Mieli wrócić w czerwcu 2024 roku, po tygodniowym pobycie na stacji kosmicznej. Wycieczka jednak przymusowo się przesunęła na kolejne długie miesiące. To jednak nie było najgorsze.
Byli "przymusowymi" turystami stacji kosmicznej, ale prawda jest jeszcze groźniejsza

Misja wystartowała dokładnie piątego czerwca 2024 roku. Był to rejs Starlinera Boeinga z dwojgiem astronautów, którzy mieli napisać współczesną historię startów firmy w kosmos. Po latach, w końcu Amerykanie nie będą musieli korzystać z usług Soyuza. Chyba nikt się nie spodziewał dalszego ciągu i że powrót zdecydowanie się nie odbędzie w tym miesiącu, ani następnym, ani nawet w 2024.
Lot na stację skrywał prawdę straszniejszą niż mogliśmy sobie wyobrażać
O sytuacji Butcha Wilmore'a i Suni Williams, wie każdy, choć odrobinę zainteresowany wydarzeniami w kosmosie. Wielokrotnie pojawiały się wieści dotyczące ich wydłużonego pobytu na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej NASA. Treści o ich obowiązkach, o tym, w jaki sposób będą głosować na prezydenta oraz jak spędzą święta na orbicie – mówiono wielokrotnie. Można jednak odnieść wrażenie, że w tym wszystkim zabrakło czynnika ludzkiego. W ten poniedziałek, w końcu dostarczono tego brakującego ogniwa.
Na początku tygodnia, w końcu odbyła się sesja wywiadów z astronautami, którzy wrócili na Ziemię osiemnastego marca, czyli po dziewięciomiesięcznym, przymusowym pobycie w kosmosie. Każdy dziennikarz miał dziesięć minut na rozmowę, w których zdradzili, jak to rzeczywiście wyglądało z ich strony. Jak można się spodziewać, oficjalne źródła nie chciały denerwować opinii publicznej, więc prawda, jeży włos.
Symulacje nie mogły przygotować na prawdę, było lepiej i gorzej jednocześnie
Z wywiadu udzielonego dla dziennikarza Ars Technici, Erica Bergera, przez dwójkę astronautów, można wywnioskować jedno: lot przekroczył oczekiwania. Bynajmniej nie w jedną stronę, lecz obydwie naraz. Było zarówno o wiele lepiej niż się podziewano jak i o wiele gorzej niż być mogło. Dobra strona, jest dość krótka do opisania, jak mówił pilot misji (Butch Wilmore), testy w ogóle nie oddawały rzeczywistości, bowiem ta... Była perfekcyjna. Dopóki Starliner działał podręcznikowo, stan faktyczny przekraczał oczekiwania i pojazd dał się kierować idealnie, jak nigdy w żadnym teście. Niestety, jak wiemy, sielanka nie miała trwać do końca.
Astronauta zapytany o największe obawy z lotem, nie musiał się długo zastanawiać. Znając raporty bezzałogowego startu Starlinera, wiedział o problemach z silniczkami odrzutowymi niezbędnymi do manewrowania statkiem. Kto mógłby przypuszczać, że właśnie te obawy się spełnią?
Kilkaset metrów przed dotarciem do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej NASA i jej pięknym widokiem z pokładu pojazdu, zaczęły się jego problemy. Dokładnie te, których się obawiano i jedyne szczęście polegało na doświadczeniu pilota z życia oraz setek godzin testów. Lecąc bowiem w stronę stacji dokującej, musiał przejąć ręczną kontrolę nad statkiem, który jak się okazało, był zaledwie o krok od całkowitej utraty zdolności szczęśliwego dotarcia do celu.
Astronauci znaleźli się w potrzasku. Powrót na Ziemię był ryzykowny, a w obliczu takich problemów, zasady zabraniały podejmowania próby zadokowania do stacji. Nie mogli wówczas wiedzieć, że w NASA już podjęto decyzję o złamaniu tej reguły i umożliwieniu im szczęśliwego dotarcia do celu. Nerwy musiały być niewyobrażalnie zszargane.
Pozostało już tylko polegać na doświadczeniu specjalistów
Jak opowiada astronautka Suni Williams, obydwoje nie musieli się nawet porozumiewać, każde z nich wiedziało, że nie mogą sobie pozwolić teraz na powrót na Ziemię. Ich jedyna szansa to dotrzeć do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, a to oznaczało, że nie można jej spuścić ze wzroku i utrzymać właściwą trajektorię. Problem w tym, że nie działały już cztery silniczki i tę kontrolę mogli utracić.
W dramatycznej sytuacji, Centrum Dowodzenia z Ziemi, poprosiło pilota o całkowite zaufanie. System trzeba zresetować z Ziemi, aby odzyskał "czucie" w silniczkach i mógł automatycznie zadokować do stacji. Butch Wilmore, w obliczu zagrożenia utraty ostatniego "dozwolonego" odrzutu, musiał zdecydować czy odda ręczne sterowanie i pozwoli NASA robić swoje. Jak powiedział w wywiadzie, do kogo jak kogo, ale do NASA ma pełne zaufanie. Oddał kontrolę i dzięki temu dotarli szczęśliwie, nim stało się najgorsze – zawiódł kolejny silniczek. Bez porozumienia z NASA, doszłoby do całkowitej katastrofy.
U celu nie potrzebowali ani informacji z Ziemi, aby wiedzieć, że do domu nie wrócą tą samą maszyną.
Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu