Felietony

Skorzystałem z Airbnb i jestem bardzo zadowolony. Ale nie dziwi mnie, że serwis jest banowany w kolejnych miastach

MS
Maciej Sikorski
61

Często piszemy o Uberze, konteksty są przeróżne, nie brakuje wpisów dotyczących problemów, jakie wywołało pojawienie się korporacji. Zdecydowanie nie jest ona jednoznacznie odbierana i rodzi spore kontrowersje. Podobnie jest z platformą Airbnb, chociaż ta nie przyciąga uwagi tak często i na tak szeroką skalę. Możliwe, że sytuacja zmieni się wraz z popularyzacją biznesu, a wrogami rozwiązania staną się nie tylko hotelarze, ale też "lokalsi".

Airbnb przebojem wdarło się na rynek technologiczny, w relatywnie krótkim czasie startup stał się bardzo popularny, jego wycena rosła w fenomenalnym tempie sięgając pułapu miliardów dolarów. Na czym polega biznes? To platforma łącząca ludzi, którzy poszukują mieszkania/domu/pokoju z właścicielami tychże. Najczęściej w grę wchodzi wynajmowanie krótkoterminowe, serwis skierowany jest do turystów, a nie osób, które poszukują lokum na rok akademicki czy młodych ludzi szukających mieszkania na kilka lat, gdy stawiają pierwsze kroki na rynku pracy.

Platformę znam od kilku lat, niejednokrotnie o niej pisałem i czytałem, ale dopiero kilka dni temu skorzystałem z usług serwisu. Wrażenia? Jestem bardzo zadowolony. Udało mi się szybko znaleźć ciekawy lokal, cena nie była piorunująca, kontakt z właścicielem bez zastrzeżeń. Podczas pobytu wszystko przebiegało bez najmniejszych problemów - dostałem klucz, który po kilku dniach zostawiłem na stole. Zamknąłem drzwi i tyle. Nie będę ukrywał, że podobało mi się znacznie bardziej, niż w hotelu i nawet nie chodzi o kwestie finansowe: do mieszkania, w którym przebywa się dłużej niż jeden dzień wraca się bardziej ochoczo niż do pokoju hotelowego. To oczywiście moje zdanie, wiele osób woli lokum sprzątane raz w ciągu doby, pozbawione zbędnych sprzętów, w stonowanym wystroju. To jednak nie jest moja bajka, lepiej się czułem, gdy mogłem np. stanąć w kuchni wynajmowanego mieszkania i zrobić obiad z lokalnych produktów, a potem przyglądać się szeregowi krzeseł, z ktorych każde pochodziło z innego zestawu i przejrzeć zestaw płyt winylowych udostępnionych przez właściciela.

Nie dziwi mnie, że ten pomysł wypalił i to w obu kierunkach. Turysta ma dostęp do szerokiej bazy noclegowej, załatwia wszystko w Sieci i może zaoszczędzić (zazwyczaj jest taniej lub znacznie taniej niż w hotelu), jest w stanie bardziej poczuć lokalny klimat odwiedzanego miejsca. Właściciel z kolei zyskuje kolejną szansę, by dotrzeć do klienta. Przy tym nie musi szukać turystów, ogłaszać się na jakichś forach, czatować na lotniskach czy dworcach. Co więcej - nie musi się nawet widzieć z gościem. Korzystałem z mieszkania, które było doglądane przez swego rodzaju dozorcę. Jego praca polega na tym, że "ogarnia" pakiet mieszań wynajmowanych za pośrednictwem platformy. Dostarcza klucze, sprząta, uzupełnia braki, jest pod telefonem na wszelki wypadek. Właściciel mieszkania odpowiadał na maile, resztą zajmował się człowiek, któremu on i grupa innych ludzi płaci za pomoc.

Mamy zadowolonego klienta, mamy zadowolonego usługodawcę. Do tego dochodzi jeszcze miejsce pracy stworzone w wyniku łączenia tych dwóch grup. Jest super, prawda? Cóż, nie do końca. Pisałem kiedyś, że usługa jest banowana, przynajmniej w jakimś wymiarze, w Berlinie. A stolica Niemiec nie jest jedynym miastem, które idzie w tym kierunku - pojawiły się doniesienia z Nowego Jorku, gdzie serwis wszedł na drogę sądową z władzami miasta, bo te utrudniają mu funkcjonowanie. Gdzie leży problem? Jedną z odpowiedzi będzie stara branża turystyczna, głównie hotelarze. Oni pełnią tu rolę podobną do taksówkarzy walczących z Uberem, nie pasuje im to, że naruszone zostało status quo, że powstała konkurencja, która oferuje tańsze usługi i np. nie płaci podatków. Można napisać: cóż, pozostaje się dostosować. I coraz częściej słychać, że sektor to robi, zaczyna korzystać z Internetu, oferuje promocje, bonusy, staje się elastyczny.

Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. O ile "lokalsi" mogą z entuzjazmem przyjąć Ubera, bo sprawi, że ceny transportu spadną, o tyle Airbnb może być dla nich problemem. Wszytko przez to, że kurczy się baza lokali przeznaczonych na wynajem długoterminowy. Mieszkanie, które wynajmowałem, było zajmowane przed moim przyjazdem, zostało też zarezerwowane od dnia, w którym wyjeżdżałem. Załóżmy, że mieszka w nim ktoś przez 20 dni w miesiącu, część kasy idzie na podatki, opłaty serwisowe, wspomnianego dozorcę, rachunki, remonty. Nadal będą to większe pieniądze niż przy wynajmie długoterminowym. Dlatego właściciele rezygnują ze studentów, młodych par, rodzin czy ludzi wkraczających na ścieżkę kariery - wiedzą, że mogą więcej zarobić na turystach w prosty sposób. Zwłaszcza, gdy mowa o popularnym mieście, lokalizacji odwiedzanej przez miliony ludzi przez cały rok.

Mieszkańcy zgrzytają więc zębami, bo są zmuszani do szukania lokali na dalekich obrzeżach miast albo płacenia dużych sum za mieszkania, które nie są tego warte. Airbnb pomaga turystom, ale nie tubylcom. Przynajmniej nie tym, którzy muszą znaleźć dla siebie lokum na dłużej niż dwie noce. Zadowoleni nie muszą też być sąsiedzi wynajmowanych lokali - przecież turyści mogą łamać regulamin i urządzać ostre imprezy w nocy, rozbijana jest wspólnota mieszkańców, bo budynek może się stać quasi hotelem. Jasne, wynajmując mieszkanie studentom też można mieć ten problem, ale po kilku takich wybrykach właściciel pewnie im podziękuje. A tu mamy sytuację, w której właściciel może być nieobecny, a częsta zmiana gości oznacza, że kłopot powraca. Naprawdę rozumiem trudną sytuację mieszkańców tych miast.

Pojawia się oczywiście pytanie: co z tym fantem zrobić? Walka z Airbnb to rozwiązanie radykalne, bo tracą turyści, wytacza się też potężne działa przeciw właścicielom lokali - dlaczego odbiera się im szanse na większy zysk? Było ich stać na mieszkanie, niech z nim robią, co chcą. Czy można jednak pozwolić, by lokalny rynek mieszkań został zdeformowany i czy tubylcy powinni cierpieć z powodu dużego ruchu turystycznego? Spore wyzwanie, a rozwiązaniem może być np. pakiet mieszkań budowanych przez miasto (państwo?) pod tańszy, długoterminowy wynajem. To może sprawić, że i wilk będzie syty i owca cała. W przeciwnym razie rozwój Airbnb może doprowadzić do znacznie większych problemów niż ekspansja Ubera - ucierpią na tym nie tylko taksówkarze, wpływ startupu będzie szerszy i bardziej bolesny.

Piszę to o usłudze, która naprawdę przypada mi do gustu...

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu