Felietony

Dziecko plus smartfon lub tablet. Czy to może się udać?

PW
Paweł Winiarski

Pierwszy komputer, Atari 65 XE, dostał pod choinkę...

9

Jeśli posiadacie smartfon lub tablet, a przy okazji po domu kręci się dziecko, jest więcej niż pewne, że prędzej czy później maluch wyciągnie po niego rękę. To tylko zabawka Wykształceni, po trzydziestce. Nie są maniakami technologii, ale używają jej dobrodziejstw codziennie, najwięcej w prac...

Jeśli posiadacie smartfon lub tablet, a przy okazji po domu kręci się dziecko, jest więcej niż pewne, że prędzej czy później maluch wyciągnie po niego rękę.

To tylko zabawka

Wykształceni, po trzydziestce. Nie są maniakami technologii, ale używają jej dobrodziejstw codziennie, najwięcej w pracy. Smartfony, tablety, komputery, nawigacje, wideokonferencje. Ale kiedy ich dziecko chce pograć, pobawić się którymś ze sprzętów rodziców, pojawia się oburzenie. Bo to nie zabawka, bo lepsza jest zabawa klockami i czytanie książeczek. Część młodych rodziców demonizuje smartfony i tablety, odciągając swoje dziecko z toru normalności, która już te urządzenia zaakceptowała. Dlaczego?

Mam w domu 2,5 letniego szkraba i choć nie jestem miłośnikiem puszczania mu bajek, to właśnie one i tablet przyszły mi pewnego pięknego dnia z pomocą. Dłuższe samochodowe, dwuosobowe, wycieczki są w porządku, ale tylko do pewnego momentu. Taki maluch nie jest w stanie spokojnie wysiedzieć całej podróży, a zabawianie go, trzymając w tym samym czasie ręce na kierownicy nie wchodzi w rachubę. Postanowiłem więc zamienić iPada w urządzenie, które kupowane oddzielnie, wielokrotnie ratowało niejednemu rodzicowi podróż. Wystarczy zakupić odpowiedni uchwyt, a w moim wypadku futerał, by zamontować sprzęt na zagłówku. Uwierzcie mi, takie zaprzątnięcie głowy dziecka bajką, kiedy zostało już tylko 50 kilometrów do celu nie tyle ułatwi Wam podróż, co uszczęśliwi malucha.

Dajcie małemu dziecku tablet, a przepadnie na długi czas. Identycznie jak z włączeniem bajki – dziecko będzie siedzieć przed ekranem i nie zechce bawić się w klasyczny sposób. Jeśli jednak będziecie pamiętać o podstawowej zasadzie, wszystko powinno być w porządku. Tablet to nie smoczek, nie można uciszać nim dziecka. Tablet nie zastąpi też rodzica. Dlatego bardzo ważne jest, by rodzić był do tegoż tabletu dodatkiem. Siądźcie z dzieckiem przy urządzeniu, bawcie się razem. Bo czym interaktywna bajka na małym ekranie różni się od książeczki z dźwiękami i światełkami? Tym, że jest ciekawsza, pozwala na więcej i daje więcej frajdy. Tablet może być dla dziecka taką samą zabawką jak interaktywna książka, czy klocki Lego. Ale zabawką jedną z wielu, a nie podstawowym towarzyszem dnia. W moim wypadku tablet to najbardziej uniwersalna zabawka w domu i podobnie jak przy książeczkach, klockach, samochodzikach, wykorzystujemy go z Synem do wspólnej zabawy. A jest w czym wybierać – wcześniej były to uwielbiane przez niego Wesołe Warzywa, autorstwa Natalii Berdys i Krzyśka Gonciarza. Prosta, uroczo narysowana i opowiedziana historia najpopularniejszych warzyw niosła nam nie tylko frajdę, ale również pomogła w rozróżnieniu brokułu od marchewki. Oczywiście nie obyło się bez pokazania prawdziwych warzyw, ale widziałem, że proste animacje, okraszone odpowiednią dozą „słodkości” świetne sprawdzały się we wspólnej zabawie. Podobnie jak interaktywne bajki, które poza opowiadaną historią pozwalają dziecku zobaczyć animację po stuknięciu palcem w konkretny element na ekranie. Kształcące są również aplikacje, których celem jest nauka nazw przedmiotów – dwuletni Junior świetnie radził sobie z finalnym quizem, rozpoznając na obrazkach suszarkę, samolot czy biedronkę. Dokładnie taka sama nauka jak na papierowej kartce kolorowej książki. Czemu więc nie skorzystać z dobrodziejstw technologii? Tu jednak zastosowałem pewne restrykcje – iPadem bawimy się tylko w obecności rodziców, kiedy któreś z nas siedzi obok.

