107

YOSO zamienia smartfon w analogowy aparat fotograficzny. Koniec z pstrykaniem zdjęć bez opamiętania

Wiele osób uzna ten pomysł za dziwny, niektórzy stwierdzą pewnie, że jest niedorzeczny, ale mnie przypadł do gustu. Nawet, jeśli jest niedorzeczny. Polacy stworzyli aplikację, która ogranicza liczbę zdjęć robionych smartfonem. Dzięki niej inteligentnym telefonem podczas wycieczki czy imprezy rodzinnej nie zrobi się już tysiąca zdjęć - prawdopdobnie skończy się na kilkunastu, może kilkudziesięciu. Sukcesu nie wróżę, bo ludziom trudno czasem wytłumaczyć, że przesadzają. Mogę się jednak mylić. Oby - wszyscy na tym skorzystamy.

YOSO to naprawdę odważny projekt – zakłada, że ludzie mogą porzucić niektóre przyzwyczajenia, oprzeć się pokusie i zapłacić za ograniczenia. Nierealne? Cóż, niejednokrotnie mieliśmy okazję przekonać się, że zarobić można na naprawdę dziwnych pomysłach, którym nie wróżono sukcesu. Branża nowych technologii doskonale zna takie przypadki…

Najważniejsze pytanie brzmi: w czym rzecz? YOSO ma łączyć stare z nowym – nie rezygnuje się ze smartfonów i nie wraca do aparatów sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu lat, ale tryb wykonywania fotek poważnie odbiega od smartfonowego pstrykania bez ograniczeń. Użytkownik może zrobić 12, 24 lub 36 zdjęć. Niczym za starych czasów, gdy obowiązywała nas długość kliszy. Twórcy aplikacji mówią wprost: Zamień swój telefon w analogowy aparat fotograficzny. Jak to działa?

Po ściągnięciu darmowej aplikacji (na razie tylko dla iOS), użytkownik wybiera długość rolki oraz filtr. Następnie robi zdjęcia, ale nie ma możliwości ich oglądania – wszak są zapisane na „kliszy” (zdjęcia zapisują się w chmurze YOSO). Gdy rolka się skończy, należy zapłacić i podać adres wysyłki. Klient otrzyma wydrukowane zdjęcia, a nawet album, w którym może je przechowywać. I tyle. Pomysł dość prosty. Co z cenami? Za 12 zdjęć zapłacimy blisko 12 euro, za 36 niewiele więcej, bo 17 euro. Ktoś stwierdzi, że to dużo, ale płaci się za kompleksową usługę. W punktach foto też zostawiało się kiedyś kilkadziesiąt złotych przy wywoływaniu jednego filmu.

Pojawia się oczywiście kolejne pytanie: po co ktoś miałby to robić? Jednych przekona pewnie słowo „magia”. Fotografowanie znowu nabiera uroku. Jest i element niepewności, bo nie wiadomo, czy fotka wyszła, jest dążenie do tego, by uchwycić coś dobrze i z polotem. Nie ma miejsca na powtórki (przynajmniej zostało mocno ograniczone), nie będzie wybierania najlepszego ujęcia ze stu. Inni mogą dzięki temu powstrzymać się przed masowym robieniem zdjęć. To swego rodzaju hamulec bezpieczeństwa: nie zrobię czterdziestu zdjęć motyla, ale dwa. Bo skończy się klisza, bo będę musiał zapłacić. W efekcie człowiek nie będzie zwiedzał miasta czy zamku z telefonem w ręce – zacznie na niego patrzeć swoimi oczami, a nie za pośrednictwem ekranu w smartfonie. Pisałem o tym kilka tygodni temu, narzekałem wówczas, że trudno się dzisiaj zwiedza, bo ludzie wszędzie robią zdjęcia i filmy. Bez opamiętania. YOSO mogłoby trochę ich „uspokoić”. Skorzysta użytkownik, skorzystają też inni turyści.

Czy ja z tego skorzystam? Raczej nie. Robię niewiele zdjęć i bez YOSO, nie wyciągam telefonu co pięć minut i nie tworzę taśmowo albumów. Jednocześnie tę niewielką liczbę zdjęć przerzucam co jakiś czas na papier i powstają albumy w starym stylu. Aplikacja mogłaby uprościć cały proces, ale… nie muszę wszystkiego w życiu upraszczać. Jestem przy tym ciekaw, jak na apkę zareagowaliby ludzie, którzy nadużywają modułu foto w telefonie? Zwłaszcza młodsze pokolenie, które o kliszach pewnie tylko słyszało. Może to przypadłoby im do gustu, zostałoby uznane za „oryginalne”, stałoby się hipsterskie… Wiele osób powinno tego spróbować, by zrozumieć albo przypomnieć sobie, po co robi się zdjęcia i czy naprawdę wszystko trzeba sfotografować. Dla rzeszy ludzi YOSO powinno być wstępem do fotografii cyfrowej, bo nierzadko mniej znaczy więcej…


Niedawno uruchomiliśmy serwis z Pracą w IT! Gorąco zachęcamy do przejrzenia najnowszych ofert pracy oraz profili pracodawców