100

Uff, tylko wybrańcy będą mogli stracić prawo jazdy za prędkość na autostradzie

W listopadzie zeszłego roku premier Mateusz Morawiecki zapowiedział kilka ważnych zmian w kodeksie ruchu drogowego, które miały zmniejszyć śmiertelność na drogach. Wydawało się, że zmiana 3 przepisów nie nastręczy władzy trudności. Okazuje się jednak, że problem jest bardziej złożony.

Nowe przepisy są… niesprawiedliwe

W myśl nowych przepisów pieszy miał mieć pierwszeństwo również przed przejściem dla pieszych, ograniczenie prędkości w terenie zabudowanym miało być zrównane do 50 km/h przez całą dobę (teraz od 23:00 do 5:00 rano jest to 60 km/h), a kierowcom miałoby być zabierane prawo jazdy za przekroczenie prędkości o 50 km/h również poza terenem zabudowanym. O ile pierwszeństwo pieszych wzbudzało spore kontrowersje już na samym początku, o tyle dwa pozostałe punkty wyglądały na praktycznie pewne. Teraz okazuje się, że nie dla wszystkich.

Projekt ustawy był już gotowy na początku roku, ale został wstrzymany do dalszych konsultacji między resortowych zanim trafi do Sejmu. Mamy wrzesień i wreszcie dowiedzieliśmy, kto ma do niego obiekcje. Okazuje się, że Ministerstwo Sprawiedliwości uważa nowe przepisy za nomem omen niesprawiedliwe. Przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym o 50 km/h, oznacza przekroczenie dopuszczalnej prędkości o 100%. Jednak ta sama reguła na autostradzie oznacza przekroczenie tylko o 36%, a na drodze ekspresowej o niespełna 42%. Zdaniem ministerstwa to niesprawiedliwe, bo wszędzie powinno to być 100%. Czyli aby stracić prawo jazdy na autostradzie trzeba jechać ponad 280 km/h, na drodze ekspresowej odpowiednio ponad 240 km/h, a na normalnych drogach pozamiejskich, aż 181 km/h. Czy tylko mi się wydaje, że to byłby martwy przepis?

Biorąc pod uwagę, że zdecydowana większość samochodów nie jest w stanie osiągnąć prędkości 200 km/h, a te które mogą to zrobić i tak mają ograniczenie do 250 km/h, to wprowadzenie takiego przepisu byłoby pośmiewiskiem dla całego świata. Już 180 km/h na normalnej drodze krajowej wydaje się nieosiągalne ze względu na czynniki obiektywne, jak chociażby ruch innych samochodów. Po co wprowadzać przepis, którego nie da się egzekwować.

Za całym zamieszaniem stoi polityka

Według różnych źródeł za całym zamieszaniem stoi polityka. Szefem Ministerstwa Sprawiedliwości jest Zbigniew Ziobro, szef ruchu Solidarna Polska, który tworzy koalicję rządzącą z Prawem i Sprawiedliwością. Wyborcy tego ugrupowania to w większości mieszkańcy wsi i małych miejscowości, którym auto jest potrzebne do życia jak tlen. Potencjalna utrata prawa jazdy za zbyt szybką jazdę również poza terenem zabudowanym (a według wyliczeń Ministerstwa Infrastruktury, byłoby nawet 40 000 takich przypadków rocznie) miała wzbudzać niezadowolenie wyborców i stąd weto Ministerstwa Sprawiedliwości. Bez poparcia Solidarnej Polski ustawa nie przejdzie w Sejmie, dlatego mamy impas.

W zasadzie trudno to wszystko nawet skomentować. Podejrzewam, że rząd wewnętrznie wreszcie się w tej kwestii dogada, skoro ma być sprawiedliwe to ustalmy limit na 50% przekroczenia prędkości. 75 km/h w terenie zabudowanym to nie jest mało, pewnie wpłynie to pozytywnie na bezpieczeństwo ruchu, obawiam się tylko, że wtedy wzrośnie też lawinowo liczba osób z odebranymi uprawnieniami na 3 miesiące. Tylko czy to źle? Jakoś za granicą potrafimy jeździć zgodnie z przepisami, to może pora wymusić takie zachowania również w kraju?