Felietony

Drodzy Czytelnicy, dałem ciała - przyznaję i przepraszam

MS
Maciej Sikorski
88

Człowieku, coś ty napisał? Takie pytanie zadałem sobie dzisiaj po południu. I wybrzmiewa w mojej głowie do tej pory, bo zmajstrowałem prawdziwego potwora. Wieczorem doszedłem nawet do wniosku, że powinienem wpisać między imię i nazwisko słowo "tarowanie" jako znak rozpoznawczy - niech wiedzą, który to dureń...

Niedawno przekroczyłem granicę trzech tysięcy tekstów napisanych na AW. Przy tej okazji pomyślałem, że napiszę tekst o swojej przygodzie z blogiem. Podobne myśli nachodziły mnie przy przekroczeniu granicy tysiąca, potem dwóch. Za każdym razem odpuszczałem. Wychodziłem z założenia, że nie ma się czym chwalić, nie jest to rzecz, która może kogoś zainteresować. Przecież zwyczajnie wykonuję swoją pracę. Czasem lepiej, czasem gorzej - trudno utrzymać to na jednym, przyzwoitym poziomie. I wcześniej zdarzały się już teksty, które mi zwyczajnie nie wychodziły. Z różnych powodów, nie ma się nad czym rozwodzić. Ale chyba nie miałem jeszcze takiej wpadki, jak z tymi nieszczęsnymi wagami (błagam, nie piszcie, że miałem ;)). Nie posumowałem trzech tysięcy wpisów, podsumuję ten najsłabszy.

Kolega napisał dzisiaj do mnie z pytaniem, co mnie podkusiło z tymi wagami. Przyznam szczerze, że po kilkunastu godzinach nie jestem w stanie odpowiedzieć sensownie na to pytanie. Im dłużej o tym myślę, tym większy grymas pojawia się na twarzy. Gdybym przeczytał taki wpis w Sieci sam bym z niego zadrwił. Ale ten jest mój, Macieja Sikorskiego. Posypała się krytyka i nie dotyczy to jedynie AW, Waszych komentarzy. Cholera, napisać kilka tysięcy wpisów i być kojarzonym z takim gniotem? Borys Szyc ma swoją Kac Wawę, Tomasz Kuszczak strasznego babola zaserwowanego przez innego bramkarza, a ja wpis o wagach (i nie, nie chodzi o to, że się do nich porównuję).

Doszło do mnie, że tym jednym wpisem narobiłem szkód. Zarówno AW, jak i sobie. Kolegów przepraszam, że wystawiłem ich na drwiny, sobie mogę jedynie powtarzać: ogarnij się. W domu rodzinnym powtarzano mi, że albo coś się robi dobrze albo wcale i tym razem zdecydowanie nie przyłożyłem się do zadania. Totalne zaciemnienie umysłu. Czym spowodowane? To mało ważne, nie piszę tego, by się tłumaczyć. Liczy się efekt, a ten woła o pomstę do nieba i przez długie miesiące będzie mi przypominał, że się wyłożyłem. Mocny kopniak. Ale chyba potrzebny - lekcja pokory, która raz na jakiś czas każdemu się przyda. Oby od następnej dzieliło mnie sporo czasu.

Niektórzy sugerowali w komentarzach pod feralnym wpisem, że powinienem go wyprostować, ale tego nie da się wyprostować. Jeśli zacznę przy nim majstrować, może się zrobić jeszcze gorzej. Zamysł był inny, a wyszło, jak wyszło i niech to wisi jako przestroga. Dla mnie i dla innych piszących, którzy poczują się za mocni przy klawiaturze...

Kolegów przeproszę jutro osobiście podczas IEM, Was przepraszam już dzisiaj. I nie chodzi tu o jakieś pokłony w północnokoreańskim stylu. Po prostu zaserwowałem Wam produkt, który nie był zjadliwy. Był wręcz trujący. Możliwe, że miałem źle ustawioną wagę i albo z czymś przesadziłem albo czegoś zabrakło...;)

PS Chciałem wpleść w tekst kilka żartów, ale one zazwyczaj Was nie bawią.

PPS Nie, nie zrezygnuję z cyklu AntySens.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: