Netflix

Idealny blockubster trafił na Netflix! Armia Umarłych Snydera daje od groma frajdy

10

Jakie oczekiwania można mieć wobec nowej produkcji Zacka Snydera, która już na zwiastunach zapowiada ostrą jatkę z zombiakami? Liczyłem, że przez ponad 2 godziny nie będę się nudził i właśnie to dostałem.

Jeszcze zanim nadarzy się okazja zobaczyć "Armię umarłych", wszyscy dowiedzieliśmy się, że Netflix planuje uczynić z wykreowanego m. in. przez Zacka Snydera świata swego rodzaju uniwersum. Prace nad niemieckim spin-offem oraz animacją już trwają i można być pewnym, że na tym platforma nie spocznie, jeśli filmy spotkają się z dobrym odbiorem i będą cieszyć się popularnością. A wcale nie widzę powodów ku temu, by "Armia umarłych" miała zostać źle odebrana przez widzów, bo ze swojej roli wywiązuje się jak należy. Owszem, tematyka jest dość wtórna, ale w kilku sytuacjach scenarzyści (oprócz Snydera historię napisali Shay Hatten i Joby Harold) i reżyser wybrnęli całkiem nieźle z własnymi pomysłami na uatrakcyjnienie historii o zombie, dzięki czemu seans tak nie męczy.

"Armia umarłych" to (nie)typowy film o apokalipsie zombie

Sam początek "Armii umarłych" to próba nakreślenia sytuacji, z jaką później zmierzą się główni bohaterowie. Podczas tajemniczego transportu dochodzi do wypadku - niemal artyleryjski konwój nie jest w stanie poradzić sobie z przewożonym osobnikiem, który wydostaje się na wolność. Wszystko dzieje się niedaleko dużego skupiska ludzi w Las Vegas, więc można spodziewać się, że sytuacja szybko wymknie się spod kontroli, ale nie na tyle, jak w pozostałych produkcjach o zombie. Zamiast post apokaliptycznego świata, mamy post apokaliptyczne Las Vegas, które zostaje objęte kwarantanną i strefą buforową, gdzie niezarażeni uchodźcy czekają na możliwość wyjazdu.

Rządzący decydują się na definitywne rozwiązanie: zrzucą bombę nuklearną na Las Vegas, by raz na zawsze zażegnać niebezpieczeństwo. Zanim to jednak nastąpi, zespół zebrany przez Scotta Warda (Dave Bautista) przyjmuje zadanie zakładające przedostanie się do zamkniętej strefy i wyprowadzenie ze skarbca kasyna ponad 200 mln dolarów. Kompletowanie składu zajmuje w filmie chwilę, momentami bywa zabawne, a ekipa jest naprawdę zróżnicowana pod wieloma względami, co jest miłym aspektem w późniejszej części filmu. W obsadzie znaleźli się raczej mało znani Ella Purnell, Omari Hardwick, Ana De La Reguera, Theo Rossi, Matthias Schweighöfer, Nora Arnezeder, Tig Notaro, Raúl Castillo, Huma Qureshi, Samantha Win, Richard Cetrone oraz Michael Cassidy. Po twarzach powinniście za to poznać Hiroyuki Sanadę oraz Garreta Dillahunta.

Nie każdy przejmie się bohaterami, którym powinniśmy kibicować

"Armia umarłych" próbowała nadać wielu scenom i postaciom głębi. Poruszane są najbliższe widzom emocje, jak przywiązanie do najbliższych, ale prawdę mówiąc zabiegi twórców nie za bardzo na mnie działały. Nie wiem, czy wynikało to z pewnego pośpiechu i próby przedstawienia maksymalnie najdłuższej historii, czy słabo napisanych postaci czy gry aktorskiej. Być może było to połączenie tego wszystkiego, w każdym razie znacznie bardziej intrygowało mnie zakończenie i ciekawostki związane z utworzonym światem zombie, aniżeli osobiste rozterki bohaterów. Nawet trudna relacja głównego bohatera z córką nie została przedstawiona we właściwy sposób, bym rzeczywiście się tym przejął. Zrobiono to według utartego schematu, dość powierzchownie i mało przekonująco.

To jest film Snydera i to od razu widać

Pewne zwroty akcji były dość zaskakujące, ale dopiero wielki finał przyniósł efekt "wow". Ciekawym rozwiązaniem jest kilka zakończeń, jeśli tak można to ująć, bo gdy wydaje się, że jesteśmy świadkami ostatniej sceny, twórcy przedłużają seans o kolejne sceny. Film jest pełen Snyderowskich rozwiązań, więc możecie śmiało liczyć na dynamiczne i efektowne sceny akcji, a także widowiskowe slow motion, które jest chyba jego znakiem rozpoznawczym.

Pod względem technicznym jest to poprawny film - wykreowany świat jest przedstawiony wiarygodnie, ale wydaje mi się, że reżyser musiał godzić się na pewne ustępstwa w kwestii kreowania budżetu na efekty specjalne. Nie zrozumcie mnie źle, bo "Armia umarłych" jest daleka od tandetnych filmów o końcu świata, ale myślę, że przy nieco większym budżecie z filmu udałoby się wycisnąć jeszcze więcej. Największym problemem dla części widzów będą jednak postacie, wśród których nie brakuje umieszczonych w historii papierowych bohaterów wypełniających konkretne role, by następnie z nimi skończyć.

Armia umarłych to dynamiczny i dający sporo frajdy z seansu film

Wiem, że trochę ponarzekałem, ale po zakończeniu seansu czułem dziwną satysfakcję. Opowiedziana historia, pomimo wspomnianych potknięć, mnie wciągnęła (Was może z innych powodów) i prawdę mówiąc jestem bardzo ciekaw tego, co zobaczymy w innych produkcjach. Zombie to temat eksploatowany od dekad, więc można pogratulować Zackowi Snyderowi, że zdołał nakręcić film, który nie męczy, a jest źródłem sporej frajdy. "Armia umarłych" nie zbierze najwyższych ocen, nie aspirował do najbardziej wytwornego filmu o zombie, lecz jego celem było dostarczenie frajdy widzowi. Na taką rozrywkę liczyłem i cieszę się, że ją otrzymałem.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: