aktualizowanie
112

Czy wieloletnie wsparcie producentów dla telefonów z Androidem powinno być wymuszane przez państwo?

Czy na tragiczny czas wsparcia dla urządzeń z Androidem można coś poradzić? Moim zdaniem - można. Co więcej, jestem zdania, że takie działania będą się opłacały zarówno konsumentom, jak i producentom.

W praktycznie wszystkich wpisach, w którym autor, bądź ktoś z komentujących, porówna urządzenia na iOS do tych na Androidzie, zawsze w dyskusji pojawia się jeden argument, którego nikt nie jest w stanie zbić. A brzmi on: iOS jest lepszy, bo Apple zapewnia mu długoletnie wsparcie aktualizacjami. I jest to ze wszechmiar prawda – najnowszy iOS 13 może zainstalować nawet osoba z iPhonem 6s sprzed 5 lat. Czy to przedłuża żywotność urządzeń? I tak i nie. Z jednej strony – są na pewno osoby wciąż używające Galaxy S6/S7, które swoje premiery miały właśnie w tamtym okresie i nic nie robią sobie z braku wsparcia. Z drugiej, nie można spierać się, że są one pozbawione części nowych funkcji Androida (np. tryb ciemny), a ich urządzenia są podatne na każdą lukę, jaka zostanie znaleziona w Androidzie 7/8. Co więcej, sytuacja w której urządzenie inne niż Apple otrzymuje regularne wsparcie i 2 kolejne wersje systemu przez chociażby 2 lata jest rzadkością. Na rynku nie ma jeszcze Galaxy A41 a mój A40 już wpadł w dział „aktualizacji kwartalnych”, a Android 10 jest dla niego niczym Yeti – wszyscy o nim mówią, ale nikt nie widział.

Jak zmusić producentów do dbania o wypuszczone na rynek sprzęty?

Z tego też względu zacząłem się zastanawiać, co można by zrobić, by zmienić zaistniałą sytuację. Jasnym jest, że po 13 latach istnienia smartfonów na rynku konsumenci sami z siebie nie mają na tyle siły negocjacyjnej by wymusić na producentach solidne wsparcie. Jakąś tam nadzieją na zmianę był Android One mający dostać poprawki bezpośrednio od Google, ale póki co nawet Motorola zdaje się wycofywać z jego implementacji i na placu boju została tylko Nokia. Dlatego jasne jest, że jeżeli coś ma zmusić producentów do dłuższego i terminowego wsparcia, to musi być to instytucja o dużej sile nacisku.

Taka jak państwo.

I nie, nie chce tu bawić się w Trumpa i banować każdego producenta za to, że w moim mniemaniu za krótko wspiera swoje urządzenia. Uważam po prostu, że smartfony są obecnie zbyt istotną częścią naszego życia, żeby pozwolić na to, by w tak ważnym aspekcie jak zabezpieczenia polegać na „widzimisie”  danej firmy. W smartfonach mamy obecnie nasze dokumenty (mObywatel), finanse (aplikacje bankowe) oraz wszystkie dodatkowe dane osobowe (social media, ProteGO). Dlatego jestem zdania, że za ich ochronę powinno odpowiadać prawo wprowadzone na poziomie krajowym, bądź lepiej – na poziomie Unii Europejskiej. Organ ten już raz pokazał, że potrafi skłonić firmy do kooperacji (przy wprowadzeniu standardu ładowania po USB), więc nie widzę problemu, by stało się to ponownie. Regulacje dla producentów byłyby proste – jeżeli chcesz sprzedawać na naszym terytorium, musisz:

  • zapewnić w wyznaczonym okresie (np. przez 3 lata) coroczne aktualizacje systemu operacyjnego i comiesięczne, jeżeli chodzi o poprawki bezpieczeństwa
  • informować konsumentów o tym, ile czasu dany model będzie wspierany

Takie prawo miałoby w mojej opinii bardzo istotny wpływ na cały rynek smartfonów.

aktualizowanie

To jedyna szansa na to by ludzie kupowali rozsądnie

Czy tego chcemy, czy nie – decyzje zakupowe większej części społeczeństwa zależą nie od rzeczywistej wartości danego urządzenia, ale od tego, jak dobrze będzie je w stanie sprzedać pracownik sklepu z elektroniką bądź też konsultant sieci komórkowej. Dla większość terminy takie jak UFS 3.0, LPDDR 5 czy 1,8 Ghz mogłyby równie dobrze pochodzić z podręcznika do nauki mandaryńskiego. Jest to jeden z powodów tego, że producenci w swoich komunikatach marketingowych skupiają się na cyferkach, które łatwo ze sobą porównać. 12 GB RAM to więcej niż 8 GB. 100 Mpix to więcej niż 64 Mpix. 5G to więcej niż 4G – to właśnie te aspekty pozwalają sprzedać telefon. Dlatego jestem zdania, że takie prawo zmuszałoby producentów do jawnego określenia żywotności swoich urządzeń. W głowie konsumentów zaczęłoby więc pojawiać się proste równanie – kupić telefon za 1000 zł wspierany przez rok, czy może dołożyć 500 zł na taki posiadający trzyletnie wsparcie. Dzięki temu wiele osób nie tylko zaczęłoby w ogóle myśleć o urządzeniach w kategorii ich bezpieczeństwa, ale też – zyskałoby świadomość, że istnieje coś takiego jak „cykl życia produktu”. Marzeniem byłaby więc sytuacja, w której producenci zaczęliby się pojedynkować na to, kto da swojemu telefonowi dłuższe wsparcie.

Bezpieczeństwo nas, a przez to – państwa

Jak już wspomniałem na początku, na telefonach trzymamy dziś często o wiele więcej danych niż na komputerach stacjonarnych. Dlatego też – stanowią one łakomy kąsek dla złodziei. Google ukrywa co prawda dane o fragmentacji Androida, ale nie jest trudno dotrzeć do najnowszych statystyk. Patrząc na nie widać wyraźnie – ponad 60 proc. urządzeń działa na Androidzie Oreo bądź starszym. Androidzie sprzed 2 lat, a więc właśnie wypadającym u wielu firm z obszaru jakiegokolwiek wsparcia dla smartfonu. Jeżeli więc w tym systemie zostanie odkryta luka, to nawet jeżeli Google wypuści na nią stosowną łatkę, to wątpliwe, by producenci chcieli poświęcać czas i środki by wypuszczać ją na starsze telefony. Innymi słowy – opłaca się szukać dziur w starszych androidach, ponieważ te exploity nie zostaną prawdopodobnie nigdy naprawione, a liczba użytkowników starszych systemów jest wciąż spora.

aktualizowanie

I tu dochodzimy do tego, jaki interes ma państwo w tym, by jego mieszkańcy mieli aktualnego Androida. Po pierwsze 60 proc. mieszkańców Polski to ponad 22 mln osób. Jeżeli jakiś obcy kraj wyrządzić nam krzywdę, nie musiałoby wysyłać szpiegów czy ustawiać wojsk pod naszymi granicami. Wystarczyłoby wyszukać dziury w starych wersjach Androida (takie jak ta) i następnie zacząć ich używać. Jeżeli 20 mln osób (wśród nich członkowie rad nadzorczych, politycy czy wysoko postawieni biznesmeni) nagle straciłoby dostęp do swoich kont, kontaktów, a ich dane osobowe i najbardziej prywatne informacje zostałyby przejęte, rozpętałby się taki chaos, że gospodarka zawaliłaby się jak domek z kart. I tak, zdaję sobie sprawę, że atakowanie ludności cywilnej nie do końca współgra np. z postanowieniami Konwencji Genewskiej, ale historia zbyt wiele razy pokazała, że traktaty na wojnie nie są wytycznymi, a raczej ogólnymi wskazówkami. Jeżeli więc destabilizacja informatyczna i gospodarcza połowy kraju zależałaby od znalezienia kilku błędów w kodzie – kto by się na to nie skusił?

Lepsze projekty telefonów

I tutaj dochodzimy do tego, dlaczego takie rozwiązanie byłoby dobre dla samych producentów. Jeżeli dyskusja o bezpieczeństwie i aktualizacji urządzeń przeniosłaby się do mainstreamu i ludzie zaczęliby brać pod uwagę długość życia urządzenia, to jasnym byłoby, że zmieniłby się sposób projektowania telefonów. Z rynku zniknęłaby klasa najtańszych budżetowców, ponieważ ich hardware po 2-3 latach po prostu do niczego by się nie nadawał i nie pozwalał spełnić reguł narzuconych przez państwo. Poza tym, jestem zdania, że ludzie podejmując decyzje zakupowe świadomie wybieraliby telefony droższe, ponieważ oferowałyby one lepszy stosunek długości życia do ceny. Oznacza to, że sprzedawałoby się więcej telefonów ze średniej i wyższej półki, na których producent ma zazwyczaj wyższe marże. Ten dodatkowy zysk moim zdaniem nie tylko zrekompensowałby straty wynikające z konieczności realnego wspierania sprzedanych urządzeń, ale wręcz pozwoliłby wyjść producentowi z takich regulacji „na plus”.

aktualizowanie

I tak – wiem, że taki koncept jest bardzo ambitny i ma w sobie wiele aspektów. które mogą wypaczyć jego działanie, jak chociażby rozwój szarej strefy i samodzielne ściąganie urządzeń nie podlegających regulacjom z Chin. Jest to jednak moim zdaniem jedna z niewielu metod, która pozwoliłaby choć trochę poprawić beznadziejną sytuację z fragmentacją Androida i tym samym – bezpieczeństwem jego użytkowników. Jeżeli macie swoje pomysły na rozwiązanie tej kwestii – z chęcią poczytam o nich w komentarzach.