5

Jestem „służbowo” w Tajlandii. Nie spodziewałem się takiego rozwoju ścieżki zawodowej

A gdy dorosnę, zostanę... Sporo rzeczy mógłbym tu wpisać. Na początku lat 90. poprzedniego stulecia, podczas kolonii letnich powiedziałem chyba, że będę policjantem. Potem były etapy szpiega, wojskowego, prawnika, kucharza, nauczyciela i Bóg raczy wiedzieć kogo jeszcze. Ostatecznie zostałem specem od Rosji, a żyję z pisania o nowych technologiach...

Facebook przypomniał mi dzisiaj, że założyłem konto cztery lata temu. Większość znajomych miała wówczas profil w tej sieci społecznościowej, ale mnie to jakoś nie kusiło – założyłem tylko dlatego, że było potrzebne w pracy. Nowej pracy – zaczynałem przygodę z AW. Wspominałem już o tym w filmie urodzinowym AW, ale powtórzę: oficjalnie na AntyWebie pojawiłem się 18 maja 2012 roku – Facebook wchodził na giełdę, a ja w kilku słowach to podsumowywałem. Cztery lata minęły bardzo szybko.

Informacja o tym, że wpadłem w ręce Zuckerberga cztery lata temu (i jednocześnie, że Grzegorz Marczak pozyskał fantastycznego pracownika), dopadła mnie w… Tajlandii. Od wczoraj mam okazję podziwiać uroki azjatyckiego kraju, a najlepsze jest to, że trafiłem tu „służbowo“, należę do grupy dziennikarzy, która obserwuje mistrzostwa świata w programowaniu – ACM ICPC.

Po co o tym piszę? Najprostsza i najbardziej oczywista odpowiedź: żeby się pochwalić. Ale prawda jest też taka, że przy okazji tej czwartej rocznicy pracy w AW, naszły mnie refleksje dotyczące życia. Wiem, brzmi poważnie (albo śmiesznie), lecz temat chodzi za mną od kilku godzin – gdyby ktoś dziesięć lat temu powiedział mi, że będę żył z pisania o IT i odwiedzę przy tej okazji kilka bardzo sympatycznych miejsc na różnych kontynentach, to pewnie bym podniósł brew i skwitował to uśmiechem. Ewentualnie szyderczym śmiechem – daleko mi do smartfonów, komputerów i oprogramowania.

Dekadę temu kończyłem pierwszy rok studiów, które z nowymi technologiami miały niewiele wspólnego, poznawałem historię, kulturę, język Rosji. Studia skończyłem, papiery są, wynika z nich, że jestem specem od największego kraju świata. Z zawodu rosjoznawca. Tylko jakoś nigdy nie pracowałem „w zawodzie“. Los chciał inaczej, życie potoczyło się wedle innego scenariusza, zamiast o napiętych stosunkach z Rosją, piszę o poczynaniach Apple.

Można oczywiście stwierdzić, że wykształcenie swoje, a pasja swoje, lecz będę szczery – wcześniej nie byłem pasjonatem nowych technologii i gadżeciarzem. Na dobrą sprawę, tym drugim nadal nie jestem. Ale w samo IT się wkręciłem i czytam na ten temat nawet w wolnej chwili, po zawodowych obowiązkach dnia codziennego. Obecna ścieżka życiowa to w dużej mierze dzieło przypadku. Splotu przypadków. Od przetłumaczenia kilku tekstów ze słowem „komputer” w roli głównej, przez „a może bym na tym tłumaczeniu zarobił?“ po „witamy na AW”. Proces rozciągnięty w czasie, ale liczy się przecież efekt.

Część z Was zastanawia się pewnie teraz, na jakie studia się wybrać, niektórzy już podjęli decyzję i czekając na wyniki egzaminu maturalnego, zachodzą w głowę, czy jest to dobry wybór. Inni Czytelnicy to rodziny albo znajomi takich osób, teraz doradzają przeróżne warianty. I dobrze, bo warto sprawę dobrze przemyśleć, nie ma sensu totalnie marnować swojego czasu na coś, co w ogóle nie interesuje człowieka. Ale jednocześnie trzeba mieć na uwadze, że czym innym są studia, a czym innym późniejsza praca – jestem żywym przykładem. Dlatego nie należy wierzyć w to, że ten wybór, ta jedna decyzja, przekreśla przyszłość lub ją zapewnia. Banał, lecz sporo osób o tym zapomina. Może ktoś chce się dostać na dziennikarstwo, by też kiedyś ruszyć służbowo na drugi koniec świata, lecz to nie jest jedyna droga. A pracy w IBM nie dostanie się jedynie wtedy, gdy wygra się mistrzostwa programistów. Czasem do obu tych zajęć może prowadzić bardzo kręta ścieżka.

Studia i plany to jedno, rzeczywistość jest już inną kwestią. I to kwestią płynną – przecież za kolejne cztery lata mogę pracować w innym miejscu jako kucharz, spawacz czy sprzedawca. Ale póki co żyję z pisania, które raz na jakiś czas wykonuję naprawdę daleko od domu. I nadal jest to niespodzianka.