Moje przemyślenia

Badgeville, start-up na medal (i 12 mln $)

GM
Grzegorz Marczak
18

Autorem wpisu jest Andrzej Stachlewski Koncepcja starsza niż Facebook Nie od wczoraj wiadomo, że metoda „kija i marchewki” to prosty i tani sposób motywowania ludzi do działania. Marchewkowa część już dłuższy czas wykorzystywana jest, przez ludzi od social media, przy rozkręcaniu społeczności...

Autorem wpisu jest Andrzej Stachlewski

Koncepcja starsza niż Facebook

Nie od wczoraj wiadomo, że metoda „kija i marchewki” to prosty i tani sposób motywowania ludzi do działania. Marchewkowa część już dłuższy czas wykorzystywana jest, przez ludzi od social media, przy rozkręcaniu społeczności i budowaniu silnego przywiązania do produktu. Wszelkiego rodzaju rankingi aktywności, listy wyników, statusy mentora, zasłużonego użytkownika, najbardziej cytowanego, najskuteczniejszego gracza, etc. znane są od lat z for internetowych czy też gier on-line.

Ostatnio stały się bardzo popularne dzięki aplikacjom na Facebooku. (Prawie każdy, chociaż raz widział, jak jego znajomy zbudował stodołę czy też wyhodował najładniejszą owcę w Farmville, za co na jego czy też jej Wallu pojawiała się symboliczna ikona, będąca odzwierciedleniem włożonego trudu.) Zdobywanie osiągnięć, kamieni milowych i high-score'ów, jest oczekiwaną przez wielu użytkowników funkcjonalnością mediów elektronicznych. Zresztą nie ma się co temu dziwić. Jest to koncepcja stara i silnie zakorzeniona w kulturze. (Pierwsze skojarzenie jakie mi przychodzi do głowy to odznaki harcerskie, naszywane po zdobyciu nowej umiejętności, zaraz po tym medale za osiągnięcia sportowe, itd.) Rozprzestrzenienie się jej masowo w świecie elektronicznym, przez osmozę z produktów kierowanych głównie do komputerowych geeków, było tylko kwestią czasu.

Z założenia, że tego typu mechaniki oczekują nie tylko zapaleńcy z bardzo wąskiej grupy odbiorców ale i przeciętni użytkownicy, wyszła firma badgeville.com (wystartowali we wrześniu 2010). Stworzyła ona aplikację umożliwiającą przedsiębiorstwom wdrażanie systemu odznak i trofeów serwisach internetowych. Czemu o tym piszę, zapytacie? Ot start-up jakich wiele. Ciekawy pomysł, który gdzieś już istniał i wreszcie został skutecznie zrealizowany. Wydawałoby się, że to nic specjalnego. Otóż mi spodobał się paradygmat myślenia o start-upie.



Bardzo, bardzo klasyczne podejście do biznesu

Zdaję sobie sprawę, że to co zaraz powiem to wyświechtany frazes, ale jednak to powiem. Wielu przedsiębiorcom nie przychodzi do głowy, że w działalności internetowej można być średniakiem i osiągać sukcesy. Zazwyczaj albo gubią się gdzieś w fantastycznych wizjach pomysłu na miarę Google2.0 albo robią coś tanim kosztem, byle by było, żeby dali pieniądze z 8.1, może kiedyś ruszy. Nieliczne jest grono tych, którzy od początku, od samego konceptu na biznes, sięgają po antyczną, arystotelesowską koncepcję złotego środka.

W Badgeville postawiono sobie prosty cel, bycie w środku stawki. Nie porywano się, na stworzenie wyrafinowanego informatycznie środowiska, oferującego mnogość opcji, a zarazem wymagającego implementacji na bardzo wysokim poziomie - kłopotliwego i zniechęcającego dla potencjalnych klientów. Nie chciano też powielać produktów szkieletowych, oferujących elastyczność i łatwość wdrożenia, ale wymagających zbyt dużej samodzielności oraz dochodzenia do wszystkiego metodą prób i błędów.

CEO Kriss Duggan, stwierdził najwidoczniej, że zawalczy o najszerszy segment rynku. Najsilniejszym kapitałowo i technologicznie pozostawił przecieranie nowych ścieżek i eksperymentowanie z nowinkami. Outsiderom zaś oddał resztki, niech sobie działają wśród klientów niewybrednych o małej wyobraźni. Sam zaś pokierował firmę na najliczniejszy, a zatem i najbardziej konkurencyjny (najtrudniejszy) mid-range i to był strzał w dziesiątkę. Firma zyskała 75 klientów w ciągu niespełna roku. W tym takich gigantów branży medialnej jak Universal czy NBC, ale i z zupełnie innej beczki, jedną z największych na świecie firm consultingowych - Deloitte.

 

Sam produkt okazał się skutecznym narzędziem dla marketingowców, zwiększając (wg danych Badgeville) ruch na stronach klientów o ponad 25% oraz intensyfikując zaangażowanie użytkowników o 40% - pomierzone wzrostem ilości treści dodawanych przez użytkowników. Rezultatem tego jest zastrzyk finansowy od inwestorów w wysokości 12 mln $ (z tej okazji, a jakże by inaczej, przygotowano okazyjną infografikę), który firma otrzymała kilka dni temu. Może wydawać się to mało w porównaniu z pieniędzmi jakie fundusze kapitałowe wpompowują w pękatą bańkę około-facebookową, ale dla start-upu o wąskiej strukturze (zaczynali od 4 pracowników – teraz jest ich 30) to wystarczająco dużo, żeby rozwijać skutecznie produkt.

Takie rzeczy, to tylko w Kalifornii...

Szczerze powiem, że z przyjemnością się czyta o takich firmach, które widzą od początku czym chcą być i potrafią fajnie podejść marketingowo i sprzedać pomysł „produktu dla każdego”. Jednocześnie ciśnie się na usta pytanie: „Czemu nasi internetowi biznesmeni, z ambicjami międzynarodowymi, nie próbują częściej wchodzić na szeroki rynek?” Co rusz wałkuje się temat nisz i innowacyjności. (Pewnie, w fazie powstawania firmy to najłatwiejszy sposób na pokonanie barier wejścia.) Rzadko jednak słyszy się o długofalowych koncepcjach. A ambicje są. Czasem nawet bardzo duże. (Odsyłam do niezliczonych wywiadów.) Tylko tych średniaków mało. Co wy na to? Możliwe tylko w Dolinie Krzemowej czy dałoby się i w Polsce?

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

starups