1

Czarujący i wzruszający. Takie filmy to rzadkość. „Cóż za piękny dzień” – recenzja

Z zainteresowaniem przyglądam się każdej roli, której podejmuje się Tom Hanks. To aktor zasłużony i utalentowany, a najnowsza kreacja tylko potwierdza jego zdolności. "Cóż za piękny dzień" to jednak znacznie więcej, niż teatr jednego aktora i niedługo będziecie mogli się o tym przekonać.

Fred Rogers nie jest tak popularną globalnie postacią, jak bohaterowie Ulicy sezamkowej czy Muppety, ale to właśnie dzięki niemu pewne pokolenie Amerykanów dorastając mogło przebrnąć przez trudne chwile. Prowadzony przez niego program poruszał nie tylko przyjemne dla dzieci tematy, ale także te trudniejsze, jak śmierć bliskich czy rozstanie rodziców. Jednocześnie jednak nie porzucano odpowiedniego sposobu przekazywania informacji i emocji, na który najmłodsi reagowali z empatią i zainteresowaniem.

„Cóż za piękny dzień” z Tomem Hanksem jako Panem Rogersem

Wykreowany przez niego świat nie opierał się na najdroższych i najlepszych efektach, ani najbardziej znanych aktorach. Jego współpracownicy byli dla niego jak rodzina, a makiety i plan programu nie tylko dziś, ale także te parę dekad temu emanowały niskim budżetem. To wszystko działało na jego korzyść, bo wszystko co można było zobaczyć w telewizji było niezwykle wiarygodne i przejmujące.

Sportretowania niezwykle miłej, uprzejmej i przenikliwie inteligentnej osoby podjął się Tom Hanks, co zdecydowanie podniosło rangę produkcji. Jako Lloyd Vogel, dziennikarz śledczy magazynu Esquire, wystąpił Matthew Rys, a wartymi wspomnienia są także Chris Cooper grający ojca Lloyda o imieniu Jerry oraz Susan Kelechi Watson wcielająca się w żonę Andreę Vogel. Jednak to pierwsza wymieniona dwójka jest tutaj najważniejsza, bo to ich ewoluująca relacja, ich konwersacje i ich problemy wysuwają się tutaj na pierwszy plan.

Przewidywalny i prostolinijny, ale urzekający

To prawda, że film „Cóż za piękny dzień” (nawiązujący do oryginalnego tytułu, który z kolei odnosi się do piosenki otwierającej program „Mister Rogers’ Neighborhood”) jest dość prostolinijny i nie zaskoczy nas nagłymi zwrotami akcji czy niespodziewaną przemianą bohatera, ale jest na swój sposób uroczy i przejmujący, dlatego w trakcie seansu wcale nie miałem ochoty na przerwę. Reżyserce Marielle Heller udało się przenieść osobowość, stoicki spokój i zaangażowanie Pana Rogersa na charakter filmu.

Wykorzystała do tego między innymi ujęcia wzorowane na audycjach programu (okrojone proporcje ekranu, pogorszona jakość), a także delikatnie powolne tempo. Przejścia pomiędzy scenami są subtelne, podobnie jak niebezpośrednie przekazy – zwróćcie uwagę na uderzającego w najniższe tony na pianinie Pana Rogersa, gdy znalazł się sam w studiu. Innym razem zaś prezentuje widzom wszystko jak na tacy, także w stylu Pana Rogers, który nie boi się trudnych pytań i niezręcznych sytuacji. Jednocześnie jednak niemożliwe jest oparcie się wrażeniu, że Rogersowi udaje się to wszystko robić właśnie dlatego, że sam nie radzi sobie z własnymi problemami lub nie dorósł do pewnych sytuacji.

Mnóstwo ładnych scen, do których będę chciał wrócić

Przygotowanie Hanksa do roli widać na każdym kroku, podobnie jak zamiary twórców scenariusza. Seans filmu „Cóż za piękny dzień” można uznać za sesję terapeutyczną, w ramach której zwrócimy uwagę na swoje największe obawy i się z nimi zmierzymy. Podobnie jak Lloyd Vogel, który został wysłany z redakcji na krótką rozmowę, po której miał sporządzić niedługi profil Freda Rogersa. Jego pojedyncza wyprawa przerodziła się w kilka podróży, wiele spotkań i artykuł będący czymś zupełnie innym, niż pierwotnie planowano.

„Cóż za piękny dzień” to naprawdę miła odskocznia od tego, co otrzymujemy na co dzień, ale faktem jest, że taka produkcja może ukazać się raz na jakiś czas. I całe szczęście, że pojawiła się właśnie teraz, w takiej obsadzie i w takim wydaniu.

Ocena filmu „Cóż za piękny dzień” – 7/10

Premiera filmu w kinach 6 marca.