120

Bezmyślnie napompowaliście balon Cyberpunk 2077 i niedługo pęknie Wam on prosto w twarz

Współczuję CD Projekt Red i mam nadzieję, że nikogo z ekipy tworzącej Cyberpunk 2077 nie przytłoczy presja, jaka w tej chwili na nich ciąży. Bo sprostanie tym wszystkim oczekiwaniom nie wydaje się w ogóle możliwe.

Pociąg, do którego nie warto wsiadać

CD Projekt Red to czołowy światowy producent gier. Założone w 2002 roku polskie studio ma na koncie raptem kilka produkcji, z których tak naprawdę ogromny sukces odniósł dopiero Wiedźmin 3: Dziki Gon z 2015 roku. Owszem, pierwsza i druga odsłona wiedźmińskich przygód były solidnymi grami, dawały studiu ogromne perspektywy na przyszłość, ale jednak nie był to poziom, na jaki weszła firma po premierze Wiedźmina 3. Byłem kiedyś na premierze konsolowej wersji Wiedźmina 2 i doskonale pamiętam, że zdecydowanie niższy poziom emocji niż to miało miejsce przy kolejnej odsłonie. Uznany na całym świecie hit, do tego dobry PR i świetne podejście do wspierania swojej flagowej produkcji. Choćby dodatkami, które deklasowały niejedną pełną grę konkurencji. Wszyscy chcieli kontynuacji Wiedźmina, firma zdecydowała się jednak na zupełnie inny klimat, inne uniwersum i inną grę – Cyberpunk 2077. Emocje po ogłoszeniu prac nad nią były ogromne, a kiedy w styczniu 2018 roku na Twitterze CD Projekt Red pojawił się wpis „*beep”* oszalały i media, i gracze, i giełda. Już wtedy było wiadomo, że balon oczekiwań względem nowej gry przybiera niebezpieczne rozmiary.

W branży gier mówi się o tak zwanym hype-train, czyli pociągu ogromnych oczekiwań i wyczekiwania na grę. W tej chwili jest on rozpędzony tak bardzo, że nawet jeśli dziś zacznie hamowanie, nie zatrzyma się na listopadową premierę gry.

Każda kolejna gra CD Projekt Red była lepsza i tego samego oczekujemy po Cyberpunk 2077. To logiczne, tylko nikt nie pomyślał i nie zapytał czy aby Wiedźmin 3 nie był już dla firmy sufitem. Nikt specjalnie się tym nie interesował i interesować nie będzie. Za to wymagania stawiane przez graczy są ogromne. Do tego w wielu przypadkach zapewne niemożliwe do zrealizowania. Nie mówię tu o pojedynczych malkontentach, którym nigdy nic nie pasuje, ale już o konkretnej „masie”, która wyczekuje przełomowej produkcji. A póki co ona przełomowa nie jest i mówię to z perspektywy osoby, która spędziła z Cyberpunk 2077 4 godziny.

CD Projekt Red też moim zdaniem nie jest bez winy. Ale z drugiej strony robi dokładnie to samo, co wszyscy inni w branży. Pokazuje najładniejsze rzeczy, które stara się dodatkowo odpowiednio sprytnie sprzedać. I często im się to udaje, co doskonale widać po kursie akcji firmy. Błędne koło się zamyka, a czas premiery zbliża się nieubłaganie. Na tym etapie emocje i presja muszą być tam niesamowite i jestem bardzo ciekawy ile osób zarwie w pracy nocki żeby wyeliminować choćby przenikającą asfalt oponę motocykla, która rozśmieszyła mnie podczas grania w demo Cyberpunk 2077. Bo prawie każdemu innemu producentowi uszłoby to na sucho, ale mimo glitchy i błędów Wiedźmin 3 jakimś dziwnym sposobem gracze oczekują po CD Projekt Red ideału. A Cyberpunk 2077 idealny nie będzie i po to istnieją łatki oraz aktualizacje, by mieć możliwość wyłapania błędów zgłoszonych przez graczy, bo często ekipy testerów nie widzą wszystkiego.

Nigdy nie rozumiałem tego niezdrowego podniecenia jakąś grą lub serią gier. Ono nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Też przecież uwielbiam niektóre serie, ale nawet kiedy swoje zwiastuny dostawało GTA V, na które czekałem w ostatnich latach chyba najmocniej, starałem się patrzeć rozsądnie i nie wsiadać do wspomnianego wyżej pociągu. Nie wykrzykiwałem głupot jakie to GTA V będzie przełomowe, jak zmieni branżę i jak stanie się najlepszą grą na świecie. I kiedy kupiłem tytuł w dniu premiery przepadłem na długie godziny, nie mogłem się od niego oderwać. Później skończyłem jeszcze raz na konsoli nowej generacji, a później jeszcze raz na PC i kampania cały czas mi się nie nudzi. Ale na spokojnie, bez kosmicznych oczekiwań – a tym samym bez rozczarowań. Naprawdę szczerze polecam takie podejście. Kompletnie nie ze względu na szacunek do twórców i nieobarczanie ich swoimi wymysłami, ale dla własnego spokoju. To tylko gra – od tego czy będzie świetna czy tylko dobra nie zależy przecież Wasze życie.

Mieszane uczucia

Jak zapewne zauważyliście w moich wrażeniach z rozgrywki z Cyberpunk 2077, prasowe demo mnie uspokoiło. Bo wiem, że to solidna gra – ale ja nie podchodziłem nigdy do niej jak do czegoś niesamowitego, wyjątkowego i przełomowego. Jednocześnie po skończeniu rozgrywki nie poczułem zachwytu, efektu wow. Po prostu bawiłem się dobrze, podobał mi się świat. Mi to w zupełności wystarczy, ale może nie wystarczyć Wam, innym graczom i giełdzie – ta często reaguje najmniej sensownie. Jednocześnie patrząc na zamieszanie i ekscytację związaną z wczorajszym pokazem online Cyberpunk 2077 mam mieszane uczucia. Choćby dlatego, że CD Projekt Red świadomie ich nie chłodzi, wciąż wybiera najlepsze momenty rozgrywki i to, co pokazano ludziom było moim zdaniem bardziej spójne, ładniejsze, a na pewno dające lepsze odczucia niż to, w co grałem. W którymś momencie Cyberpunk 2077 obrósł wręcz niezdrową ekscytacją i kosmicznymi wręcz oczekiwaniami, którym chyba nikt w branży nie byłby w stanie sprostać. Oczywiście trudno oceniać grę na podstawie 4-godzinnego dema i tak naprawdę poznamy ja dopiero na jesieni, ale obawiam się, że ten napompowany do granic możliwości balonik właśnie wtedy pęknie i wystrzeli w twarze graczy sporą dawką rozczarowania. Ale powiedzmy sobie szczerze – sami jesteście sobie winni, przecież żaden producent nie będzie chłodził emocji kiedy ludzie robią zamówienia przedpremierowe.

A może jednak dostaniemy tego „mesjasza”, o którym wspominałem w pierwszych wrażeniach. Chciałbym. Nie wierzę, ale życzę tego i sobie, i Wam. Bo wtedy nikt nie ucierpi.