16

Pogódźmy się, że nasz świat się kończy i zastąpi nas inna kultura. Wywiad z Andrzejem Ziemiańskim, autorem Cyberpunk Odrodzenie

Dokąd zmierza nasza cywilizacja? Czy cyberpunkowa wizja się ziści? Ile implantów ma wszczepionych jeden z najpopularniejszych polskich autorów? A jakiego robota chciałby mieć w domu? Rozmawiamy z Andrzejem Ziemiańskim o jego nowej książce i nie tylko.

Pana książki zawsze kojarzyły mi się z silnymi i wyrazistymi postaciami kobiecymi. Zresztą w znajdującym się bardzo blisko pod względem konwencji i realiów “Toy Wars” też taką mamy. Czy nie inaczej będzie w Cyberpunku?

Jasne. Nie lubię pisać o mężczyznach, ponieważ są przewidywalni. A kobieta zawsze może odpalić taki numer, którego nikt się nie spodziewał w najśmielszych snach. Są nieprzewidywalne, nigdy nie wiadomo co zrobią. Facet, jak go ktoś obrazi, to albo da tamtemu w pysk, albo się zatnie i będzie to długo przeżywał. A kobieta? Kto wie? Może nawet zakocha się w obrazicielu? I jakoś to sobie, sama przed sobą, wytłumaczy racjonalnie? Opisywanie kobiet jest pasjonujące, szczególnie jeśli bazuje się na sytuacjach, które samemu zaobserwowało się w życiu. A mężczyźni? Sam jestem mężczyzną. I zawsze wiem, jak postąpię. Nuda.

Ale oczywiście w „Odrodzeniu” jest i płeć silna. W końcu nasz świat to dwie uzupełniające się przeciwności.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że Cyberpunk powstaje trochę na fali niesamowitej popularności nadchodzącej gry CD Projekt Red. Jak duży wpływ Cyberpunk 2077 miał na powstanie książki?

No i teraz muszę się przyznać, że niewiele wiem o grze. Natomiast muszę podkreślić, że „Cyberpunk Odrodzenie” nie powstał na żadnej fali. Pisząc „Toy Wars”, nie powiedziałem wszystkiego, co chciałem zawrzeć w tej powieści. Stąd „Odrodzenie”. Ogólna koncepcja powstała już kilkanaście lat temu. A jeżeli ktoś widzi w tej książce podobieństwa do „Cyberpunk 2077”, to powiem tak: „Odrodzenie” jest trochę podobne do „Toy Wars”. Jeśli jest więc jakaś zbieżność, to warto zastanowić się raczej, czym inspirowali się twórcy gry. Czyżby na książce wydanej dwanaście lat temu? Ups…

Patrząc na tempo rozwoju technologii oraz rosnącą rolę firm-gigantów technologicznych, można się spodziewać, że ta cyberpunkowa wizja przyszłości ziszcza się na naszych oczach. Co Pan o tym sądzi?

Ta wizja przyszłości od dawna nas już otacza. Choć oczywiście z perspektywy ciągle trochę prowincjonalnej Polski trudno to zauważyć. Ale wystarczy spojrzeć na Chiny. Cybernetyczny totalitaryzm już jest. Innym państwom jeszcze chwilę zajmie zdrapywanie poloru demokracji. Albo też pójdzie to w innym kierunku, co gorsze. Zmieni się nasz język i nie będzie już można w nim nazwać rzeczywistych problemów. To chyba nawet groźniejsze rozwiązanie niż totalna inwigilacja i nadinformacja o każdym obywatelu.

Idąc tym tropem, aż prosi się, żeby w książce przemycić pewne wątki i idee odnoszące się do rzeczywistości – coraz częściej groteskowej i pomijającej interesy jednostek na rzecz wielkich firm efektywnie i sprawnie lobbujących zmiany w prawie pod swoją własną wizję świata. Czy w Cyberpunku możemy spodziewać się takich mniej lub bardziej bezpośrednich odniesień?

Wielkie koncerny już nie muszą lobbować zmian w prawie. One stały się prawem.

A niestety współczesne społeczeństwa są bardzo łatwym celem. Wystarczy porozmawiać o cenach. Najlepiej dać coś ludziom za darmo (jak choćby Facebook czy Google). A jak mówił Steve Jobs: jeśli dostajesz coś za darmo, to w tej transakcji ty jesteś towarem. No i tak właśnie się dzieje. Pozwalamy korporacjom na wszystko, bo pozornie, w naszym mniemaniu, dzielą się łupem. Tak wcale nie jest. Ale oddamy własne prawo głosu, bo nam coś obiecano, coś rzekomo podarowano, coś zrobiono dla naszej wygody… Cóż, za dobry cashback zdradzimy demokrację, byleby tylko pozory zostały zachowane.

Zapytam górnolotnie – czy nasz los, jako cywilizacji jest już przesądzony i pędzimy nieuchronnie ku realizacji wizji znanych z cyberpunkowych filmów i książek? A może to właśnie dobra kultury będące pewnego rodzaju przestrogą przed taką przyszłością sumarycznie przyczynią się do jakiejś odwilży na tym polu, zachłyśnięcia się technologią i pogonią za postępem?

