10

Spokojne zakończenie festiwalu pękniętych serc. BoJack Horseman 6. sezon – recenzja

Stało się. Jeden z ważniejszych i lepszych seriali Netfliksa właśnie się zakończył. Pora pożegnać się z BoJackiem Horsemanem.

Jestem wielką fanką serialu BoJack Horseman właściwie od początku. Uwielbiam animacje dla dorosłych, a BoJack jest jedną z lepszych, jakie widziałam. Netflix oddał twórcom pole do popisu, aby mogli w jak najlepszy sposób przedstawić nam tę depresyjną i trudną historię. Z zaciekawieniem śledziłam losy nie tylko BoJacka, ale i Diane, Princess Carolyn, Todda czy Mr Peanutbuttera. Pokochałam tych bohaterów – również za każdą z ich złych stron. Myśl o zakończeniu serialu wywoływała u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony cieszyłam się, że finał nie będzie wymęczonym produktem po kolejnych X sezonach, z drugiej żałowałam, że kończy się to tak szybko. Istnieje jeszcze trzecia strona – decyzja o zakończeniu serii wypłynęła od Netfliksa, nie od twórców. Momentami miałam wrażenie, że pojedyncze wątki są zakańczane troszkę za szybko, trochę na siłę.

BoJack Horseman pozostaje jedną z lepszych produkcji Netfliksa




Szósty sezon został podzielony na dwie części. Pierwsza z nich opowiada o drodze BoJacka do trzeźwości, druga pokazuje nam, jak bohater sobie z nią radzi. Ostatnie odcinki nie utraciły tego, co w BoJacku najlepsze. W serialu wciąż nie brakuje świetnego humoru jak i smutnych i skłaniających widzów do refleksji przemyśleń bohaterów. Sezon stara się podsumować zmiany, które zaszły w bohaterach od 2014 roku, zastanawiając się, czy prawdziwa zmiana w ogóle jest możliwa. Przez wszystkie odcinki przejawia się też popularny wątek #metoo, bo przecież BoJack wręcz podręcznikowo spełnia rolę standardowego oprawcy. Nie poświęcamy jednak zbyt dużo czasu ofiarom, skupiamy się przede wszystkim na winnym. Na jego metodach radzenia sobie z tym, co go spotkało, na próbie zrozumienia tego, jak do tego doszło.

Perfekcyjnie bezpruderyjni. Recenzja 2. sezonu Sex Education od Netflix

Ostatni sezon chce nam dać nadzieję. BoJack, jak i cała reszta bohaterów, starają się wreszcie być szczęśliwi na własnych zasadach. Wychodzi im to oczywiście dość koślawo, ale to jedyny moment, w którym wierzymy, że ktokolwiek z nich ma w ogóle szansę na jakiekolwiek szczęście. W ostatnich odcinkach zabrakło mi trochę mocniejszej klamry. Mam wrażenie, że całość jest chwilami zbyt delikatna. A może po prostu nastawiłam się na wyjątkowo smutne zakończenie i troszkę mi mało? Twórcy jak zwykle świetnie poradzili sobie z nieoczywistymi zabiegami, jak w przypadku odcinka z kolacją. Może czułabym się trochę lepiej, gdyby to on był ostatni? Albo chociaż gdyby ostatnia scena serialu odbywała się w tak znaczącym dla całości planetarium? Trudno mi spekulować. Zakończenie jest przecież szczęśliwe dla BoJacka tylko pozornie. To, co nastąpi po wygaszeniu ekranu raczej nie poprawi mu humoru na długie lata.

BoJack to walka pękającego serca ze śmiechem

Nie jest to perfekcyjne domknięcie całości, o jakim mogłam marzyć, ale nie jest to też splunięcie fanom w twarz. Po prostu jest w porządku. Sam finał nie zapadnie mi w pamięci na lata, ale na pewno zrobi to sam serial. BoJack Horseman to mądry i odważny serial, który potrafi śmiać się sam z siebie oraz naszej rzeczywistości. Trzecim i drugim sezonem udowodniono widzom, że animacja dla dorosłych potrafi nieść za sobą olbrzymi bagaż emocjonalny i nie jest to gatunek, który należy traktować z przymrużeniem oka. BoJack przez lata dał mi całą masę radości oraz furę smutku. Nie żałuję jednak ani jednej chwili spędzonej z serialem, bo to po prostu jedna z lepszych produkcji ostatnich lat. Śmiało, namawiajcie znajomych, by wzięli się za oglądanie teraz, gdy całość jest już domknięta. Wierzę, że nie pożałują.