brexit
14

Brexit i smutna prawda o mediach społecznościowych. Propagandowa farsa?

Pomińmy motywy akcji "Brexit" - wszak Antyweb nie jest raczej medium, które chwyta się polityki zagranicznej światowych mocarstw. Przyczyn, wyniku oraz argumentów dotyczących kampanii tłumaczyć nie trzeba - ważne jest natomiast to w jaki sposób w ogóle uświadamiano społeczeństwo na temat "potrzeby" wyjścia z Unii. Po pierwsze - media społecznościowe odegrały w tym niesamowitą rolę. Dwa - udowodniono nieprawidłowości w kampanii. I to naprawdę spore.

Brytyjski odpowiednik Państwowej Komisji Wyborczej w Polsce opublikował niepokojący wynik niemalże rocznego śledztwa, w którym zajęto się wydatkami dotyczącymi referendum w sprawie Brexitu. Vote Leave – organizacja i kampania jednocześnie miała złamać prawo przekraczając w istotny sposób narzucone limity wydatków. Z budżetem można czasami przestrzelić – tyle, że Vote Leave zrobiło to w bardzo niepokojący sposób: kanadyjska firma informacyjna AggregateIQ miała otrzymywać od Vote Leave pieniądze na kampanię reklamową w platformie Facebook. AggregateIQ natomiast działało w ramach innej kampanii: BeLeave, które kosztowało ponad 675 tys. funtów. W dokumentach stwierdzających rozliczenia dotyczące kampanii nie było mowy o tej „współpracy”.

Vote Leave zgodnie z brytyjskim prawem – jako kampania było obłożone limitem wydatkiem ustalonym na 7 milionów funtów. Biorąc jednak pod uwagę synergię z BeLeave faktycznie wydano blisko 7,5 miliona funtów. Facebook jako jeden z głównych kanałów dotarcia do zainteresowanych miał odegrać ogromną rolę w „edukowaniu” społeczeństwa. Natomiast komisja wyborcza uważa, że tego typu nadużycia to otwarta furtka do dezinformacji.

Kto finansował Brexit?

Ha, dobre pytanie. To będzie akurat przedmiotem dalszego śledztwa. Pewne jest to, że kampanie były finansowane m. in. z darowizn: warto więc prześledzić ścieżki przypływu pieniędzy, by wykazać komu mogło zależeć na tym, aby Wielka Brytania wyszła z Unii Europejskiej. Choć nie ma na to oficjalnego potwierdzenia, pojawiają się głosy, wedle których to Rosja miała być zamieszana również w finansowanie tych inicjatyw – jako mocarstwo, któremu zależy na osłabieniu rangi UE jako liczącej się na światowej scenie siły politycznej.

Brexit

Takie domniemania nie są bezpodstawne: Rosja najpewniej maczała palce w inżynierii społecznej przy okazji kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa w USA. Ostatnie wydarzenia w Helsinkach, kiedy to przywódcy Rosji i Stanów Zjednoczonych w trakcie kontrowersyjnego wystąpienia wyglądali jak dobrzy kumple. Eksperci orzekli, że jest to wizerunkowa porażka Trumpa. A może to celowe działanie, którego korzeni należy upatrywać w spektrum lat poprzednich?

Rosjanie w tym czasie mieli aktywnie prowadzić akcję dezinformacyjną, wedle której rozsiewane były m. in. fałszywe treści manipulujące przy nastrojach głównie obywateli Stanów Zjednoczonych. Są jednak dowody na to, że kampania przychylna Trumpowi (odpalona najpewniej przez Rosjan) była prowadzona również w innych krajach – tak, aby przedstawić tego kandydata w jak najkorzystniejszym świetle.

Nikt nie jest głupi. Media społecznościowe to niekwestionowana potęga

Nie powiem Wam nic odkrywczego: media społecznościowe to nie tylko fajna zabawka dla gawiedzi, ale i przerażająco skuteczne narzędzie do krzewienia idei. Czy są one dobre czy złe: to inna bajka. Ważne jest to, kto ile zapłaci za to, by je uprawomocnić. Tego typu procedery to nie przypadłość jedynie ogromnych aren politycznych – również na polskim podwórku można znaleźć niezwykle ciekawe informacje dotyczące poczynań partii politycznych w cyberprzestrzeni. Kto jest w tym momencie najlepszy? Obecnie rządząca partia może i udaje zgraję konserwatywnych, nieco oszołomionych mirrą leśnych dziadków, ale w rzeczywistości stoi za nią niezwykle precyzyjna machina, której macki sięgają do mediów społecznościowych. Ale bądźcie spokojni, z każdym kolejnym rokiem do takiego modelu krzewienia myśli będą dołączać kolejne formacje – i nie będą pewnie w tym gorsze od speców z Nowogrodzkiej.

Bodaj najbardziej przerażające jest to, że za pomocą sprytnej kampanii w mediach społecznościowej można nie tyle przepchnąć kandydata lub partię polityczną do wysokich urzędów, ale spowodować nawet rozłam w tak rozległej formacji jaką jest Unia Europejska. O tej można mówić wiele – również źle. Organizacja ta znana jest ostatnio głównie z absurdów, których nie powstydziłby się w swoich filmach nawet Bareja. Ale o jednym trzeba pamiętać: UE to obecnie jeden z gwarantów bezpieczeństwa Starego Kontynentu, a Rosjanom w to graj, aby to kółko graniaste koncertowo się połamało.

A my wszyscy bęc.