Kiedy własne urządzenie?

Na początku podzielmy urządzenia na dwie kategorie – te do kontaktu i te do rozrywki. Swego czasu wiele mówiło się o tym, że rodzice kupują dzieciom komórki dla szpanu, po to żeby te albo wyróżniały się z grupy rówieśników w szkole, albo nie odstawały od innych. Zapewne w przeszłości, w wielu przypadkach tak właśnie było. Tyle tylko, że dziś komórka to rzecz naturalna, a niezabranie jej z domu bywa dla dorosłego problemem. Do dziś pamiętam, że kiedy byłem mały i coś wydarzyło się w szkole. Koniecznie musiałem skontaktować się z rodzicem, biegłem do pokoju nauczycielskiego lub prosiłem któregoś z opiekunów, by zatelefonowano do mojej Mamy. Wtedy uruchamiała się cała machina. Trzeba było udać się do sekretariatu, wykręcić numer telefonu do rodzica do pracy. Tamten, jeśli była taka możliwość, był do telefonu wołany i dopiero wtedy mogliśmy nawiązać kontakt. Oczywiście chodziło o nagłe i nie cierpiące zwłoki przypadki, bo przecież nikt nie wydawałby państwowych pieniędzy na 50 bezmyślnych telefonów dziennie. A teraz? Dziecko ma telefon, rodzic ma telefon – istnieje konieczność kontaktu, nawiązuje się go błyskawicznie. Czy to w szkole, czy na podwórku, wycieczce. Nie ma potrzeby stania w kolejce na stacji benzynowej podczas szkolnej eskapady do Zakopanego i pożyczania karty do automatu. No dobrze, ale kiedy kupić taki telefon dziecku? Wtedy, gdy faktycznie taki kontakt będzie potrzebny, a dziecko zrozumie do czego ma służyć urządzenie. Przy okazji warto zablokować inne połączenia przychodzące i wychodzące, tworząc z komórki sprzęt do kontaktu jedynie z rodzicami.

Jeśli wierzyć badaniom i zasłyszanym opiniom, dzieci w wieku 9-13 już wykorzystują smartfona do słuchania muzyki, robienia zdjęć, sprawdzania e-maili, oglądania śmiesznych obrazków w Internecie, przeglądania stron czy poradników do gier. Skoro Internet jest naturalną częścią życia dzisiejszej młodzieży, to nie widzę powodów, by ograniczać dostęp do niego jedynie do domowego komputera. Ale tu znów konieczna jest rozmowa z pociechą i ustalenie twardych zasad, a przede wszystkim zaufanie dziecku. Smartfon czy tablet mają być pomocne, mają dostarczać rozrywki wtedy, kiedy jest na nią czas. Wierzę, że szczera rozmowa i wspólne ustalenia są w stanie wyeliminować sytuacje, kiedy nauczyciel zabiera dziecku urządzenie, bo te oglądało pod ławką filmik na YouTube. I pamiętajcie, to też tylko jedna z wielu „zabawek”, równie dobrze pod tą ławką mógłby być komiks, PS Vita czy kolekcja naklejek z Pokemonami (choć chyba te wyszły już w Polsce z mody).

Pal licho tony bezmyślnych filmików na YouTube, kręconych przez nastolatków za pomocą telefonu. Ważną i niebezpieczną sprawą są bez wątpienia sytuacje, kiedy do sieci przenikają kompromitujące zdjęcia, które mogą aż nazbyt mocno oddziaływać na psychikę młodego człowieka – wtedy media szaleją, wskazując, że to zbyt młody wiek na posiadanie urządzeń rejestrujących dźwięk i obraz. Zawsze najłatwiej jest obwinić technologię. Bo przecież gdyby dziecko nie miało telefonu, nie mogłoby zrobić koleżance z ławki zdjęciowej krzywdy. Tu jednak wina nie leży w samej technologii, ale w wychowaniu młodzieży. Smartfon to tylko instrument, który może służyć złym celom – a naszym zadaniem, jako rodziców, jest tak pokierować pociechą, by tego typu zachowania nawet nie przeszły im przez myśl.

I na koniec ważna sprawa. Pamiętajcie, żeby wybierając dla dziecka czy to smartfon, czy tablet brać pod uwagę jego wytrzymałość, a także zainwestować w jakąś fizyczną ochronę. Chyba każdy z nas pamięta jak traktowane są w szkole plecaki i jak mało uwagi zwraca się w pewnym wieku na dbanie o swoje przedmioty. A przecież doskonale wiecie, że większość tego typu urządzeń potrafi się potłuc, popękać i połamać. Może więc lepszą inwestycją będzie zakup tańszego urządzenia? Lepiej dmuchać na zimne.

Obrazki: 1,2,3,4.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu