13

Tim Cook zarabia fortunę, ale nie macie mu czego zazdrościć

Niniejszy wpis powinien nosić tytuł: Ten człowiek zarabia 300 milionów rocznie. Zasłużył na takie kokosy? Może wtedy trafiłby na Wykop i zapewnił autorowi sławę, majątek i nieśmiertelność. Zdecydowałem się jednak na trochę mniejszy kaliber i nie zamierzam wypominać CEO Apple jego zarobków. Wręcz przeciwnie – spróbuję przekonać zazdrośników, że następca Steve’a Jobsa nie ma w […]

Niniejszy wpis powinien nosić tytuł: Ten człowiek zarabia 300 milionów rocznie. Zasłużył na takie kokosy? Może wtedy trafiłby na Wykop i zapewnił autorowi sławę, majątek i nieśmiertelność. Zdecydowałem się jednak na trochę mniejszy kaliber i nie zamierzam wypominać CEO Apple jego zarobków. Wręcz przeciwnie – spróbuję przekonać zazdrośników, że następca Steve’a Jobsa nie ma w życiu lekko i nie zmieni tego nawet kolejny pakiet akcji Apple.

Kilka dni temu CNBC opublikowało listę najlepiej zarabiających amerykańskich CEO. Otwiera ją wspomniany już Tim Cook z wynikiem 95 milionów dolarów (po przeliczeniu na PLN wyjdzie 300 mln złotych). Mniej więcej tyle zarobi w ciągu roku szef amerykańskiego giganta i trzeba mu przyznać, że poważnie wyprzedził rywali – drugi na liście Larry Ellison (założyciel i wieczny CEO Oracle) może liczyć na zarobki w granicach około 70 mln dolarów. Warto odnotować, że panowie otwierają tę listę, ale w pierwszej dziesiątce trudno szukać innych przedstawicieli sektora IT (dla przykładu, na miejscu trzecim znalazł się Ron Johnson – CEO JC Penney. Zarabia on rocznie 53 miliony dolarów.

Przejdźmy do najważniejszego pytania: czy Cook zasłużył na wspomniane miliony? A nawet jeśli, to czy firma powinna mu płacić aż tyle? Przecież mentor i poprzednik obecnego CEO Apple – Steve Jobs – przekonywał, że pieniądze to kwestia drugorzędna i najważniejsza jest świadomość zmieniania rzeczywistości, możliwość dowodzenia wielką firmą oraz najzwyklejsza w świecie zabawa. Może zatem Cook powinien zarabiać kilka milionów dolarów rocznie i cieszyć się z tego, że stoi u sterów najdroższej korporacji świata? Ale teraz zadajcie sobie pytanie: czy chciałbym/chciałabym za te kilka milionów znosić to, co musi znosić poczciwy Tim?

Cook nie ma łatwego życia. Od początku swych rządów w Apple porównywany jest do Steve’a Jobsa i zazwyczaj wypada w tych zestawieniach bardzo niekorzystnie. Gdy jeszcze za życia Jobsa przejął obowiązki tego ostatniego na czas jego urlopu zdrowotnego, pojawiały się głosy, iż korporacja musi zacząć się rozglądać za następcą współzałożyciela Apple. Myśl tę powtarzano także wtedy, gdy Cook już oficjalnie zastąpił swojego mentora. Wiele osób po prostu nie mogło zaakceptować nowego szefa Apple i dopatrywało się w nim początków końca tej firmy.

Rzesze ludzi twierdzą, że głowa giganta z Cupertino jest postacią bezpłciową, pozbawioną jakiejkolwiek charyzmy czy wizjonerstwa. Często mówi się o nim jako o człowieku przypominającym urzędnika niższego szczebla, dla którego najważniejsze są liczby i wykonanie planu na czas. Czytanie takich opinii na swój temat z pewnością nie należy do przyjemnych zadań, a trudno wierzyć w to, że Cook nie kontroluje tego, jak jest odbierany przez przedstawicieli branży i użytkowników sprzętu Apple. Do tego dochodzi jeszcze cała masa problemów, z którymi trzeba się zmagać każdego dnia.

Ostatnio były nim słynne już mapy, za które Cook ostatecznie przeprosił. Czy wyobrażacie sobie, by Jobs wykonał podobny ruch? Samo przepraszanie to jednak tylko część większej pigułki, którą musiał przełknąć Cook – wcześniej namawiał Scotta Forstalla, by ten przeprosił jako szef oddziału tworzącego iOS. Bez skutku. W Sieci zaczęły nawet krążyć wypowiedzi Forstalla, który skarżył się na brak szefa z prawdziwego zdarzenia w Apple. Gdy obrzucają cię błotem internauci, to zawsze można podchodzić do sprawy z dystansem, ale obok upokorzenia ze strony podwładnego nie można przejść obojętnie. Zwłaszcza, gdy towarzyszą temu inne zajścia i narastające kłótnie, które z pewnością nie mogą się przysłużyć korporacji. Bądź tu mądry i stanowczy niczym Papa Smerf, by zadowolić wszystkich.

Kolejne źródło nieszczęść to dziennikarze, blogerzy, analitycy wszelkiej maści. Ci zawsze coś wyciągną albo wymyślą. Jedni piszą o produktach, których nie ma i może nie będzie (a to telewizor, a to tani smartfon, czasem wspomną nawet o samochodzie). Naobiecują różnych rzeczy w tekście, a klienci i akcjonariusze zaczną potem pytać: gdzie jest iCar? Dlaczego nie ma jeszcze iPhone’a za 200 dolarów? Pojawia się rozczarowanie i niezadowolenie, cena akcji leci w dół, a ostatecznie winnym jest… CEO firmy. Pół biedy, gdy mowa o samych produktach, ale jak reagować na pytania w stylu: dlaczego Apple wykorzystuje pracowników w Chinach? Jak to możliwe, że zarabiacie miliardy dolarów, a chińskie dzieci składają dla was sprzęt za miskę ryżu?

Po ciężkim dniu pracy, w której trzeba było wymyślić nowy produkt, podnieść sprzedaż obecnego flagowca, wykoncypować kolejny patent, obejrzeć prześmiewczą reklamę Samsunga, zastanowić się, jak wytłumaczyć odpryski na obudowie świeżego smartfonu, dogadać się z chińską firmą kopiującą twój sprzęt i dopracować strategię niszczenia Androida, zmęczony Tim Cook wraca do domu i siada przed komputerem, by chwilę odpocząć. Wchodzi na AntyWeba w poszukiwaniu ciekawostek z branży, a tam… wymyślają zarówno jemu, jak i całemu Apple. Na głowie pojawia się kolejny siwy włos (szukałem zdjęć Cooka z okresu jego młodości i pojawił się problem – on chyba od zawsze tak wyglądał i zawsze był siwy) i wszystkiego się odechciewa.

Nadal zastanawiacie się, za co Tim Cook bierze wspomniane miliony?

Źródła zdjęć: arstechnica.com, businessinsider.com, www.zdnet.com, businessinsider.com