0

Recenzja filmu Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości

Zastanawialiście się kiedyś jak wyglądaliby Avengersi w wydaniu DC Comics? Film, który skupia się nie na jednym, ale na grupie popularnych bohaterów. To właśnie Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości i co ciekawe, dwóch największych herosów DC stanie w nim przeciwko sobie. Szkoda tylko, że z tak dużych planów powstał tak nieprzyswajalny film. Ale po kolei.

Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości trafił do kin w pierwszej połowie 2016 roku. To adaptacja komiksów DC Comics, w której zobaczycie Supermana, Batmana i Woder Women. Fabularnie to w prostej linii kontynuacja wypuszczonego do kin w 2013 roku Człowieka ze stali i wraz z nim dała podwalimy pod DC Extended Universe. Za reżyserię filmu odpowiedzialny jest Zack Snyder, scenariuszem zajęli się natomiast Christ Terrio i David S. Goyer. W Supermana ponownie wcielił się Henry Cavill, Batmanem został tym razem Ben Affleck.

Świat ma dość Supermana

Twórcy Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości podjęli się trudnego tematu zasadności obecności Supermana na Ziemi. Przybysz z kosmosu, którego żółte słońce obdarzyło nadprzyrodzonymi mocami traktowany był dotychczas jak bohater, anioł stróż, który dba o bezpieczeństwo planety. Jednocześnie to przecież właśnie on sprowadził na nie niebezpieczeństwo w postaci Kryptończyków, którzy dotarli na ziemię i zaczęli sieć na niej zniszczenie.

Zobacz też: Najlepsze filmy o superbohaterach

Zarówno władze, jak i społeczeństwo USA zaczęło więc kwestionować zasadność jego obecności bojąc się zarówno o zewnętrzne zagrożenie, które może na nich sprowadzić jak również jego moce, które mogłyby obrócić się przeciwko ludzkości. W całym tym zamieszaniu aktywnie bierze udział Lex Luthor, pojawia się pięta achillesowa Supermana (kryptonit), aż z tego wszystkiego tematem zaczyna interesować się Batman, który dotychczas starał się rozprawić ze złoczyńcami. W którymś momencie Wayne całkowicie skupia się na pokonaniu Kryptończyka. Czy mu się to uda? O tym przekonacie się oglądając epickie starcie obu bohaterów. Znaczącą rolę ma również Gal Gadoth, ponownie wcielająca się w rolę niesamowitej Wonder Woman.

Nie sposób nie zauważyć, że Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości stara się być dziełem sztucznie zamkniętym w krótkim czasie. Przez to dwie i pół godziny jakie trwa film wydają się być niewystarczające by pokazać wszystko, co zaplanowano. Przez to widz ma wrażenie, że nie może nawet mrugnąć, bo przegapi jakiś istotny wątek, bez którego dalsze zrozumienie fabuły nie będzie możliwe. Rozmach i patos byłby bez wątpienia atutem filmu gdyby…podzielono go na kilka części. Oglądając Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości czułem się przytłoczony tym obrazem i zamiast cieszyć się seansem miałem wrażenie, że twórcy zbyt mocno starają się stworzyć najlepsze działo pośród filmów o superbohaterach zamiast po prostu mi ich pokazać. Jakby przekroczono granicę, po której Człowiek ze Stali okazałby się przesadzony, zatracając jednocześnie odpowiednie proporcje podczas opowiadania historii. Tego odczucia bez wątpienia dopełnia podniosła, świetna muzyka nadająca obrazowi jeszcze większej podniosłości. Dostaliśmy więc film zupełnie inny niż zabawni i dużo lżejsi Avengersi. Niestety powaga i patos jest tu przesadzony i psuje ostateczny odbiór filmu.

Zobacz też: Jakie filmy o Supermanie mogliśmy obejrzeć w kinach?

Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości wygląda świetnie

Może i warstwa wizualna Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości jest trochę przesadzona, mało naturalna – co kłóci się trochę z dość realnym obrazem Człowieka ze Stali. Twórcy starali się oddać podniosłość opowieści, jednocześnie bawiąc się dość często światłem. Nie ma tu ani grama realizmu, jednak specyficzna kolorystyka, podniosłe kadry, często slow-motion wygląda rewelacyjnie. Doskonale widać tu dbałość o detale, drobne smaczki wynikające z warunków atmosferycznych. Jasne, zdarza się tu tanie efekciarstwo, zobaczycie jednak sporo zapierających dech w piersiach kadrów i choćby dla warstwy wizualno-dźwiękowej (audio doskonale współgra z obrazem) warto ten film zobaczyć.

Werdykt

Nie ukrywam, że po pierwszym seansie Batman v Superman: Świt sprawiedliwości byłem rozczarowany. Człowiek ze Stali to mój ulubiony film o Supermanie i uważam, że ten bohater potrzebował właśnie takiego obrazu, pokazującego jego ludzką naturę, problemy i rozterki a nie tylko pelerynę i obcisły kostium. Tego też spodziewałem, jednak w B v S twórcy przesadzili z patosem, film wydaje się zbyt podniosły. Przy kolejnym seansie starałem się jednak dostrzec coś więcej, skupić się na próbie znalezienia głębszego sensu tej opowieści. Dostrzegłem różnice między bohaterami podobnymi do bogów, a zwykłymi ludźmi. Zobaczyłem desperacką walkę o innych, lecz rozczarowanie filmem pozostało. Batman v Superman: Świt sprawiedliwości z jednej strony stara się być takimi Avengersami z uniwersum DC, wydaje się sztuczny i nienaturalnie zamknięty w czasie 2,5 godziny. Doceniam starania Warner Bros., jednak jeśli porównać Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości ze wspomnianymi Avengersami, film Snydera dostarcza zbyt wiele podniosłych scen, a za mało rozrywki.