14

CoD: Black Ops najlepiej sprzedającą się grą w historii?

Z całej listy lekarstw na stres chyba tylko CoD: Black Ops, Mass Effect 2 i seria Dawn of War mogą konkurować z piwem przy solidnej dawce rocka. Podobnego zdania było 13,7 miliona graczy, którzy zakupili w USA Black Ops. Porównując to z danymi wykopanymi z wiki i ocenianą na co najmniej 20 milionów egzemplarzy sprzedażą […]

Z całej listy lekarstw na stres chyba tylko CoD: Black Ops, Mass Effect 2 i seria Dawn of War mogą konkurować z piwem przy solidnej dawce rocka. Podobnego zdania było 13,7 miliona graczy, którzy zakupili w USA Black Ops. Porównując to z danymi wykopanymi z wiki i ocenianą na co najmniej 20 milionów egzemplarzy sprzedażą na całym świecie (wliczając USA), może to oznaczać, że to najlepiej sprzedająca się gra w historii. 

Było wokoło Black Ops kilka kontrowersji, a wielu graczy męczy już kserowanie przez Activision tego samego schematu, ale kto grał ten wie – Black Ops to prawdopodobnie najlepiej zrealizowany interaktywny film akcji, który kiedykolwiek powstał. Nawet nieunikniony niesmak, gdy podczas cięższych fragmentów gry wyraźnie widać działanie skryptów, nie jest w stanie zburzyć klimatu i tempa.

Jednak, jakbym się nie zachwycał trybem dla pojedynczego gracza (z FPSów w sieci zrezygnowałem po kilku grach z zapaleńcami w Quake 2), to największy wytrzeszcz oczu powoduje fakt, że CoD: BO zarobiło już ponad miliard dolarów, czyli cztery razy tyle ile kosztowało stworzenie, wypromowanie i sprzedanie gry ( ~200-250 mln $), a stopa zwrotu zbliża się do największych hollywoodzkich superprodukcji.

Gra czy film?

Większość komentatorów sukcesu CoD kładzie nacisk na rozrywki online i buńczuczne deklaracje twórców Battlefield 3, że poślą całą serię na śmietnik historii. Mnie jednak zastanawia zacierająca się różnica między filmem, a single playerowymi rozgrywkami wielu popularnych tytułów, czego CoD: BS jest sztandarowym przykładem. Popularna nie tak dawno „nieliniowa rozgrywka”, ustąpiła solidnej reżyserskiej pracy skryptujących naprawdę spektakularne lokacje.

Dlatego mocno mnie rozbawiło, gdy przypomniała mi się zeszłoroczna wypowiedź producenta „Tańczącego ze smerfami” – albo jak niektórzy wolą Avatara, który sugerował , że twórcy gier powinni nawiązać bliższe relację ze studiami filmowymi. Skorzystać z ich doświadczeń i uniknąć bazowanych na filmach gniotów. Proponuję alternatywne rozwiązanie.

Niech twórcy gier akcji podkupią kilku kreatywnych scenarzystów, albo znajdą kilku porównywalnych do Drew Karpyshyna (Star Wars: Knights of the Old Republic, Mass Effect, Dragon Age), bo jedynym powodem dla którego współczesne FPSy nie dorównują jeszcze Avataropodobnym gniotom jest niebyt przekonująca fabuła.

Tempo, sceneria, efekty i możliwość aktywnego udziału konsumenta w fabule powoduje, że w porównaniu z współczesnymi grami Hollywoodzka papka jest mało przekonująca. Może to filmy powinno się kręcić na podstawie gier?