23

Obejrzałem, żebyście Wy nie musieli. Recenzja W strefie wojny, nowego filmu Netflix

Nie uważam by wszystkie filmy z logo Netflix były złe, jednak wciąż nie obejrzałem obrazu, który rzuciłby mnie na kolana. Jeśli chodzi tak zwane akcyjniaki, to w 99% proste "popcorniaki", część z nich ogląda się dobrze, inne źle. Niestety świeżutkie W strefie wojny zaliczyć muszę do tej drugiej grupy.

Akcja filmu przenosi nas do 2036 roku na granicę między Rosją i Ukrainą. To dla świata bardzo trudny czas wojny, w której mocarstwo chce ponownie wchłonąć mniejszy kraj, a tamtejsi bojownicy pragną utrzymać niepodległość. Futurystyczna wojna to jednak nie tylko żołnierze i karabiny, ale również nowoczesny sprzęt, taki jak choćby Grumpy – bojowe roboty, w których posiadaniu są zarówno Rosja, jak i USA. Trzeci kraj pojawia się tu nie bez powodu, bowiem po tym, jak z misji pokojowej wycofało się NATO, tę pałeczkę przejęły Stany Zjednoczone.

Jednym z amerykańskich żołnierzy zaangażowanych w konflikt jest Harp, młody pilot drona, który likwiduje cele siedząc wygodnie w USA w jednej z amerykańskich baz lotnictwa. Podejmuje decyzję niezgodną z rozkazami i zostaje za karę zesłany do strefy wojny, którą znał wcześniej tylko z kamer swojego latającego pojazdu. Wpada w sam środek akcji i zostaje przydzielony do kapitana Leo, którego głównym celem jest wyeliminowanie Kovala, lokalnego watażki chcącego położyć swoje splamione krwią łapy na ukrytej na Ukrainie broni atomowej. Wspomniany kapitan Leo jest „tajnym żołnierzem nowej generacji„. To cytat z oficjalnego opisu filmu na Netflix i nie zdradzę więcej żeby nie psuć Wam opowieści.

OUTSIDE THE WIRE, ​Damson Idris as Harp, in OUTSIDE THE WIRE. Cr. ​Jonathan Prime​/NETFLIX ​© ​2020

W jedną z głównych ról wcielił się Anthony Mackie, którego możecie kojarzyć z Avengersów lub drugiego sezonu Modyfikowanego Węgla. Nie przypominam sobie żeby w którymkolwiek z nich pokazał aktorsko coś ciekawego, ale tu ma i tak widoczny spadek formy. Kazano mu kląć bezsensownie co drugie słowo, ale nie lepszy jest też Damson Idris starający się pokazać swoje zmieszanie i emocje aż za bardzo. Ten duet kompletnie do mnie nie przemawia, a stanowi niestety główną oś opowieści. Najlepiej wypadłą tu szefowa ruchu oporu, w którą wcieliła się Emily Beecham, choć było jej na ekranie zdecydowanie najmniej. Generalnie wszyscy bohaterowie wydają się nieciekawi, a główny czarny charakter jest śmieszny, a nie straszny.

Do CGI się nie przyczepię, bo prezentuje solidny (choć absolutnie nie wybitny) poziom, niektóre strzelaniny też wyglądają nieźle. Brak im jednak zapierających dech w piersiach momentów sprawiając, że film w każdym momencie wydaje się po prostu przeciętny i nijaki. Muśnięto kilka ciekawych wątków, w tym empatię podczas zmagań wojennych czy jej brak u mechanicznych żołnierzy. To jednak za mało by uznać, że wyczerpano czy nawet odpowiednio rozwinięto temat.

W strefie wojny to festiwal głupotek

Najbardziej jednak boli główny wątek fabularny, który może i ma ciekawy twist, ale żeby do niego dotrzeć trzeba się przedrzeć przez festiwal bezsensownych scen. Może i na etapie pisani scenariusza historia miała sens, ale uleciał on gdzieś podczas zdjęć i nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że każde kolejne tłumaczenie dlaczego Harp trafił do strefy wojny ma mniej sensu iż poprzednie. A to męczące.

Powrót konfliktu na linii USA-Rosja w 2036 roku, który dodatkowo zahacza o zimną wojnę to naprawdę wdzięczny pomysł na film lub serial. Szczególnie, że wykorzystano tu temat biotechologii i bojowych robotów – można to było rozwinąć w naprawdę ciekawą, wciągającą, wielowątkową opowieść. I rozumiem, że dwugodzinny film nie pozwala na tak wiele jak nawet dziesięcioodcinkowy serial, ale praktycznie wszystko zostało tu zrobione po łebkach. W filmie traficie też na sporo bezsensownych głupotek. O choćby dwóch czarnoskórych amerykańskich żołnierzy, którzy zdejmują mundury i spacerują po zniszczonym mieście na Ukrainie pragnąc ukryć swoją tożsamość. Oj, niespodzianka – wszyscy naokoło mają jednak inny kolor skóry. Sami przyznacie, że to trochę bezsensowne. Podobne zażenowanie czułem kiedy w pewnym momencie bohater miał bardzo mało czasu by uciec z obszaru, który zaraz zostanie zniszczony, a jednak stał jak kołek z karabinem w dłoniach i właśnie wtedy postanowił przeżyć swoją najdłuższą zadumę nad sensem istnienia oraz sposobem przywrócenia pokoju na świecie.

OUTSIDE THE WIRE, Anthony Mackie as, Leo, Emily Beecham as Sofiya in OUTSIDE THE WIRE. Cr., Jonathan Prime​/NETFLIX, ©, 2020

Kiedyś chwytałem takie filmy w wypożyczalni, kiedy nie było już nic ciekawszego

Część z Was pewnie pamięta wypożyczalnie kaset wideo. Cudowne miejsca, które pozwalały młodemu człowiekowi poznać najlepsze filmy z całego świat. A kiedy te już się skończyły, stawałem przy grubych segregatorach z okładkami i wybierałem te, które najbardziej przykuły moją uwagę. I pewnie tak trafiłbym na W strefie wojny, choć obrazek jest tak „generyczny”, że widziałem go setki razy. Sam film niestety również – fakt, miał ciekawy pomysł, ale nie udało się go odpowiednio rozwinąć. Wizualnie to niezły poziom, ale kuleje w praktycznie każdym innym aspekcie. Od gry aktorskiej, przez bohaterów, aż do opowiedzianej historii. To dwie godziny przeciętnego, nijakiego kina science-fiction, które idealnie pasowałoby do wspomnianego segregatora pośród innych bardzo podobnych produkcji. Lepszych od „taniego kina klasy C”, ale zdecydowanie odstający od najlepszych filmów. Tych Netliksa również. Jeśli nie obejrzycie W strefie wojny, nic się nie stanie. A jeśli, tak jak ja, zdecydujecie się na seans, po trzech dniach nie będziecie nic z niego pamiętać, ja zapominam już powoli po jednej nocy.