53

Apple kompromituje się aplikacją na WWDC dla macOS, pokazując że ma ten system w…

Worldwide Developers Conference większość konsumentów kojarzy z prezentacją nowych wersji systemów od Apple oraz premierami sprzętowymi, ale zasadniczo jest to impreza dla pracujących w ekosytemie Apple deweloperów. Koncern z Cupertino pokazuje im na czym i jak najlepiej tworzyć aplikację dla macOS, iOS czy iPada. Patrząc na katastrofę, jaką jest catalystowa aplikacja dla deweloperów wydana z tej okazji, macOS można chyba z tej grupy wykreślić.

Apple Developer, wzorcowa aplikacja na odwal się

Aplikacja wydana dla deweloperów, z okazji imprezy deweloperów jest tak podłej jakości, że każe zastanowić się poważnie nad przyszłością macOS. To najprostszy, ba, prostacki port aplikacji z iPadOS, którego interfejs użytkownika na ekranie komputerów o większych niż iPad przekątnych po prostu się rozłazi. Wygląda to tak, jakby komuś wyciekła wczesna beta, z elementami UI umieszczonymi w przypadkowych miejscach.

Użytkownicy na twitterze raportują o tym, że na ekranach nieretionowych ikony i czcionki są rozmyte, aplikacja nie reaguje na przewijanie kółkiem niektórych myszy, u części użytkowników otwiera się z japońskim interfejsem użytkownika. Niektóre elementy UI są ogromne, inne zaś mikroskopijne. Poza tym aplikacja jest powolna, laguje i potrafi zjeść 100% mocy procesorów. Po prostu wzór do naśladowania.

Catalina i Catalyst jak Głupi i Głupszy

Nie ma co ukrywać, od samego początku istnienia projektu Marzipan, który następnie przekształcił się w Catalyst, jestem zapiekłym wrogiem tego rozwiązania. Uważam, że doprowadzi do likwidacji dobrego, natywnego oprogramowania dla macOS i będzie kolejnym gwoździem do jego trumny. Zgodnie z dostosowaną do informatycznych potrzeb zasadą Kopernika-Greshama, większość deweloperów zamiast bawić się w analizy przewag jakie dają API macOS na iPadOS pójdzie po linii najmniejszego oporu i zasypie nas masą na kolanie wyeksportowanych aplikacji z iOS, których jedyną „zaletą” będzie cena.

Oczywiście będzie to zaleta tylko w pierwszym momencie, ponieważ w kolejnym doprowadzi do odpuszczenia sobie tego rynku przez porządnych deweloperów, względnie do znacznego wzrostu cen dobrego oprogramowania na które zmniejszy się, chcąc nie chcąc popyt. Jednak w najgorszych snach nie przypuszczałem, że w czołówce wypuszczania śmieciowych programów będzie samo Apple, to niestety każe mi zastanowić się, co tak naprawdę zobaczymy na nadchodzącym WWDC w kwestii macOS dla ARM i czy czasem niektórym moim optymistycznie nastawionym do tego przejścia kolegom nie zrzedną miny.

macOS dla ARM – co jeśli to projekt księgowości?

Dotychczasowe artykuły o nadchodzącej zmianie procesorów w Makach zdominowane są przez kwestię sprzętu. A co, jeśli celem tego projektu nie jest chęć przejścia na lepszą architekturę, tylko czysto biznesowe ścięcie kosztów? To może oznaczać, że macOS dla ARM może nie być tym samym macOS-em, którego znamy dziś. Co jeśli na ARM dostaniemy zupełnie nowy produkt, zbudowanym na iOS / iPadOS z dodaną warstwą jakiegoś nowego pseudo-Findera. Apple Tima Cooka robiło już takie numery, choćby w przypadku iWorka, którego zmiana na wersję iCloudową spowodowała usunięcie bardzo wielu dostępnych wcześniej narzędzi.

Dla dzisiejszego Apple taki ruch miałby same zalety, jedno drzewo rozwojowe, z natury zamknięty system i szybka metoda tworzenia uproszczonych, uniwersalnych aplikacji, dostępnych tylko w jednym App Store. W prosty sposób wymuszano by konieczność przejścia na nowe wersje systemu. Już teraz widać to choćby po aplikacjach typu catalystowe guano, Apple Developer dostępne jest tylko dla użytkowników Cataliny, zwanej wśród bardziej wymagających użytkowników Crapaliną, macOS Vistą lub Bugzillą.

Za zgodność z x86 odpowiadałaby wtedy nie nowa Rosetta, a bardziej coś w stylu środowiska Classic (uruchamiany osobno sub-system) oparty na przykład o rozwijanego przez Apple od jakiegoś czasu własnego Hypervisora. Dla zawodowców zostawiono by nawet na dłuższy czas masakrycznie drogie komputery z serii Pro z Intelem, taki projekt jak Mac Pro powinien mieć przecież czas się zamortyzować, ale produkty i usługi dla Maca z ARM byłyby już całkowicie pod kontrolą Apple i App Store.

Takie rozwiązanie oznaczałoby śmierć klasycznego już dziś macOS w ciągu kilku lat i ujednolicenie całego ekosystemu do lini wyrosłej z iOS. Oznaczałoby to też śmierć otwartego macOS-a, który przy pomocy firm trzecich pozwala zasypać dziury spowodowane brakiem wizji rozwoju tego systemu, jaki od lat widać w Cupertino. Dostalibyśmy niewiele różniącą się od iPadOS-a wydmuszkę, pozwalającą jednak Apple zarabiać krocie na każdej aplikacji i usłudze.

Dotychczas, patrząc na restaurację jakościową samych komputerów nie zakładałem takiej możliwości. Obserwując jednak stagnację jaka zapanowała w przypadku rozwoju macOS oraz kompletny brak dbałości o jakość rzeczy na niego trafiających, powoduje, że zamiast z nadzieją, na WWDC zaczynam czekać z coraz większymi obawami.