Dobre pytanie. Jednak ostrzeżenia niewiele tu dadzą. Myśląc o czarnej przyszłości, ludzie najczęściej wyobrażają sobie głodne tłumy żebrzące na ulicach, zamordyzm, unicestwienie wolności przez brutalną siłę. Tymczasem jednak grozi nam zagłaskanie. Nie będziemy się wzbraniać wejścia do matrixa nie dlatego, że ktoś nieprzekonująco pokazywał nam kolczaste druty i strażnicze wieżyczki. Wejdziemy do niego, ponieważ tam jest fajnie. Miło, ciepło i dostatnio. Sprzedamy prawo do decydowania o sobie, bo dostaniemy tyle rzeczy za darmo…

A może są jakieś dobre strony takiego cyberpunkowego świata? No bo wszyscy zawsze przedstawiają go w taki dość negatywny sposób? A może z tej dystopii wynika jakaś nowa forma wolności i szczęścia jednostek?

Ja nie wiem, czemu boimy się wizji przyszłości. Żadna nowa forma wolności sama z siebie przecież nie przyjdzie. O każdą wolność, tak jak i o szczęście, trzeba walczyć. A my siedzimy jedynie zatroskani. Jeśli więc tak, to lepiej przyzwyczajać się powoli do myśli, że koniec świata wkrótce nadejdzie (w sensie: koniec naszej cywilizacji). Przecież trwa ona już naprawdę długo. Może czas właśnie na zmiany? A my ciągle chcemy, żeby dalej było tak jak dawniej, tylko lepiej. Samo się nie zrobi. Pogódźmy się zatem z myślą, że nasz świat właśnie się kończy i zastąpi nas jakaś inna kultura, którą teraz uważamy za okropną i barbarzyńską. Przyjdą inne siły i zajmą nasze miejsce. A potem, jak uczy historia, powoli zaczną stawać się naszą kopią, tak jak my staliśmy się kopią starożytnego Rzymu, który zniszczyliśmy będąc jeszcze barbarzyńcami. Normalna kolej rzeczy i naprawdę nie ma się czego bać. Nie ma sensu także rwać szat i rozpaczać nad utratą tych pięknych rzeczy, które nas otaczają. One nie znikną. Tyle tylko, że będą z nich korzystać jacyś inni ludzie zamiast naszych naturalnych potomków.

Załóżmy, że otrzymuje Pan dziś możliwość wszczepienia sobie implantów dających jakiegoś rodzaju zdolności i zatrudnienia w swoim domu robota – pomocnika. Co Pan na to?

Mam już wszczepione dwa implanty. Dokładnie w górną szczękę i jest mi z nimi dobrze. (śmiech) Natomiast w przypadku wszczepów domózgowych sądzę, że taka Valkiria bardzo by mi się przydała. Pójść do jakiegoś wroga, natłuc go, a potem uciec i w jakimś ustronnym miejscu zmienić wygląd, żeby mnie nie złapali. Kuszące…

A poważnie nie sądzę, żeby to się szybko upowszechniło. Po pierwsze koszty będą ogromne. Ryzyko również straszne. Ale kto wie – rozwój nie zna granic. Ostatnio zresztą dyskutowałem o tym z młodym entuzjastą nowych technik.

– Niedługo będą już w użyciu implanty medyczne, które przedłużą nasze życie prawie w nieskończoność – powiedział. – Ty już pewnie tego nie dożyjesz, ale ja mam szansę.

– Już widzę, jak ZUS kupi ci taki implant w ramach ubezpieczenia społecznego – odparłem.

I to chyba najlepsze podsumowanie, choć dowcip bardzo płaski.

A używa Pan rozwiązań typu Smart Home u siebie? Albo chociaż robota odkurzającego? Stąd już niedaleka droga… ;)

Całe moje otoczenie jest przesycone elektroniką. Znajomi często żartują, że trudno im czasem rozpoznać, gdzie kończy się Ziemiański, a zaczynają jego urządzenia. Granica rzeczywiście wydaje się coraz bardziej płynna w tej kwestii.

Natomiast zamiast robota odkurzającego wolę, jak to powiedział jeden z bohaterów serialu „Czarnobyl”, robota biologicznego. Zawsze można poprosić taką robocicę, żeby zdjęła ubranie. I od razu robi się ciekawie.

A nic nie podnieca mnie w mechanicznym urządzeniu odkurzającym ze zdjętą obudową.

A jak bardzo technologiczny jest Andrzej Ziemiański na co dzień? Może się Pan obyć bez technologii czy raczej wsiąkł w nią już tak mocno, że analogowe życie nie wchodzi w grę?

Oj, bardzo. Jestem koszmarnym gadżeciarzem, zakochanym w nowinkach i niemogącym żyć, jeśli pojawi się jakieś nowatorskie urządzenie, a ja go jeszcze nie mam. No i nie mogę zrozumieć ludzi, którzy żeby zaparkować samochód, muszą skorzystać z parkomatu, którzy płacąc, korzystają z jakichś zamierzchłych kart płatniczych, światło zmieniają przy pomocy kontaktu w ścianie, a muzyki słuchają z radia. Wiem, wiem, to, co robią, nazywa się lenistwem poznawczym, ale ja na szczęście na to nie cierpię. Nie oglądam telewizji, nie czytam gazet, wszystkie książki z mojej biblioteki mogę zmieścić w kieszeni spodni, a zdanie na dany temat wyrabiam sobie w rozmowach z ludźmi, niekoniecznie obecnymi fizycznie w pobliżu.

Andrzej Ziemiański – jeden z najpopularniejszych polskich autorów. Wiele lat temu porzucił prestiżową karierę naukową i zajął się pisaniem książek. Już po kilku latach zdobył uznanie milionów Polaków. Z wykształcenia jest architektem. Widzi i myśli obrazami. Nieustannie prowokuje czytelników i recenzentów swoim podejściem do sztuki pisania. Jego cykl „Achaja” to jedna z najbardziej kasowych serii w polskiej literaturze.