki wypadek. Codzienne logowanie muszę jednak wyeliminować, bo to tylko strata czasu. A do tego źródło zdenerwowania. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal......

Chyba dojrzewam do ważnej decyzji: pozbędę się konta na Facebooku. Albo nie pozbędę, ale przestanę je odwiedzać - trzeba trzymać na wszelki wypadek. Codzienne logowanie muszę jednak wyeliminować, bo to tylko strata czasu. A do tego źródło zdenerwowania. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal...

Nie jestem starym wyjadaczem, gdy mowa o Facebooku. Konto założyłem trzy lata temu i tylko dlatego, że było mi potrzebny w pracy. Nie udzielam się zbytnio, nie wrzucam zdjęć, linków, komentarzy, staram się nie prowadzić dyskusji. Z punktu widzenia Zuckerberga jestem bezwartościowym użytkownikiem. Zniknął też główny powód posiadania konta - AW zaczął korzystać ze Slacka i tam załatwiamy dzisiaj wszystkie sprawy. Muszę przyznać, że zmiana pozytywna. FB znalazł się na moim celowniku, jest rozrywką do odstrzału.

Każdy poranek oznacza włączanie pakietu stron i narzędzi, z których korzystam w pracy, na liście nadal znajduje się Facebook. Tyle, że teraz robię to raczej z przyzwyczajenia niż z przymusu. I do porannej herbaty śledzę to, co pojawiło się w serwisie w ciągu kilkunastu ostatnich godzin (chociaż serwis podrzuca też jakieś starsze zdarzenia). Siedzę, patrzę i coraz częściej zadaję sobie pytanie: chłopie, co ty robisz? Po trzydziestu minutach przeglądania zdaję sobie sprawę, że straciłem pół godziny patrząc na czyjeś talerze, czytając przemyślenia dotyczące sytuacji w kraju, spoilery, o których pisałem dwa dni temu, zdjęcia kotów, memy i mapki pokazujące, ile ktoś przebiegł...

Staram się to porzucić, ale ręka świerzbi i co rano wstukuje adres popularnego serwisu w przeglądarkę. Wyjątek stanowią weekendy, gdy wyjeżdżam poza miasto, w dzicz i odcinam się od Internetu na 2 dni. Czy brakuje mi wtedy Facebooka? Nie. Czy zastanawiam się, co też wrzucili moi znajomi? Nie. I po powrocie, gdy wchodzę do cyfrowego życia, odpalam też Facebooka, dowiaduję się, że nic nie straciłem - znowu te talerze, koty i polityczne dyskusje. Raz na jakiś czas okaże się, że ktoś wziął ślub albo doczekał się dziecka. Ale bez FB też bym się o tym w końcu dowiedział.

Przyznam, że czasem trafi się w serwisie coś dobrego - ktoś opisze dobrą historię, poleci wartościowy film czy płytę, trafi się na człowieka, z którym nie miało się kontaktu od dekady i dowie się, że mieszka na drugim krańcu świata, prowadzi tam hostel. Tak, są pozytywne strony. Jednak nie równoważą one minusów. Przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. To FB jest źródłem wielu irytacji, gdy widzę, co wypisują niektórzy ludzie, to za jego pośrednictwem można się poważnie pokłócić, wreszcie to on pożera cenne minuty bezwartościowymi statusami.

Wielkimi krokami zbliżam się do urlopu. Dwa tygodnie poza Facebookiem. Zakładam, że w tym czasie może zniknąć nawyk włączania serwisu do porannej herbaty. Zyskam sporo czasu. Jak znam życie, poświecę go jednak na inną internetową rozrywkę - straci Facebook, zyska YouTube...

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu