6

Bios Incube, czyli połączenie urny i inkubatora. Czas na uprawianie drzew na ludzkich prochach

Tytuł pewnie niektórych zszokował, bo łączenie inkubatora i urny wydaje się dziwne, może nawet koszmarne, ale zapewniam, że nie jest tak źle. W tym przypadku urna jest... urną. Wewnątrz znajdują się ludzkie prochy. Ale to biodegradowalne naczynie umieszczane w większym zbiorniku - rzeczonym inkubatorze. Ten ostatni ma sprawić, by na prochach wyrosło drzewo. A czuwać nad wszystkim będą specjalne czujniki i aplikacja na smartfon. Nie jest przecież tajemnicą, że dzisiaj wszędzie trzeba wpakować elektroniczne komponenty.

Relatywnie niedawno pisałem o problemach z pochówkiem. Tak, problemach i to na kilku płaszczyznach: ludzi przybywa, a to oznacza, że będą rosły potrzeby związane z pochówkiem. Cmentarze zajmą więcej przestrzeni, zużyje się więcej materiałów i chemikaliów wykorzystywanych do balsamowania zwłok. To zagadnienie szerzej opisałem w tekście przywołanym przed momentem, więc zainteresowanych odsyłam do lektury. Wśród rozwiązań problemu, wspominałem m.in. o Capsula Mundi:

Człowiek byłby umieszczany w biodegradowalnej kapsule, a ta byłaby „połączona” z drzewem. Gatunek wybieralibyśmy jeszcze za życia. Rozkładające się zwłoki zasilałyby drzewo, dawałyby życie nowemu organizmowi. Teraz na cmentarzach też nie brakuje drzew, lecz przy okazji mamy wspomniany beton i chemikalia. A tu ma być ludzkie ciało i drzewo. Naturalnie.

Na Kickstarterze pojawił się projekt, który działa na podobnych zasadach, ale twórcy chcieli, by było bardziej nowocześnie. Bios Incube bazuje na kremacji zwłok. Prochy umieszczane są w biodegradowalnej urnie, ta trafia do wspomnianego inkubatora. Jego część stanowi zbiornik z wodą, na wierzchu układa się element zawierający elektronikę. Ten ostatni parowany jest ze smartfonem, pojawia się aplikacja. I „zabawa”. Chodzi o to, by w inkubatorze wyrosło drzewo. Na prochach, które w nim umieściliśmy.

Czujnik sprawdza wilgotność gleby, temperaturę, pozostałe warunki pogodowe i informuje, jak przebiega „uprawa”. Użytkownik na ekranie telefonu widzi, że trzeba dolać wody do zbiornika albo wnieść inkubator do domu, bo robi się za zimno i drzewko może ucierpieć. A przecież nie jest to zwykła sadzonka. W jakimś stopniu przypomina mi to popularne 20 lat temu zabawki Tamagotchi. Tu celem jest doprowadzenie drzewka do rozmiarów, które pozwolą na jego wysadzenie do gleby w ogrodzie czy parku.

Nie jestem zwolennikiem pchania wszędzie elektroniki i nie wiem, czy potrzebujemy smartfona, by podlać drzewko, stwierdzić, że jest za zimno na dworze (chociaż, niektórzy pewnie potrzebują). Ale sama idea „zamiany” prochów w drzewko brzmi sensownie. Rozwiązuje się pakiet problemów, jednocześnie może się pojawić las. To jednak wymaga odpowiednich przepisów i społecznej akceptacji. Nie wiem, jak sprawa potoczyłaby się u nas, lecz w niektórych krajach ten projekt może stać się popularny. Dowiedziałem się np., że w USA w ubiegłym roku więcej osób poddano kremacji niż pochowano w trumnie. Jest baza, na której można rozwijać biznes typu Bios Incube.

Jednocześnie zastanawiam się, jak daleko może się to posunąć. W projekcie wspomnianej firmy mówi się, że użytkownik nie musi posiadać urny u siebie, powstaną miejsca, w ktorych będą one składowane – nowoczesne cmentarze. I to jeszcze nie jest kontrowersyjne. Ale wizja świata, gdzie wpatrujemy się w ekran smartfonu, by sprawdzić, jak rośnie drzewo na krewnym, to już dyskusyjna kwestia i z pewnością nie przypadnie wszystkim do gustu – stwierdzą, że ludzkie zwłoki nie powinny być traktowane jak przywołane Tamagotchi. Będą jednak i tacy, którzy dojdą do wniosku, że nie ma w tym nic zdrożnego, bo lepsze to, niż wpatrywanie się w nagrobek ze zdjęciem – wszak drzewko ma być przedłużeniem tego ziemskiego żywota.

Pieniądze na realizację projektu zebrano, zestaw inkubator-urna ma kosztować około 500 euro. Tanio niby nie jest, ale trzeba pamiętać, że pogrzeb to ogólnie nie jest mały wydatek…