64

Dziennikarz Gazety Wyborczej tłumaczy, że nie jest ojcem Markusa W. Część internautów i tak wie swoje

Co zrobić, by tłum szybko cię znienawidził? Okazuje się, że wystarczy być. Przekonał się o tym Artur Włodarski, z którego zrobiono ojca Markusa - chłopaka tragicznie zmarłej w Egipcie Polki. Rzesze ludzi nie pytały czy to prawda, nie weryfikowały sprawy: rozpoczął się atak. Powstawały kolejne teorie spiskowe i łączono nieistniejące fakty. Nie pomogło oświadczenie, że nie jest krewnym Markusa, część osób i tak wie lepiej, nie da się oszukać.

Artur Włodarski – polski dziennikarz naukowy, motoryzacyjny, ekonomiczny. Tak zaczyna się notka na Wikipedii poświęcona temu człowiekowi. Pewnie wiele osób kojarzyło go wcześniej czytało jego teksty, ale naprawdę duża rozpoznawalność i zainteresowanie postacią pojawiło się dopiero niedawno. Przy tym było to zainteresowanie, którego nie należy życzyć nawet swoim wrogom, część internautów postanowiła zastosować nawet internetowy lincz. A wystarczyła zbieżność nazwisk…

Pewnie każdy z Was słyszał/czytał o śmierci młodej Polki w Egipcie. Media poświęciły tej sprawie bardzo dużo miejsca, sprawy wzięli też w swoje ręce detektywi z Sieci – namnożyło się teorii spiskowych, łączono to z przeróżnymi wątkami, tworzono historie, których nie powstydziliby się scenarzyści w Hollywood. Często wyłącznie oparciu o… swoją wyobraźnię. Przez jakiś czas nawet obserwowałem wątek, bo byłem ciekaw, jak daleko to zajdzie. Wówczas trafiłem na posty informujące, że ojcem Markusa W., człowieka skazanego już przez tłum za handel żywym towarem, narkotykami, związki z terrorystami, i homoseksualizm (sic), jest Artur Włodarski. Szybko dodawano, że to dziennikarz Gazety Wyborczej. Wiedziałem, że z tego jeszcze będzie afera.

Niedługo później otwieram GW, a moim oczom ukazuje się tekst „Wróg publiczny. Jak zostałem ojcem Markusa W.”. Polecam lekturę artykułu – można się przekonać, jak niewiele potrzeba, by stać się człowiekiem znienawidzonym przez tłum. Dziennikarz został zasypany pytaniami o powiązania z Markusem, obelgami i deklaracjami dochodzenia sprawiedliwości. W końcu za namową policji wydał oświadczenie, że nie jest ojcem chłopaka zmarłej Polki. Część odbiorców nie wierzy, dopytuje, chce dowodów. Są i tacy, którzy wiedzą swoje: Artur Włodarski jest ojcem Markusa.

Przerażające, prawda? Człowiek czyta na swój temat najgorsze rzeczy, prawdziwy syn pyta po powrocie ze szkoły o brata, Google w wynikach nie odsyła w pierwszej kolejności do tekstów dziennikarza, nagrodzonych reportaży czy wywiadów – dominuje temat powiązań z Markusem (po interwencji uległo to zmianie). I teorie spiskowe. Przecież to Gazeta Wyborcza, jest winny z założenia. W tym wszystkim nie brakowało nawet zestawionych zdjęć obu mężczyzn, ludzie doszli szybko do wniosku, że podobieństwo jest uderzające. To musi być rodzina. Musi.

Wczoraj sporo uwagi poświęciłem festiwalowi w Opolu, emocjom związanym z tą imprezą. Wspomniałem, że u źródeł tego zamieszania leży m.in. plotka. Tu jest podobnie, ale oddziałuje ona na jednego człowieka i jego rodzinę. Internauci ją powielają, czasem coś od siebie dodają, zwiększają zasięg. Obserwujemy efekt kuli śnieżnej. Nikt lub prawie nikt nie zada sobie trudu, by zweryfikować te rewelacje z Sieci, by dotrzeć do źródła. Jest niewinny? Niech udowodni! Mam przeprosić, bo naprawdę jest niewinny? Ale za co tu przepraszać? Przecież ludzie w komentarzach pisali, że to szuja. Jeżeli nie ma zwiazku z tą sprawą, pewnie należało mu się za coś innego.

W tym wszystkim zastanawia jak zrodziła się plotka? Przecież ktoś napisał to po raz pierwszy. Czym się kierował? Połączył mężczyzn, bo wydawało mu się, że to ma sens czy doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie mają ze sobą związku? Pytanie zasadne, ponieważ dzisiaj tłumaczy się Artur Włodarski, ale jutro może to być każde z nas – będziemy musieli udowodnić internetowym Szerlokom, że nie jesteśmy wielbłądem. A nim się do tego zabierzemy, Sieć zdąży już wydać wyrok, część będzie w komentarzach szykować linę, stos czy kulę. Wielu zrobi to nawet pod własnym nazwiskiem w mediach społecznościowych. Bo kto ich rozliczy…